Vonda McIntyre



Opiekun Snu





Chopczyk bardzo si ba. Gada delikatnie dotkna jego czoa. Za jej plecami toczya si trjka dorosych, - blisko, jeden obok drugiego. Obserwowali ruchy dziewczyny peni obawy o lo, czy na pewno nie byo wida, jak bardzo s przejci. Bali si Gady tak samo, jak moliwoci mierci swego jedynego dziecka. W pmro-ku namiotu niesamowita, bkitna powiata lampy nie dawaa poczucia bezpieczestwa.

Chopczyk mia oczy tak ciemne, e nie byo wida renic. Gada pogadzia go po dugich, opadajcych niemal do ramion wosach. Byy niezwykle jasne, co jeszcze bardziej podkrelao jego ciemn skr.

Gdyby Gada bya z tymi ludmi kilka miesicy temu, zauwayaby, e w dziecku rozwija si choroba.

- Przyniecie, prosz, moj torb - powiedziaa.

agodny glos Gady zaskoczy rodzicw chopca. Odezwaa si po raz pierwszy, odkd ci troje przyszli prosi j o pomoc. Moe myleli, e jest niemow.

Modszy, jasnowosy mczyzna podnis skrzan torb. Trzyma! j z dala od siebie i kiedy pochyla si, aby j poda Gadzie, jego nozdrza drgafy, podranione lekkim zapachem pima unoszcym si w powietrzu.

Dziewczyna ju niemal przywyka do lku, jaki okazywa, spotykaa si z tym ju przecie tyle razy...

Kiedy wycigna rk, miody czowiek wzdrygn! si i odskoczy, upuszczajc torb. Gada zamiaa si i pochwycia j w ostatniej chwili. Delikatnie umiecia sakw na pododze i spojrzaa na mczyzn karccym wzrokiem.

- Kiedy uksi go w - odezwaa si ciemna, przystojna kobieta. - Omal wledy nie umar. - W jej glosie pobrzmiewa ton nie tyle przeprosin, ile rzeczowego wyjanienia.

- Przepraszam - powiedzia modszy z mczyzn. - To jest... -Wykona gest w jej kierunku.

Dra, cho wida byo, e prbuje nad sob zapanowa. Gada zerkna na swe rami. Maleki w, cieniutki jak palec dziecka.

wlizn si jej na kark i wysun bia wsk gwk spomidzy jej krtkich, czarnych wosw. Leniwie bada powietrze rozszczepionym jzyczkiem, wysuwajc go to w gr, to w d.

- O, to tylko Mech - powiedziaa Gada. - To niemoliwe, aby zrobi ci krzywd.

Gdyby by wikszy, wygldaby przeraajco: uski jasnozielonego koloru,a te wok pyszczka - czerwone, tak jakby wanie skoczy ucztowanie na modle ssakw; rozszarpujc ofiar. W rzeczywistoci by o wiele bardziej elegancki.

Dziecko zacisno zby, powstrzymujc jk blu. Pewnie powiedziano mu, e Gada moe poczu si uraona, jeeli bdzie pakao. Pikna dziewczyna odwrcia si od dorosych, aujc, e tak si jej boj, ale nie chciaa traci czasu, by ich do siebie przekona.

- Ju dobrze - powiedziaa do chopca. - Mech jest miy i bardzo agodny. Zostawi go tutaj, aby si tob opiekowat.Nawet mier nie podejdzie do twego ka.

Wa zsun si w wsk, przybrudzon do, ktr Gada wycigna ku chopcu.

- Delikatnie!

Chopczyk ostronie dotkn palcem gadkich usek. Gada wyczua, ile wysiku kosztuje go nawet tak prosty ruch. Mimo to na twarzy chopca pojawi si sabiutki umiech.

- Jak ci na imi ?

Chopiec szybko zerkn na rodzicw. Skinli gowami potakujc.

- Stavin - wyszepta.

Oddycha z trudnoci. Nie mia siy mwi.

- Ja jestem Gada, Stavinie i ju niedugo, rano, bd musiaa zada ci bl-Pniej jeszcze przez par dni bdziesz troch cierpia. Ale dziki temu wyzdrowiejesz.

Wpatrywa si w ni z powag. Gada wiedziaa, e cho zrozumia i obawia si tego, co miaa zrobi, jego lk by mniejszy, ni gdyby go okamaa. Bl musia si bardzo nasila, kiedy choroba w peni si rozwina. Wydawao si jednak, e chopiec by jedynie pocieszany w nadziei, e choroba albo przejdzie, albo szybko zabije dziecko.

Gada pooya Mcha na poduszce i przycigna bliej sw torb. Wci jedynym uczuciem, jakie okazywali doroli, by strach. Nie

mieli ani czasu, ani do rozsdku, by doszuka si w sobie choby chci zaufania jej.

Kobieta z tego zwizku miaa tyle lat, e moga wicej nie urodzi dziecka, a Gada widziaa po ich spojrzeniach, ukradkowych dotkniciach, okazywanej trosce, e bardzo kochali tego maego. Musieli kocha, skoro zdobyli si na przyjcie do Gady.

Z kufra ospale wysun si Piasek; pokrci gow, poruszajc jzykiem.

- Czy to...? - Gos najstarszego z mczyzn brzmia gboko i powanie, ale z nut lku.

Piasek wyczu strach. Cofn si do pozycji ataku i lekko zaklekota grzechotk. Gada przesuna doni po pododze, aby odwrci jego uwag. Pniej podniosa rk i wycigna rami. Wa rozluni si i wok jej rki, a po rami, owin swe ciao, zdobne w romboidalne wzorki przypominajce szlif diamentu,. Wyglda teraz jak czarno-powa bransoleta. -

- Nie - powiedziaa Gada. - Wasze dziecko jest zbyt chore, aby korzysta z pomocy Piaska. Wiem, e to trudne, ale prosz was, starajcie si by spokojni; to wszystko, co moecie zrobi.

Gada musiaa rozdrani Mg, by skoni j do wyjcia. Potrzsna torb. Nagle na rodek namiotu wyskoczya ogromna kobra-al-binos. Po chwili w cofn si i wysoko unis gow, rozkadajc biay kaptur. Mieszkacy namiotu zamarli z przeraenia. Gada, nie dbajc o ludzi, zacza przemawia do kobry,odwracajc tym jej uwag.

- No, wcieky zwierzaku, po si. Czas, panieneczko, aby zarobia na swj obiad. Porozmawiaj z tym chopcem. Nazywa si Stavin.

Mga zacza powoli skada kaptur i pozwolia Gadzie si dotkn. Dziewczyna pochwycia j mocno z tyu gowy i przytrzymaa tak, aby kobra popatrzya na Stavina. Srebrzyste oczy pochwyciy blask bkitnego pomyka lampy.

- Stavin - powiedziaa Gada. - Dzisiaj jedynie poznacie si z Mg. Daj ci sowo, e na razie nic ci ona nie zrobi.

Pomimo to chlopiec zadra, kiedy Mga dotkna jego chudziut-kiego ciaa. Gada pucia gow wa i pozwolia, aby ten przesun si po tuowiu dziecka. Kobra bya cztery razy dusza od Stavina. Zwina si w potny kb na brzuchu chopca i prbowaa wycig-

ne" gow w stron jego twarzy, mocujc si z silnym chwytem Gady. Pozbawione powiek oczy napotkay znieruchomiae ze stra-cin spojrzenie maego czowieka.

Mga poruszya jzykiem, eby powcha dziecko. Modszy mczyzna wyda cichy, urywany okrzyk strachu. Stavin drgn na ten dwik, a Mga cofna si, otwierajc paszcz i ukazujc zby. Gono sykna. Gada przykucna. W innych miejscach krewni czasami mogli zostawa, gdy pracowaa.

- Bdziecie musieli wyj - powiedziaa agodnie. - Bardzo niebezpiecznie jest wystraszy Mg.

- Ja nie wyjd.

- Przykro mi, ale musicie poczeka na zewntrz.

By moe modszy mczyzna i matka Stavina mieliby nadal obiekcje, ale biaowosy czowiek chwyci ich za rce i wyprowadzi.

- Potrzebne mi bdzie mae zwierz - rzucia Gada, gdy odchylia po namiotu. - Koniecznie w futerku i koniecznie ywe.

- Znajdziemy co - odpowiedzia i trjka rodzicw wysza, znikajc w mroku nocy.

Gada trzymaa Mg na kolanach, prbujc j uspokoi. Kobra owina si wok swej pani, wchaniajc ciepo jej ciaa. Gd powodowa, e stawaa si bardziej nerwowa ni zazwyczaj. W czasie wdrwki przez pustynie czarnego piachu udawao si znale dostateczne iloci wody, ale puapki, ktre zastawiaa Gada, nie zdaway egzaminu. Byo lato, wic wiele z futerkowych akoci, ktre tak lubiy Piasek i Mga, zanadto w odrtwienie. Gada take musiaa poci od momentu, gdy zabraa zwierzta na pustyni, daleko od domu.

Z alem spostrzega, e Stavin jest rwnie bardzo przeraony.

- Przykro mi, e odesaam twoich rodzicw - powiedziaa. - Niedugo wrc. Oczy mu si zaszkliy, ale pohamowa zy.

- Powiedzieli,ebym robi, co mi kaesz.

- Wolaabym, eby paka, o ile potrafisz - rzeka. - To nie takie straszne.

Stavin chyba nie zrozumia, co Gada miaa na myli. Tutejsi ludzie musieli opanowa sztuk ycia w krainie, w ktrej warunki byy bardzo trudne, odmawiajc sobie prawa do paczu, do biadol-

nia,do miechu. Zrezygnowali z rozpaczy, pozwalali sobie jedynie na niewielkie radoci, ale udawao im si przetrwa.

Mga uspokoia si tak, e prawie zapada w drzemk. Gada odwina kobr z talii i umiecia na sienniku obok Stavina. Kiedy w poruszy si. Gada przytrzymaa mu gow; wyczuwaa napicie mini gotowych do uderzenia.

- Dotknie ci teraz jzyczkiem - powiedziaa do Stavina. - To moe askota, ale nie bdzie bolao. Ona w ten sposb wcha, tak jak ty nosem.

- Jeykiem ?

Gada kiwna gow i umiechna si, a Mga wycigna jzyk, by musn policzek Stavina. Chopiec nie drgn. Obserwowa; dziecice zainteresowanie chwilowo przezwyciyo niepokj. Lea bez ruchu, gdy dugi jzyk Mgy dotyka policzkw, oczu, ust

- Sprawdza smak choroby - powiedziaa Gada,

Mga zakoczya w kocu swe badania i cofna gow. Gada przysiada na pitach i pucia kobr, ktra owina si wok jej ramienia i uoya na barkach.

- Teraz zanij, Slavinie - powiedziaa Gada. - Sprbuj mi zaufa i nie ba si tego, co bdzie rano.

Stavin wpatrywa si w ni przez kilka sekund, starajc si dojrze prawd w jej jasnych oczach.

- Czy Mech bdzie si nin opiekowa?

To pytanie, a raczej akceptacja, jaka w nim pobrzmiewaa, zaskoczya dziewczyn. Odgarna chopcu wosy z czoa i umiechna si, chocia raczej chciao jej si paka.

- Oczywicie. - Podniosa Mcha. - Czuwaj przy tym dziecku i opiekuj si nim.

W - opiekun snu - lea cichutko w jej doni, a jego oczka poyskiway czarno. agodnie pooya go na poduszce Stavina.

- A teraz pij.

Stavin zamkn oczy. Wyglda teraz, jakby ycie z niego ulatywao. Zmiana bya tak naga, e Gada wycigna reke,by go dotkn, ale zobaczya, e chopczyk oddycha - powoli, pytko. Szczelnie otulia go kocem i wstaa. Mga na jej barkach naprya si.

Gad pieky oczy. Wszystko, na co patrzya, byo nienaturalnie ostre i wyraziste od gorca. Wydawao si jej, e syszy jaki

dwik. Zmagajc si z godem i wyczerpaniem, schylia si powoli i podniosa skrzan torb. Mga dotkna jej policzka czubkiem jzyka.

Gada odgarna po namiotu i poczua ulg, widzc, e cigle jeszcze jest noc. Bya w stanie znie upal za dnia, ale jaskrawo soca poraaa j niczym pomie. Musiaa by penia ksiyca -mimo, e chmury przesaniay wszystko, wiato przesczao si przez nie tak, e niebo wydawao si szare.

Poniej namiotw widoczne byy zarysy jakich ksztatw. Tutaj, na obrzeu pustyni, byo do wody, krzewy rosy wic mniejszymi lub wikszymi kpami, dajc schronienie i poywienie wszelkiego rodzaju stworzeniom. Czarny piach, ktry za dnia byszcza olepiajco, noc wydawa si warstw mikkiej sadzy. Gada wysza z namiotu i zudzenie mikkoci znikno. Jej buty lizgay si, chrzszczc po ostrych, twardych ziarenkach.

Rodzina Stavina czekaa. Siedzieli blisko siebie pord namiotw skupionych na obszarze, z ktrego wyrwano, czy te wypalono krzewy. Spogldali na ni milczco, z nadziej w oczach. Pord nich znajdowaa si kobieta troch modsza od matki Stavina. Ubrana bya tak jak oni w dugi, pustynny strj, lecz miaa ozdob nie spotykan u tych ludzi - skrzane kko wiszce na rzemieniu u szyi. J i starszego z rodzicw Stavina czya ta sama cecha - ostro zarysowany kontur twarzy i wystajce koci policzkowe. Jego wosy byy biae, a jej - przedwczenie siwiay, zatracajc gbok czer. Obydwoje mieli ciemnobrzowe oczy, najdoskonalej przystosowane do pustynnego slorica. Na ziemi szarpao si w sieci mae zwierz, wydajc piskliwy, saby gos.

- Stavin pi - powiedziaa Gada. - Nie przeszkadzajcie mu, ale gdy si obudzi, idcie do niego.

Matka Stavina i modszy partner wstali i weszli do rodka natychmiast. Starszy z mczyzn zatrzyma si przed ni.

- Czy moesz mu pomc ?

- Mam nadziej. Tumor jest zaawansowany, ale wydaje si, e chopiec jest twardy. - Wasny glos wydawa si jej daleki, pobrzmiewa faszywie, jak gdyby kamaa. - Mga bdzie gotowa na rano.

Cigle czua konieczno uspokojenia tego czowieka, ale nic nie przychodzio jej do gowy.

- Moja siostra chciaa z tob rozmawia - powiedzia i pozostawi kobiety same, nie przedstawiajc ich sobie nawzajem.

Nie wykorzysta sytuacji, by przyda sobie znaczenia, co mgby osign, gdyby wyjani, e ta wysoka kobieta jest przywdczyni ich grupy. Gada rzucia spojrzenie w bok. ale poa namiotu ju opada. Wyczerpanie dawao si dziewczynie coraz mocniej we znaki i po raz pierwszy miaa wraenie, e spoczywajca na jej barkach Mga jest cika.

- Czy dobrze si czujesz?

Gada odwrcia si. Kobieta zbliya si do niej z naturaln elegancj, jednak odrobin nieporadnie z powodu zaawansowanej ciy. Miaa drobne zmarszczki w kcikach ust, jakby od czstego miechu. Umiechna si teraz, cho z trosk.

- Wydajesz si bardzo zmczona. Czy mam kaza, aby kto przygotowa ci ko?

- Nie teraz - odpowiedziaa Gada. - Nie bd spala, pki nie bdzie po wszystkim. Kobieta badaa wzrokiem jej twarz.

- Myl, e rozumiem. Czy jest co, co moemy ci da? Potrzebujesz pomocy w przygotowaniach? Gada zastanowia si

- Mj kucyk potrzebuje paszy i wody...

- Ju o niego zadbalimy.

- A ja potrzebuj kogo do pomocy przy Mgle. Kogo silnego. Ale... waniejsze, eby si nie ba. Przywdczyni skina gow.

- Pomogabym ci - powiedziaa - ale ostatnio jestem troch...za gruba. Przyl kogo.

- Dzikuj.

Zatroskana, starsza kobieta pochylia gow i powoli oddalia si w kierunku namiotw. Gada podziwiaa wdzik, z jakim stawiaa kady krok. W porwnaniu z ni poczua si niezdarna i niechlujna.

Piasek poczu jedzenie; zacz zsuwa si z przegubu Gady. Zapaa go, zanim zdy opa na ziemi. Unis grn cz ciaa l wysun jzyk zerkajc w kierunku zwierztka.

- Wiem, ze jeste godny, paniczu - powiedziaa Gada - ale to zwierz nie jest dla ciebie. - Woya Piaska do torby, wzia Mg  ramienia i pozwolia jej uoy si wygodnie w ciemne) przegrdce.

Stworzenie znw zapiszczao i poczo szamota si, gdy przesun si po nim wyduony cie Gady. Dziewczyna pochylia si i podniosa je. Gwatowna seria penych przeraenia dwikw zanikaa w miar., jak Gada gaskaa futerko. Zwierz - spokojnie ju, ale bardzo wyczerpane - wpatrywao si w ni itymi oczami.Mialo dugie tylne nogi i szerokie, ctkowane uszy.Krcilo noskiem, wietrzc zapach wa.

- Przepraszam, e zabierani ci ycie - powiedziaa Gada - ale nie bdzie ju wicej strachu i nie zadam ci blu.

agodnie zacisna jedn do wok zwierzcia i gaszczc je,dru-g chwycia za krgosup u podstawy czaszki. Szarpna - raz, szybko. Wydawao si, e zwierztko jeszcze walczy, ale byo ju martwe.

Wycigna ma fiolk z kieszeni przy pasie, rozchylia jego zacinite szczki i wpucia w pyszczek kropl mtnego preparatu. Szybko otworzya torb i wywabia z niej Mg. Kobra wysza powoli i po chwili wyczua zwierz. Podpezla i dotkna je jzykiem. Przez moment Gada obawiaa si, e wa nie przyjmie padliny, ale ciaio byo jeszcze cieple i wci drgao, a kobra nie jada nic od dawna.

- Smakoyk dla ciebie,panienko.

Mga obwchaa stworzenie, cofna si i uderzya, zatapiajc krtkie, mocne zby w drobnym ciele. Ugryza powtrnie, pompujc dawk trucizny. Pucia ciao ofiary i zacza je poyka. Prawie wcale nie musiaa rozszerza szczk. Kiedy Mga pooya si spokojnie i rozpocza trawienie. Gada usiada obok. Czekaa.

Posyszaa kroki na piachu.

- Przysano mnie, abym ci pomg.

By to miody mczyzna, chocia czarne wosy mial ju gdzieniegdzie oproszone siwizn. Wyszy od Gady i wcale niebrzydki. Mia ciemne oczy, a ostre rysyjwarzy podkrelaa fryzura - wosy czesane do tyu i zwizane w ogon.

- Boisz si? - spytaa Gada.

- Bd robi, co mi kaesz.

Chocia jego ciao ukrywaa tunika, to dugie, mocne rce wskazyway, e jest silny.

- No to trzymaj j i nie daj si zaskoczy.

: i j -j i   Mga zacza si rzuca - tak dziaao lekarstwo, ktre Gada wlaa j   w pyszczek zwierzcia.

- Jeeli ona uksi...

-Trzymaj! Szybko!

Mody mczyzna wycign rce, ale waha si zbyt dugo. Mga wykrcia si i migna go ogonem w twarz niczym batem.Zatoczyl si do tyu - zarwno z powodu zaskoczenia, jak i siy otrzymanego ciosu. Gada mocno cisna Mg tu za szczk i usiowaa pochwyci reszt jej ciaa. W by zwinny, silny i szybki.

Walczc, kobra wydaa z siebie dugi syk. Poksaaby teraz wszystko, czego byaby w stanie dosign. Gada mocujc si z wem, zdoaa ucisn gruczoy jadowe i wydusi z nich resztki trucizny. Krople wisiay przez chwil na zbach, byszczc niczym klejnoty. Na szczcie Gada walczya z kobr na piasku, na ktrym Mga nie moga znale solidnego opracia. W kocu modemu czowiekowi udao si chwyci ogon Mgy. Drgawki ustay nagle i w spocz bezwadnie.

- Przepraszam...

- TYzymaj j - powiedziaa Gada. - Przed nami cala noc.

W czasie drugiego ataku konwulsji mfody mczyzna trzyma Mg mocno i okaza si rzeczywicie pomocny. Pniej Gada odpowiedziaa mu na pytanie, ktrego wczeniej nie zdy dokoczy.

- Gdyby ona wyprodukowaa trucizn i uksia ciebie, prawdopodobnie by umar. Ale o ile nie zrobisz czego gupiego, to teraz nie zrobi ci nic zego. Co najwyej moe uksi mnie.

- Niewiele bdziesz moga pomc mojemu kuzynowi, jeeli bdziesz martwa lub umierajca.

- Nie zrozumiae. Mga nie jest w stanie mnie zabi. - Gada wycigna rk, aby mg zobaczy biae blizny po uderzeniach ogonem i ukuciach zbw.

Przyjrza si im, zerkn jej na moment w oczy i popatrzy w dal.

Jasna plama w chmurach, z ktrej wyzieray promienie wiata,

przesuna si po nieboskonie ku zachodowi. Gada na moment

,   przysna, ale gdy Mga poruszya gow, prbujc uwoni si z

ucisku, dziewczyna ockna si raptownie.

- Nie wolno mi zasn" - powiedziaa do modego mczyzny. -'   Rozmawiaj ze mn. Jak ci nazywaj?

Tak jak uprzednio Stavin, tak teraz mody mczyzna zawaha si. Wydawao si, ze obawia si jej albo czego, co ma z ni zwizek.

- Moi ludzie - zacz - uwaaj, e to nierozsdnie mwi swoje imi obcym.

- Jeeli uwaacie mnie za czarownic, nie powinnicie prosi mnie o pomoc. Nie znam si na magii.

- To nie przesd - powiedzia. - Nie obawiamy si, e kto nas zaczaruje.

- Nie jestem w stanie przyswoi sobie wszystkich obyczajw ludzi na tej ziemi; zachowuj wic wasne. A moim obyczajem jest zwraca si do ych z ktrymi pracuj po imieniu.

- Nasze rodziny znaj nasze imiona. Wymieniamy je te ze swymi partnerami.

Gada zastanowia si przez chwil i dosza do wniosku, e ten zwyczaj nie bardzo by do niej pasowa.

- Z nikim wicej? Nigdy?

- No...przyjaciel moe zna czyje imi.

- Aha! - achna si Gada. - Rozumiem. Cigle jestem tu obca, by moe jestem uwaana za wroga.

- Przyjaciel mgby zna moje imi - powtrzy mody mczyzna. - Nie chciabym ci obrazi, ale tym razem to ly nie zrozumiaa. Znajomy to jeszcze nie przyjaciel. Bardzo wysoko cenimy sobie przyja. W tym kraju trzeba umie szybko stwierdzi, czy kto jest godzien tego, by nazywa go tym mianem. Rzadko si z kim zaprzyjaniamy, bowiem to wielkie zobowizanie.

- Brzmi to tak, jakby bya to rzecz, ktrej naley si obawia. Mczyzna przez chwil rozwaa te sowa.

- By moe zdrada przyjani jest tym, czego si najbardziej obawiamy. To bardzo bolesna rzecz.

- Czy kto kiedy ci zdradzi?

Spojrza na ni ostro, jakby przekroczya granic przyzwoitoci.

- Nie - powiedzia, a jego glos by rwnie twardy jak wyraz twarzy. - Nie przyjaciel. Nie ma nikogo, kogo nazwabym przyjacielem.

Jego reakcja zaskoczya Gad.

- To bardzo smutne - powiedziaa.

Zamylia si, prbujc zrozumie lk, ktry jest w -stanie tak bardzo odizolowa ludzi od siebie. Jej samotno z koniecznoci nie bya jednak tak straszna jak ich samotno z wyboru.

- Mw do mnie Gada * zdecydowaa - o ile jeste w stanie zmusi si do wypowiedzenia tego sowa. Nazywanie mnie po imieniu do niczego ci nie zobowizuje.

Wydawao si, e miody mczyzna chce co powiedzie - moe znowu pomyla, e j obrazi, moe wydao mu si, e powinien dalej broni swoich zwyczajw - ale Mga zacza si rzuca w ich rkach i musieli j trzyma, aby nie zrobia sobie krzywdy. Kobra wia si w ucisku Gady i omal si nie wymkna. Prbowaa rozoy kaptur, ale dziewczyna trzymaa j mocno. Mga otworzya pysk i zasyczaa, lecz z kw nie cieka ju ani odrobina jadu.

Owina ogon wok talii mczyzny. Modzieniec automatycznie zacz j odciga i obraca, aby uwolni si z jej zwojw.

- Ona nie jest dusicielem - powiedziaa szybko Gada. - Nie zrobi ci krzywdy. Zostaw j...

Byo ju jednak za pno. Mga nagle rozlunia minie i mfody czowiek straci rwnowag. W wysmykn si i oplt mocno wok! Gady. Nie spodziewajc si tego dziewczyna upada wraz z nim na piach. Mody mczyzna skoczy nagle w przd i uchwyci Mg tu pod kapturem. Wsplnie nie dali Mgle znale punktu oparcia i zdoali j poskromi. Mocowali si jeszcze, ale nagle Mg opuciy siy i leaa teraz midzy nimi, niemal zupenie sztywna. Z obojga la si pot, a miody mczyzna zbladi. Nawet Gada draa.

- Mamy chwil na odpoczynek - powiedziaa. Spojrzaa na modzieca i spostrzega ciemn lini na jego policzku, w miejscu, gdzie Mga uderzya go ogonem. - Bdzie pucho. Stuczenie -poinformowaa - ale nie zostanie blizna.

- Gdyby to bya prawda, e we dl ogonami, musiaaby przytrzymywa zarwno gow, jak i ogon, a ze mnie niewiele byoby poytku.

- Dzisiejszej nocy potrzebuj kogo, kto nie pozwoli mi zasn, niewane, czy bdzie mi pomaga przy Mgle, czy nie. Ale bez ciebie bym jej nie utrzymaa. - Walka z kobr pobudzia Gad, ale leraz ze zdwojon si powracay wyczerpanie i gd. _

- Gada...

-Tak?

Umiechn si szybko, zakopotany.

- Prbowaem, jak si to wymawia.

- Zupenie niele.

- De czasu zajo ci przejcie przez pustyni?

- Nieduo, cho zbyt dugo -: sze dni. Wtpi, czy szam najlepsz droga.

- Jak przeya?

- Jest tam woda. Wdrowalimy noc, a odpoczywalimy za dnia. Tam, gdzie mona byo znale jaki cie.

- Niosa ze sob cay zapas jedzenia? Wzruszya ramionami.

- Troch. - Jako nie miaa ochoty, aby mwi o jedzeniu.

- Co jest po drugiej stronie?

- Gry. Strumienie. Inni ludzie. Miejsce, gdzie dorastaam i uczyam si swej sztuki. Dalej jeszcze jedna pustynia i gry,z pooonym wewntrz Miastem.

- Chciabym zobaczy Miasto.

- Syszaam, e Miasto nie wpuszcza do rodka ludzi z zewntrz, takich jak ty czyja. Ale jest wiele miasteczek w grach. Mody mieszkaniec pustyni nie powiedzia ju nic wicej.

Kolejny atak konwulsji przyszed o wiele wczeniej, ni spodziewaa si Gada.Po ich sile znachorka moga wywnioskowa, w jakim stadium i jak powana jest choroba Stavina. Bardzo pragna, eby ju by ranek. Jeli miaa straci to dziecko, to chciaa, aby ju byo po wszystkim.

Kobra roztrzaskaaby si o ziemi, gdyby Gada i miody mczyzna jej nie trzymali. Nagle w zesztywnia, z zacinitymi szczekami i bezwadnym jzykiem. Przesta oddycha.

- Trzymaj j! - zawoaa Gada. - Trzymaj za gow! Szybko! Bierz j, a jak ucieknie, biegnij! We j! Teraz ci nie zaatakuje, najwyej moe ci przez przypadek uderzy.

Modzieniec waha si tylko przez chwil, pniej zapa Mg za gow. Gada pobiega, potykajc si w gbokim piasku, do miejsca, gdzie rosy krzewy. Zacza odamywa cierniste gazie, ktre raniy jej poblinione rce. Ktem oka dostrzega kilka mij gniedcych si pod kpk uschej rolinnoci. Zasyczay na jej widok.

Zignorowaa je. Znalaza cienk, pust w rodku odyg i wzia ze sob.

Beczc przy gowie Mgy sil otworzya jej szczki i wsadzia rurk gboko w gardo, do tchawicy, u nasady jzyka. Pochylia si, wzia rurk w usta i agodnie zacza wdmuchiwa powietrze w jej puca.

Gada powtarzaa zabieg, a Mga zacza oddycha samodzielnie. Kobieta odchylia si i usiada na piasku.

- Myl, e wszystko bdzie w porzdku - powiedziaa. - Mam nadziej.

Przesuna wierzchem rki po czole. Dotknicie wywoao bl -gwatownie odsuna rami i bl ogarn cae jej ciao: koci, ramiona, barki, a dotar do klatki piersiowej i cisn serce. Stracia rwnowag. Prbowaa obroni si przed upadkiem, ale jej ruchy byy zbyt wolne. Walczya z uczuciem mdoci i zawrotami gowy; prawie zdoaa je pokona, ale w tym momencie poczua, e ziemia si spod niej wymyka.

Poczua piach na policzku.

- Gada, czy mog puci?

Pomylaa, e to pytanie skierowane jest do kogo innego, cho zdawaa sobie spraw, e nikt inny nie moe na nie odpowiedzie. Poczua na sobie czyje donie. Byy bardzo delikatne. Potrzebowaa snu, wic je odsuna. One jednak chwyciy ja za gtow, podsuny tward skr do jej ust i wlay wod do garda. Zakrztusia si i wyplua pyn. Podpara si na okciu. Gdy wrcia jej wiadomo, poczua, e dry. Byo tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy uksi j w, kiedy system odpornociowy miaa jeszcze nie w peni rozwinity. Miody mczyzna klcza obok z bukakiem w doni. Mga u jego stp pezaa w stron ciemnoci. Gada zapomniaa o rwcym blu.

- Mga! - Poklepaa ziemi doni.

Mody czowiek zrobi krok w ty i obrci si. Kobra cofna si do pozycji ataku, balansujc ponad nimi. Obserwowaa: za, gotowa do uderzenia, z rozoonym kapturem. Tworzya bia, falist lini na tle ciemnoci. Gada zmusia si, aby wsta; czua si lakjakby jej ciao nie naleao do niej. Omal znw nie upada, ale zdoaa utrzyma rwnowag. Stana twarz w twarz z kobr, ktrej oczy byy na wysokoci jej oczu.

1    t Teraz nie moesz si wybiera na polowanie - powiedziaa. -Czeka na ciebie praca.

Wycigna w bok praw rk, aby zwabi Mg, gdyby ta chciaa uderzy. Gada obawiaa si nie tyle ukszenia, ile utraty zawartoci torebek jadowych.

- Chod tutaj - powiedziaa. - No chod i poka sw zo. -Zauwaya krew sczca, si spomidzy palcw i strach o Stavina wzmg si. - Czyby ju mnie uksi, zwierzaczku? - Ale nie, bl by inny: trucizna zadziaaaby umierzajco, a nowy jad jedynie piecze...

- Nie -wyszepta zza jej plecw miody mczyzna.

Mga uderzya. Odruchy wpojone dugotrwaym treningiem zwyciyy: praw rk Gada byskawicznie cofna, a lew chwycia wa w momencie, gdy cofai gow. Kobra wia si przez chwil,a si uspokoia.

- Przebiega bestio! - powiedziaa Gada. - Jak ci nie wstyd! Pozwolia, aby Mga wpeza jej na rami i bark.

- Nie uksia mnie?

- Nie - odpowiedzia mody mczyzna. Jego opanowany glos zabarwiony by odrobin lku. - Powinna teraz umiera, wi si w agonii, a twoje rami powinno by czerwone i opuchnite. Kiedy wrcia stamtd... - Wskaza na jej rk. - To musiaa by mija piaskowa.

Gada przypomniaa sobie kbowisko gadw pod stert gazi i dotkna krwi na rce. Otara j i pomidzy zadrapaniami ukazao si podwjne nakucie po zbach jadowych. Rana bya lekko nabrzmiaa.

- Trzeba j oczyci - rzeka. - Wstyd mi, e od tego zasabam. Bl rozchodzi si agodnymi falami wzdu ramienia i przestawa pali. Staa, patrzc na modego mczyzn.

- Bardzo dobrze trzymae Mg. I bardzo dzielnie - odezwaa si. - Dzikuj.

Spuci wzrok, niemal si kaniajc. Po chwili wyprostowa si i podszedi do niej. Gada pooya rk na karku Mgy, aby ta si nie przestraszya.

- Bybym zaszczycony - powiedzia - gdyby mwia do mnie Arevin.

- Z pizyjemnoci.

Gada przyklka, by Mga moga zsun" si do swojej przegrdki. Za chwil, kiedy wa uspokoi si zupenie, czyli o brzasku, bdzie mona pj do Stavina.

Gada zamkna torb i chciaa wsta, ale nie moga. Niezupenie jeszcze otrzsna si z dziaania nowego jadu. Ciao wok rany byo czerwone i podranione, ale krwotok si nie zwiksza. Siedziaa i patrzya na swoj rk, prbujc uwiadomi sobie, co powinna teraz zrobi,

- Prosz, pozwl, e ci pomog. Dotkn jej ramienia i pomg jej wsta.

- Przepraszam - powiedziaa. - Tak bardzo potrzebny jest mi wypoczynek.

- Daj, umyj ci rk - zaproponowa Arevin. - Pniej bdziesz moga spa. Powiesz mi, kiedy ci obudzi...

- Nie mog jeszcze spa. - Zebraa si w sobie, wyprostowaa, odrzucia mokre kosmyki krtkich wosw z czoa. - Ju w porzdku. Masz troch wody?

Arevin sign pod tunik. Mia tam przepask na biodrach i skrzany pas, do ktrego przytroczone byy bukaki i mae torebeczki. Teraz Gada moga zobaczy, e mczyzna by szczupy i dobrze zbudowany. Nogi mia dugie i muskularne, skr na nich o ton janiejsz od ciemnobrzowej opalenizny na twarzy. Odpi bukak i sign po rk Gady.

- Nie, Arevinie. Jeli trucizna dostanie ci choby w najmniejsze zadrapanie na twoim ciele, to stracisz ycie.

Usiada i polaa sobie do". Letnia woda ciekaa na ziemi rowymi kroplami i znikaa, nie pozostawiajc nawet ladu. Rana krwawia jeszcze troch, ale bl by teraz niewielki. Trucizna zostaa prawie zupenie zneutralizowana.

- Nie mog poj - powiedzia Arevin - jak to si dzieje, e nic ci nie jest. Moj modsz siostr uksia mija piaskowa. - Nie udao mu si mwi tego tak spokojnie, jak by chcia. - Nic nie mona byo dla niej zrobi. Nie moglimy nawet zmniejszy jej blu.

Gada oddaa mu bukak i w zasklepiajce si nakucia wtara balsam z fiolki, ktra miaa w kieszonce pasa.

- To cz przygotowania - wyjania. - Pracujemy z wieloma rodzajami wy, musimy wic by odporni na jak najwicej rodzajw jadu. - Wzdrygna si. - Praca jest mudna i do bolesna.

Zacisna pi; cienka warstwa pokrywajca ran nie pka. Gada nie miaa ju zawrotw gowy. Nachylia si do Arevina i dotkna jego zaczerwienionego policzka.

- Taaak... Powinno niedugo si zagoi.

- Jeeli nie moesz spa - powiedzia Arevin - to moe by przynajmniej odpocza.

- Dobrze - powiedziaa. - Przez maa chwilk.

Gada usiada obok Arevina, opierajc si o jego rami i razem obserwowali soce, ktre malowao chmury na kolor zota, pomieni i bursztynu, Prosty, fizyczny koniaki z drugim czowiekiem sprawia Gadzie przyjemno, chocia nie byo to wszystko, czego potrzebowaa. W innym czasie, w innym miejscu, by moe zrobiaby co wicej, ale nie tutaj i nie teraz.

Kiedy dolna krawd jasnej plamy soca wzniosa si ponad horyzont, Gada wstaa i sprowokowaa Mg do wyjcia z torby. Osabiona kobra wysuna si powoli i wpeza Gadzie na barki. Dziewczyna podniosa torb i wolnym krokiem posza wraz z Are-vinem w kierunku namiotw.

Rodzice Stavina wypatrywali jej, stojc tu przed wejciem do namiotu. Przez chwil Gada sdzia, e zdecydowali si j odesa. W chwil pniej pena lku zapytaa, czy Stavin nie umar. Potrzsnli przeczco gowami i wpucili j do rodka.

Stavin lea tak jak go zostawia; cigle spa. Doroli ledzili j uwanymi spojrzeniami.

- Wiem, e wolelibycie zosta - powiedziaa. - Wiem, e chcecie mi pomc, ale nie ma tu nic do roboty dla nikogo, oprcz mnie. Prosz, wyjdcie na zewntrz.

Rzucili po sobie szybkie spojrzenia, popatrzyli na Arevina i Gada pomylaa, e odmwi.

- Chodmy na zewntrz - powiedzia Arevin. - Jestemy od niej zaleni.

Odchyli po namiotu i wyprowadzi ich. Gada podzikowaa mu jedynie ukradkowym spojrzeniem, a na jego ustach pojawi si cie umiechu. Dziewczyna odwrcia si w stron Stavina i przyklka.

- Slavin! Dotkna jego czoa.

Byo bardzo gorco. Zauwaya, ze rka dry jej bardziej ni przedtem. Delikatne dotknicie obudzio dziecko.

- Ju czas.

.1: Zamruga oazami, budzc si z dziecicego snu. Zauway j i powoli zaczyna poznawa. Nie wyglda! na przestraszonego. To cieszyo Gad. Byo jednak co, czego nie umiaa okreli, a co budzio niepokj.

- Czy bdzie bolao?

- A czy teraz boli?

Zawaha si przez moment, popatrzy w dal i znowu na Gad.

-Tak.

- Moe zabole troch mocniej. Mam nadziej, e nie bardzo. - Jeste gotowy?

-Czy Mech moe zosta?

- Oczywicie- powiedziaa.

W tym momencie zrozumiaa, co j niepokoio.

- Zaraz wrc - jej gos zmieni si, by teraz tak matowy, e nie mogo to nie przestraszy chopca.

Wysza z namiotu powoli, spokojnie, hamujc si. Na zewntrz stali peni obaw rodzice.

- Gdzie Mech?

Arevin sta tyem do niej, ale odwrci si gwatownie. Jasnowosy mczyzna wydoby z siebie krtki, bolesny jk i odwrci gow pod jej spojrzeniem.

- Balimy si - odezwa si najstarszy z rodzicw. - Obawialimy , si, e uksi dziecko.

- To ja si obawiaem, e uksi. To ja. Wpez mu na twarz. Widziaem jego zby... - ona pooya rce na ramionach modszego partnera i ten nie powiedzia ju nic wicej.

- Gdzie on jest? - miaa ochot krzykn.

Przynieli jej mae, otwarte pudeko. Gada wzia je i zajrzaa do rodka.

Mech lea, rozcity prawie na dwoje.Wntrznoci wypyny mu na zewntrz. W - opiekun snu - targany konwulsjami drgn, wysun jzyczek i schowa go. Z garda Gady wydoby si dwik zbyt zduszony, aby mg by wzity za pacz. Wzia wa w donie najdelikatniej, jak umiaa. Schylia si i zbliya wargi do gadkich, zielonych usek tu za gow. Ugryza szybko, gwatownie, mocno, przy samej podstawie czaszki. Sona i zimna krew spyna jej w usta. Jeeli dotychczas y, {o ona zadaa mu natychmiastow mier.

Spojrzaa na rodzicw i na Arevina. Wszyscy byli bladzi, lecz nie miaa wspczucia dla ich przeraenia i nic j ono nie obchodzio.

- Takie mae stworzonko - powiedziaa.- Takie mae stworzonko, ktre nie jest w stanie zrobi nic, najwyej dawa przyjemno? i sprowadza sny.

Patrzya na nich jeszcze przez moment i wesza znw do namiotu.

- Zaczekaj - usyszaa, jak starszy z rodzicw podchodzi do niej z tyu. Dofloi jej ramienia. Wstrzsna ciatem, aby straci jego rk. - Damy ci wszystko, czego zadasz - powiedzia - ale zostaw chopca w spokoju.

Odwrcia si do niego z furi.

- Mam zabi Stavina przez wasz gupot?

Wydawao si, e mczyzna chce j zatrzyma. Mocno uderzya go okciem w odek i rzucia si do namiotu. Wewntrz kopna torbe-Obudzony nagle i rozzoszczony Piasek wyszed z niej i zwin si w kbek. Gdy kto prbowa wej, zasyczal i zagrzechota z tak gwatownoci, jakiej Gada jeszcze u niego nie widziaa. Nie pofatygowaa si nawet, by spojrze za siebie. Schylia gow i otara rkawem zy, zanim zobaczy je Stavin. Klkna obok niego.

- Co si stao?

Nie wiedzia nic, ale sysza glosy i tupanie na zewntrz.

-Nic, Stavinie - powiedziaa Gada. - Czy wiesz, e przeszlimy przez pustyni?

- Nie - odrzek z zaciekawieniem.

- Byo bardzo gorco i nie mielimy nic do jedzenia. Mech teraz poluje. By bardzo godny. Wybaczysz mu i pozwolisz mi zacz? Bd przy tobie cay czas.

Wydawa si bardzo zmczony i rozczarowany, ale nie mia siy dyskutowa.

- Dobrze - jego gos zaszeleci jak piasek przesypujcy si przez palce.

Gada uniosta Mg ze swoich barkw i odchylia koc, odkrywajc drobne ciao Stavina. Tumor rozpycha si pod ebrami chopca, znieksztacajc klatk, wysysajc potrzebne do ycia substancje i zatruwajc organizm odpadami wasnej przemiany materii.Gada uja Mg za gow i pozwolia jej przesun si po ciele chopca. Mga wszya i smakowaa. Gada musiaa powstrzymywa j przed uderzeniem: cae to zamieszanie bardzo j pobudzilo.Kiedy Piasek

i zagrzechota, wibracje wprowadziy kobr w drenie.Gada gaskaa j i uspokajaa. Wy trenowane odruchy znowu powracay, zwyciajc naturalne instynkty. Mga zatrzymaa si, kiedy jej jzyk musn skr nad tumorem; Gada pucia.

Kobra cofna si i uderzya, ksajc tak, jak robi to kobry: najpierw zatopia zby pytko, pniej zwolnia ucisk i natychmiast uksia znw, poprawiajc chwyt. Stavin krzykn, ale nie poruszy si, gdy Gada mocno go trzymaa.

Mga wpucia zawarto swoich torebek jadowych w ciao chopca. Po chwili zesza z niego, rozgldajc si dookoa.Zloya konierz i tworzc idealnie prost linie, suna po pododze w kierunku swej ciemnej, przytulnej przegrody w torbie..

- Ju po wszystkim, Stavinie.

- Umr teraz?

- Nie - odpowiedziaa Gada. - Nie teraz. J mam nadziej, e jeszcze przez wiele lat. - Z kieszonki u pasa wyja fiolk z proszkiem. - Otwrz buzie. - Posucha, a ona posypaa mu proszkiem jzyk.- To zmniejszy bl.

Nie ocierajc krwi, przykrya kawakiem ptna kilka pytkich ranek. Odwrcia si od chopca.

- Gada? Idziesz ju?

- Nie odejd bez poegnania. Obiecuj.

Dziecko pooyo si z powrotem i zamkno oczy. Powoli ulegao dziaaniu lekarstwa.

Piasek spokojnie zwin si na ciemnym wojoku. Gada poklepaa podog, aby go przywoa. Podpelzl do niej i pozwoli umieci si w swojej czci torby. Gada zamkna ja i podniosa. Wci miaa wraenie, e sakwa jest pusta. Usyszaa odgosy na zewntrz namiotu. Rodzice Stavina oraz inni ludzie, ktrzy przyszli pomc otworzyli namiot i zagldali do rodka, wsuwajc najpierw kije.

Gada usiada obok skrzanej torby. ...- Ju po wszystkim.

Weszli. Arevin pomidzy nimi. Tylko on z pustymi rkami.

- Gada- odezwa si, pokonujc al, smutek i zakopotanie. Nie bya w stanie odgadn, po czyjej by stronie. Wzi j za rami.

;    - Chopiec umarby bez niej. Cokolwiek teraz si stanie, on by umar.

;    OdtracHa jego rk.

- On mgby y. Mgby przecie gdzie odej. Wy... - Nie moga dalej mwi.

Czul, e ludzie poruszaj si i otaczaj j. Arevin podszed jeszcze bliej i zatrzyma si. Widziaa, e chce, aby si bronia.

- Czy kto z was potrafi paka? - spytaa. - Czy kto z was jest w stanie zapaka nade mn i moim blem lub te nad drobnymi stworzonkami i ich blem?

Czua, jak zy spywaj jej po policzkach.

Nie rozumieli jej. Byli obraeni jej zami. Stali w pewnej odlegoci, cigle peni lku przed ni. ale zbierali si w sobie .Nie potrzebowaa ju duej udawa spokoju, ktry by niezbdny, by oszuka dziecko.

- O, wy gupcy! - gos jej si ama.- Stavin... Wszystkich uderzy snop wiata od strony wejcia.

- Przepucie mnie.

Ludzie stojcy przed Gada rozsunli si, robic przejcie dla przywdczyni. Zatrzymaa si przed Gada, nie zwracajc uwagi na torb, ktr niemal dotykaa stopa.

- Czy Stavin bdzie y? - jej glos brzmia cicho, spokojnie i agodnie.

- Nie mog powiedzie na pewno - odpara Gada - ale czuj, e bdzie.

- Zostawcie nas.

Ludzie pojli sowa Gady i jeszcze zanim dotaro do nich to, co powiedziaa przywdczyni, opucili bro i powoli, jeden po drugim, zaczli wychodzi z namiotu.

Arevin zosta przy Gadzie. Sia, jaka wyzwolia si w niej pod wpywem zagroenia, teraz umkna. Pochylia si nad torb, twarz ukrya w doniach. Starsza kobieta uklka przed ni, zanim Gada spostrzega i zanim zdoaa jej w tym przeszkodzi.

- Dzikujemy - powiedziaa przywdczyni. - Dzikuj ci. I przepraszani za...

Obja Gad ramionami i przycigna ku sobie. Arevin kucn koo nich i take obj Gad. Jej ciao znw zaczo drze, a oni trzymali j, gdy pakaa.

Pniej, wyczerpana, spaa w namiocie ze Stavinem, trzymajc go za rk. Ludzie zapali mae zwierzta dla Fiaska i Mgy. Nakar-

mili Gade. i napoili, przynieli nawet tyle wody, e moga si. wykpa.

  Kiedy si obudzia, Arevin drzema w pobliu. Byo gorco, wic

rozchyli tunik. Struka potu pyna mu po piersiach i brzuchu.

Surowo rysw twarzy znikna; wydawa si wyczerpany i bez-

ibronny. Gada chciaa go obudzi, ale powstrzymaa si. Potrzsna

gow i odwrcia si do Stavina.

Pomacaa guz i stwierdzia, e zacz mikn i kurczy si, ginc pod wpywem jadu Mgy. Poprzez smutek odczua niewielk rado. Odgarna jasne wosy z czoa Stavina.

- Ju ci wicej nie bd okamywa, malutki - wyszeptaa. -Niedugo musz std odej. Nie mog tu zosta.

Potrzebowaa jeszcze ze trzy dni na odespanie skutkw ukszenia mii piaskowej, ale miaa nadziej, e przepi si gdzie indziej.

- Stavin?

Obudzi si powoli.

- Ju nie boli - powidzia pprzytomnie.

- Ciesz si.

- Dzikuj...

- Do widzenia, Stavin. Bdziesz pamita pniej, e ci obudziam i e poczekaam, aby si z tob poegna?

- Do widzenia - odpowiedzia, znw zapadajc w sen. - Do widzenia, Gada. Do widzenia, Mech.

Zamkn oczy.

Gada podniosa torb i stana, patrzc na lecego Arevina, Mczyzna nie poruszy si. Troch z zadowoleniem, troch z alem, opucia namiot.

Zmierzch zblia si dugimi, rozmazanymi cieniami. Obz by rozgrzany i cichy. Odszukaa swego kucyka w tygrysie paski. Przygotowano dla niej wod i jedzenie. Napenione bukaki leay na ziemi obok sioda, a specjalny pustynny strj przerzucono przez k, chocia Gada odmwia przyjcia jakiejkolwiek zapaty. Kucyk zara na jej widok. Podrapaa go w pasiaste uszy, osiodaa i przytroczyla z tyu swj dobytek. Skierowaa si ku wschodowi,

tam skd przysza.

:    -Gada.

Wcigna gboko powietrze i odwrcia si. Arevin stal tyem do soca, a jego wyduony cieii siga niemal do jej stp. Ciemne wosy z pasemkami bieli spyway luno na ramiona, nadajc twarzy agodniejszy wyraz.

- Musisz i?

-Tak.

- Miaem nadziej, e nie odejdziesz, zanim... Mylaem, ze zostaniesz przez jaki czas... S. tu inne klany, inni ludzie, ktrym mogaby pomc.

- Gdyby wszystko odbyo si inaczej, pewnie bym zostaa. Jest tu duo pracy dla uzdrowiciela, ale...

- Oni si bali.

- Mwiam im, e Mech nie zrobi im krzywdy, ale oni widzieli jedynie jego zby, a nie to, e mg sprowadza sny i lekk mier.

- Nie moesz im wybaczy?

- Nie jestem w stanie sprosta wasnej winie. To, co zrobili,bylo skutkiem mojego bdu, Arevinie. Nie rozumiaam ich dopty, dopki nie byo za pno.

- Sama przecie powiedziaa, e nie moesz zna wszystkich obyczajw i wszystkich lkw.

- Jestem jak kaleka - powiedziaa. - Bez Mcha nie bd moga sprowadza snu, nie bd w stanie leczy. Nie ma zbyt wielu wy snu. Bd musiaa wrci do domu i powiedzie moim nauczycielom, e straciam swojego opiekuna snu. Mam nadziej, e wybacz mi moja gupot. Rzadko nadaj komu imi, jakie nosz. Bd bardzo zawiedzeni.

- Pozwl mi jecha z tob.

Pragna tego. Ale zawahaa si, przeklinajc swoj sabo.

- Mog odebra mi Mg i Piaska, a mnie wykluczy. Ciebie mogliby wyrzuci take. Zosta tutaj, Arevinie.

- To nie miaoby znaczenia.

- Miaoby. Po jakim czasie zaczlibymy si wzajemnie niena-widzie. Nie znam ciebie, a ty nie znasz mnie. Potrzebny jest spokj, cisza i czas, abymy mogli si nawzajem zrozumie.

Podszed do mej i otoczy ja ramionami. Stali lak, obejmujc si przez chwil. Kiedy podnis gow, na jego policzkach zabyszcza-y zy.

-Prosz ci,wrc - powiedzia. - Cokolwiek si wydarzy, prosz: wrt.

- Sprbuj - przyrzeka. - Nastpnej wiosny, gdy ustan wiatry, spodziewaj si mnie. A jeszcze nastpnej, jeeli si nie pojawi, zapomnij o mnie. Gdziekolwiek bym wledy bya, nie bd ju o tobie pamita.

- Bd czeka na ciebie - powiedzia Arevin.

Gada chwycia uprz kucyka i ruszya w kierunku pustyni.

Mga podniosa si syczc, a Piasek towarzyszy jej niczym echo, grzechoczc ostrzegawczo ogonem. Pniej dal si sysze ttent kopyt przytumiony przez piasek pustyni; Gada czul go przez donie. Poklepaa ziemi i skrzywia si z blu, wcigajc powietrze. Wok podwjnego nakucia, w miejscu, gdzie uksia j mija piaskowa, do bya sino-czarna od knykcia a po przegub. Znikn-y tylko opuchnicia przy brzegu rany.

Troskliwie uoya obola do na podoku, a lew dwukrotnie poklepaa grunt. Grzechot Fiaska ucich, a w o deseniu przypominajcym szlif diamentu podpez w jej kierunku, opuciwszy legowisko na rozgrzanym kamieniu. Gada powtrnie poklepaa grunt. Mga, uspokojona znajomym odgosem sygnau, zoya kaptur.

Ttent usta. Z obozu - grupy czarnych namiotw na czarnym tle, przysonitych rozproszonymi skaami na kracu oazy - dobiegy jakie odgosy. Piasek owin si na przedramieniu Gady, a Mga uoya si jej na barkach i ramionach. Mech powinien by ople si wok nadgarstka lub na szyi na ksztat szmaragdowego naszyjnika, ale Mcha ju nie byo. Mech nie y.

Jedziec popdzi konia w jej kierunku. Skpe wiato biolumine-scencyjnych latarek i spowitego w chmury ksiyca poyskiwao w kropelkach, ktre wzbija gniadosz, gnajc poprzez pycizny oazy.. Ciko chwyta powietrze w rozdte nozdrza. Odblask ogniska zamigota krwicie na zoconej udzie i rozjani twarz jedca. To bya kobieta.

- Uzdrowicielka? Gada podniosa si.

- Nazywam si Gada.

Moe ju nie miaa prawa uywa swego imienia, ale nie miaa te ochoty powraca do tego z dziecistwa.

- Jestem Merideth - powiedziaa dziewczyna, zeskakujc z konia i kierujc si ku Gadzie, Zatrzymaa si, gdy Mga podniosa gow.

- Nie zaatakuje - uspokoia j Gada. Merideth podesza bliej. -Jedna z moich partnerek jest ranna. Czy zechcesz przyjecha?

- Tak, oczywicie.

Gada obawiaa si, e poproszono j o pomoc umierajcemu, a ona nie bdzie w stanie nic zrobi. Przyklka, by woy Mg i Fiaska do skrzanej torby. We zelizny si jej po rkach.

Liska - swego tygrysiego kuca, zostawia w obozowisku, gdzie przed chwil zatrzymaa si Meridelh. Gada nie musiaa si o niego martwi, bo Grum, karawaniarka, dobrze si nim zaja. Jej wnuki obficie go nakarmiy i porzdnie wyszczotkoway. Grum miaa dopilnowa podkucia, gdyby kowal pojawi si pod nieobecno Gady, a uzdrowicielka miaa nadziej, e Grum poyczy jej jakiego wierzchowca.

Gada wyjania wszystko Merideth.

- Nie ma na to czasu - odrzeka tamta. - Te pustynne chabety nie nadaj si do galopowania. Moja klacz zabierze nas obie.

Wierzchowiec Merideth oddycha normalnie, chocia pot spywa mu po opatkach. Stal z podniesiona gow, z grzbietem wygitym w uk, strzygc uszami. Rzeczywicie, to zwierz robio wraenie. Byto lepszej krwi ni kucyki koczownikw z karawany, ktre byy z kolei o wiele szlachetniejsze od Liska.

W przeciwiestwie do prostego stroju amazonki, uprz konia bya bardzo bogato zdobiona.

Gada woya nowy pustynny strj i chust na gow - podarunki od ludzi Arevina. Bya im wdziczna za lo ubranie. Mocna, lecz delikatna tkanina stanowia doskona ochron przed upaem, piachem i kurzem.

Merideth dosiada konia, zwolnia strzemi i wycigna rk, by poda ja. Gadzie. Jednake kiedy Gada zbliya si, zwierz, poczu-wszy zapach wy, poruszyo chrapami i zatrzso si trwoliwie. Dziki agodnym dotkniciom Merideth klacz stana w miejscu, ale nie uspokoia si. Gada wskoczya na ty sioda. Minie zwierzcia napiy si i klacz rzucia si do galopu, rozpryskujc wod. Lekka mgieka osiada na twarzy Gady. Uzdrowicielka zacisna nogi na mokrych bokach klaczy. Ko min oaz i pomkn przez pustynie.

: Z dala od ogniska Gada widziaa niewiele. Czarny piach wchla-nia wiato i uwalnia je w postaci ciepa. Klacz pdzia, wyszukane ozdoby uprzy pobrzkiway delikatnie ponad skrzypieniem kopyt na piachu. Koski pot - gorcy i lepki  wsika w spodnie Gady, klei si do kolan i ud.

Poza oaz, gdy zabrako osony drzew, Gada poczua ukszenia porywanego wiatrem piachu. Jedn rk pucia Mendeth tak, e moga sobie*nacigna chust na twarz.

Niebawem wyjechay na kamienista pochyo. Klacz wdrapaa si po stoku na lit ska.

-Niebezpiecznie jest jedzi tutaj szybko. Mogybymy wpa w rozpadlin, zanim bymy j zobaczyy - w gosie Mendeth dao si sysze napicie.

Poruszay si prostopadle do szczelin i pkni. elazne podkowy dzwoniy po bazalcie, jakby pod spodem bya pustka. Kiedy klacz musiaa przeskoczy rozpadlin, echo przenikao w gb kamienia.

Gada zastanawiaa si, co stao si przyjacice Mendeth. Milczaa jednak;kamienna rwnina uniemoliwiaa rozmow, wymagaa skupienia uwagi na drodze. Gada nie miaa odwagi zapyta, nie miaa odwagi wiedzie. Torba ciko leaa na jej nodze, koyszc si w rytm dugich krokw klaczy. Gada czua, jak Piasek zmienia pozycj w swej przegrdce. Miaa nadziej, e nie zacznie grzechota i nie wystraszy ponownie konia.

Rozlewiska lawy nie byo na mapie, ktra koczya si na poudniu, na granicy oazy. Szlaki handlowe omijay rozlewiska, gdy byy one trudne do przebycia zarwno dla ludzi, jak i dla zwierzt. Gada zastanawiaa si, czy dojad przed nastaniem dnia. Tutaj, na czarnej skale, upa wybuchnie gwatownie i nieodwoalnie.

W kocu klacz zacza zwalnia, mimo e Mendeth nieustannie j popdzaa.

agodna, rozkoysana jazda stpa poprzez szerok rzek kamieni nieomale upia Gad. Otrzewiaa gwatownie, gdy klacz polizgna si i podcigna pod siebie zadnie nogi, zjedajc po rozlegym stoku zastygej lawy. Gada ciskaa jedn rk torb, drug Mendeth, a kolanami boki konia.

Rpzkruszony drobno kamie u podna stoku utrudnia schodzenie. Mendeth wci poganiaa wyczerpan klacz, wymuszajc na niej kus. Wkrtce kobiety znalazy si w gbokim, wskim kanionie, ktrego ciany utworzone byy przez dwa oddzielone od siebie jzory lawy.

wietlne punkty zawiroway na hebanowym tle i przez chwil Gada mylaa, e to wietliki. Pniej w oddali zara koi i wiata okazay sw prawdziw natur - byty to obozowe lampy.

Merideth pochylia si do przodu i zacza szepta do klaczy sowa zachty. Naraz ko potkn! si i Gad rzucio na plecy Merideth. Gwatownie wstrznity Piasek zagrzechota. Przestrzeli dookoa niczym studnia wzmocnia dwik. Klacz wyrwaa do przodu w panice. Merideth pozwolia jej gna, a kiedy ko zwolni, piana cieka mu po karku, a z nozdrzy sczya si krew. Mimo tego Merideth zmusiia go, by szed naprzd.

Wydawao si, e obz to umykajcy przed nimi mira. Kady oddech sprawia Gadzie taki bl, jakby to ona brna wrd piachu i kamieni.

W koricu dotary do namiotu. Klacz zachwiaa si i zwiesiwszy eb, stana na drcych nogach. Gada zelizgna si z jej grzbietu, mokra od potu, te caa drc. Merideth zsiada i poprowadzia j w stron namiotu. Poy odchyliy si. wiato wewntrz zdawao si by" bardzo jasne. Ranna przyjacika Merideth leaa pod cian. Twarz miaa zaognion i lnic od potu; jej dugie, ceglastoczer-wone pukle wiy si na posaniu. Obok, na pododze, siedzia mczyzna. Podnis gow.

Jego mia, cho nieadna twarz poorana bya bruzdami. Mia cignite, gste brwi i ciemne, pene napicia oczy. Jego wosy byy spltane i matowe. Merideth przyklka obok.

- Jak si czuje?

- W kocu zasna. Nic si nie zmienio. Dobrze, e przynajmniej nie czuje blu...

Merideth wzia modego mczyzn za rk i nachylia si, by lekko pocaowa pic kobiet. Ta nie poruszya si. Gada pooya torb i podesza bliej. Merideth i jej towarzysz patrzyli na siebie, poddajc si ogarniajcemu ich wyczerpaniu.

Niespodziewanie mczyzna pochyli si w kierunku Merideth; objli si w milczeniu, mocno i dugo.

Merideth wyprostowaa si niechtnie.

- Uzdrowicielko, to moi partnerzy: Alex - wskazaa gow w kierunku modego czowieka - i Jesse.

Gada wzia pic kobiet za przegub doni. Puls by saby, nieregularny. Na czole widniao gbokie wklnicie, ale oczy nie

byy uszkodzone. By moe miaa szczcie i okae si, ze to tylko lekki wstrzs. Gada odchylia przecierado, ktrym przykryta bya kobieta. Siniaki wiadczyy o fatalnym upadku: bark, do, biodro, kolano * wszystko mocno potuczone.

- Powiedziae, e zasna. Czy od czasu wypadku bya zupenie przytomna?

- Gdy j znalelimy, bya nieprzytomna, ale pniej odzyskaa wiadomo.

Gada pokiwaa gow. Na boku Jesse widniao due zadrapanie, a na udzie miaa banda. Gada chciaa odchyli opatrunek najdelikatniej jak umiaa, lecz skrzepnita krew przylepia go do ciaa.

Jesse nie drgna, kiedy Gada dotkna drugiej szramy na nodze; nawet nie poruszya si, jak to zwyke robi picy, kiedy im si przeszkadza. Gada poaskotaa ja. w podeszw stopy; bez rezultatu. Nie byo adnych odruchw.

- Spada z konia - wyjani Alex.

- Ona nigdy nie spada - zaprotestowaa Merideth.

- rebak si pod ni potkn.

Gada szukaa w sobie dawnej odwagi, ktra powoli wysczaa si  z niej od czasu, gdy Mech zosta zabity. Wygldao na to, e ju jej nie odzyska. Gada wiedziaa, w jaki sposb Jesse zostaa zraniona, pozostawao tylko stwierdzi, jak powane s obraenia. Milczaa. Opierajc rk o kolano, ze spuszczon gow, dotkna czoa Jesse.

Chora odwrcia gow, jczc cicho przez sen.

"Potrzebuje kadego rodzaju pomocy jaki jeste w stanie jej zaoferowa - pomylaa Gada ze zoci - a im duej bdziesz si pawi w litoci nad sob, tym wiksze masz szans, e zamiast pomc, zrobisz jej krzywd."

Gadzie wydawao si, e w jej gowie prowadza dialog dwie rne osoby, z ktrych adna nie jest ni sam. Obserwowaa, czekaa. I odczua gbok ulg, kiedy ta jej cze, ktra bya odpowiednikiem poczucia obowizku, zwyciya te bojailiw.

- Potrzebuj pomocy, aby j obrci - powiedziaa.

Merideth chwycia chor za barki, a Alex za biodro. Unieli j i przekrcili na bok zgodnie z instrukcjami Gady, tak by nie naruszy krgosupa. Czarny siniec rozlewa si w okoliy pasa, rozchodzc si w dwie strony na wysokoci krzya. Tam, gdzie by najczarniejszy, ko zostaa zmiadona.

Sila upadku nieomal odara skr z krgosupa. Gada namacaa :drobne odamki, ktre zostay wepchnite w gb ciaa.

- Pocie j - powiedziaa z gbokim, cikim westchnieniem. Usuchali i czekali w milczeniu. Przysiada na pitach. " Jeeli Jesse bdzie umieraa - mylaa - nie poczuje zbyt wielkiego blu. Tutaj Mech i tak.nie mgby jej pomc."

- Uzdrowicielko...? - szepn niepewnie Alex.

Mia niecae dwadziecia lat, zbyt mao, aby mg znie ciar ogromnego smutku. Wiek Merideth nie dawa si okreli. Mocno opalona z ciemnymi oczami, stara lub moda, wyrozumiaa, zgorzkniaa.

Gada popatrzya na Merideth, zerkna na Alexa i odezwaa si -bardziej do starszej partnerki.

- Ma zamany krgosup.

Merideth usiada, zwiesia ramiona. Bya zaszokowana.

- Ale yje! - krzyknl Alex. - Skoro yje, to jak...

- Czy moliwe jest, e si mylisz? - spytaa Merideth. - Moesz co zrobi?

- Chciaabym. Merideth, Alex - ona ma wielkie szczcie, e yje. Mao, e ko jest zamana; jest zmiadona i przesunita.Chciala-bym mc powiedzie co innego: e by moe koci si pozrastaj, by moe nerwy nie s uszkodzone, ale wtedy bym was okamaa.

- Jest kalek.

- Tak - przyznaa Gada.

- Nie - Alex schwyci j za rk. - Nie Jesse. Ja nie...

- Cicho Alex! - wyszeptaa Merideth.

- Przykro mi - powiedziaa Gada. - Mogabym to przed wami ukry, ale nie na dugo. Merideth odsuna pomaraczowy lok z czoa Jesse.

- Nie, lepiej wiedzie wszystko od razu... i nauczy si z tym y.

- Jesse nie bdzie nam wdziczna za takie ycie.

- Cicho bd,Alex! Wolaby, aby upadek j zabi?

- Nie - powiedzia cicho, spogldajc na podog namiotu.

 ona mogaby... I ty o tym wiesz.  Merideth popatrzya przez chwil na Jesse.

- Masz racj. Gada zobaczya, e zacinita w pie lewa rka kobiety dry.

- Alex, czy nie poszedby do mojej klaczy? Strasznie j zjedziymy. Alex zawaha si. Gada domylia si, e nie z powodu lenistwa.

- Dobrze, Merry.

Zostawi kobiety same. Gada czekaa. Usyszaa najpierw skrzypienie wysokich butw Alexa na piachu, a pniej stukot koskich kopyt.

Jesse poruszya si przez sen wzdychajc. Merideth drgna, wcigna gboko powietrze, prbujc powstrzyma pacz, ale nie wytrzymaa i wybuchna nagle. zy lniy w wietle lampy, toczc si jak sznurek diamentw. Gada przysuna si bliej, chwycia Merideth za rk i zacza pociesza dziewczyn tak dugo, a zacinite pici rozluniy si.

- Nie chciaam, eby Alex widzia...

- Wiem - powiedziaa Gada.

" I Alex te - pomylaa. - Ci ludzie starannie ukrywaj sw sabo."

- Merideth, czy Jesse wytrzyma tak wiadomo? Nienawidz czego ukrywa, ale...

- Ona jest mocna - powiedziaa Merideth - a jeli cokolwiek staralimy si przed ni zalai, ona i tak zawsze wiedziaa.

- Dobrze. Musz j obudzi. Nie powinna spa bez przerwy duej ni kilka godzin, i trzeba j obraca co dwie godziny, bo dostanie odleyn.

- Ja j obudz.

Merideth pochylia si nad Jesse, pocaowaa j w usta, chwycia za rk i wyszeptaa jej imi. Jesse potrzebowaa duo czasu, aby si ockn. Mamrotaa i odpychaa rce Merideth.

- Nie mona pozwoli jej pospa jeszcze troch?

- Bezpieczniej jest obudzi j na chwil.

Jesse zajczaa cicho i otworzya oczy. Przez chwil nieprzytomnie patrzya na sklepienie namiotu, pniej odwrcia gow i zobaczya Merideth.

- Merry... ciesz si, ie wrcia.

Miaa ciemnobrzowe oczy, prawie czarne, co wygldao dziwnie przy rudych wosach i jasnej cerze.

- Biedny Alex...

- Wiem. - Jesse zauwaya Gad. - Uzdrowicielka?

:   -Tak.

Jesse patrzya na Gad ze spokojem, a glos miaa opanowany.

- Czy mam zamany krgosup?

Merideth spojrzaa przeraona. Gada zawahaa si, ale nie bya w stanie oprze si bezporednioci pytania. Z niechci kiwna po-takujco gow. Jesse natychmiast si rozlunia. Opucia gow w ty i zacza tpo patrze w sufit namiotu.

Merideth nachyba si i obja j.

- Jesse, Jesse, kochanie, to... - ale zabrako jej sw i Merideth cicho opara si o rami chorej, mocno j obejmujcJesse spojrzaa na Gad.

- Jestem sparaliowana. Nie wyzdrowiej.

- Przykro mi - powiedziaa Gada. - Nie. Nie widz adnych szans. Twarz Jesse nie zmienia si. Jeeli oczekiwaa pocieszenia, to nie daa po sobie pozna, e jest zawiedziona.

- Wiedziaam, e to by niedobry upadek - powiedziaa.

- Syszelimy, jak trzasna ko - powiedziaa Merideth.

-A rebak?

- By martwy, kiedy ci znalelimy. Zama sobie kark.

- Poszo szybko. Jemu - w glosie Jesse mieszay si ulga, al i strach.

Ostry zapach moczu rozszedl si po namiocie. Jesse wyczua go i spona ze wstydu.

- Nie mog tak y! - krzykna.

- Ju dobrze, nie przejmuj si - uspokajaa ja Merideth i zacza zmienia przecierado.

Kiedy Merideth i Gada myy Jesse, ta patrzya w bok i nie odezwaa si sowem. Alex ostronie wszed do namiotu.

- Klacz jest w porzdku.

Ale jego myli nie byy w tej chwili przy zwierzciu. Spojrza na Jesse, ktra wci leaa z gow odwrcon do ciany i ramieniem zakrywaa oczy.

- Jesse umie wybra" dobrego konia - powiedziaa Merideth, silc si na pogodny ton.

Atmosfera bya napita jak nacignita do granic moliwoci struna. Obydwoje patrzyli dugo na Jesse, ale ona nie poruszya si.

- Pozwlcie jej zasn - odezwaa si Gada, nie wiedzc, czy Jesse pi, czy nie - Bdzie godna, kiedy si obudzi. Mam nadziej, e macie co, co bdzie jej mona da.

Ich hamowane napicie opado; rozpoczli gorczkow krztanin. Merideth przetrzsna torby i worki, przyniosa suszone miso, owoce i skrzan flaszk.

- To wino. Czy mona jej da?

- Wstrzs nie by silny - odpowiedziaa Gada. - Wino nie powinno zaszkodzi.

"Moe nawet pomc - pomylaa - o ile alkohol nie podziaa na ni przygnbiajco."

- Ale te suszone rzeczy... - dodaa po chwili.

- Ugotuj ros - powiedzia Alex.

Ze sterty przedmiotw wydoby metalowy rondel, wycign n i zacz kroi na porcje pat misa. Merideth zalaa winem suszone owoce. Intensywny zapach rozpyn si po namiocie i Gada uzmysowia sobie, e jest spragniona i koszmarnie godna. Ludzie pustyni umieli opuszcza posiki nawet tego nie zauwaywszy, ale ona dojechaa do oazy dwa dni temu, moe trzy i niewiele jada, odsypiajc dziaanie jadu. Nie poczyty wano tutaj za dobre maniery, gdy kto prosi o posiek lub wod, lecz o jeszcze gorsze posdzano tego, kto nie oferowa poczstunku. Teraz maniery miay niewielkie znaczenie. Draa z godu.

- O Bogowie, jaka jestem godna! - zawoaa Merideth ze zdziwieniem, jakby odczytujc myli Gady. - A wy nie?

- No, tak - powiedzia niechtnie Ale*.

Gada pia chodne, korzenne wino. Pierwszy yk wzia zbyt apczywie. Rozkaszlaa si. Popia jeszcze raz i oddala flaszk. Alex chwyci skrzane naczynie i wla porzdn porcj do rondla. Dopiero wtedy pocign szybko may yk. Wynis ros na zewntrz i postawi na piecu. Upa pustyni by tak natarczywy, e nie czuli nawet ciepa pomienia, ktry byska na tle czarnego piachu jak przezroczysty mira.

Gada poczua, e pot spywa jej po skroniach i midzy piersiami. Rkawem otara czoo. Zjedli niadanie zoone z suszonego misa i owocw, popili winem, ktre uderzyo do gowy szybko i mocno. Alex prawie natychmiast zacz ziewa, ale za kadym razem, gdy

opadaa mu gowa, podrywa si na chwiejne nogi i wychodzi zamiesza ros dla Jesse.

- Ale?t, po si - powiedziaa w kocu Merideth.

- Nie jestem zmczony.

Posmakowa zup i zdj garnek z ognia. Wnis go do rodka, eby ostyg.

- Alex! - Merideth chwycia go za rk i pocigna na wzorzysty dywanik. - Jeeli ona bdzie woa, to na pewno usyszymy. Jeeli si poruszy, pjd do niej. Nie pomoemy jej tym, e sami bdziemy si zatacza ze zmczenia.

- Ale ja... ja... - Alex potrzsn gow, jednake wyczerpanie i wino zmogy go. - A wy?

- Twoja noc bya cisza ni moja. Musz si odpry przez par minut, a pniej pjd do ka.

Przepeniony wdzicznoci, AIex pooy si obok kobiety. Merideth gadzia go po wosach, dopki po paru chwilach nie zacz chrapa. Zerkna na Gad i umiechna si.

- Kiedy pierwszy raz z nami wyruszy, Jesse i ja zastanawiaymy si, jak tdziemy mogy spa w takim haasie. A teraz nie moemy bez tego usn.

Alex chrapa gono i nisko, a od czasu do czasu apa gbszy oddech i posapywa. Gada zamiaa si.

- Podejrzewam, e jestecie w stanie przyzwyczai si do wszystkiego.

Pocigna jeszcze jeden yk wina i oddaa flaszk Merideth. Merideth signa po ni, gdy wtem chwycia j czkawka. Zarumieniona, zakorkowaa butelk zamiast si z niej napi.

- Mam za sab gow. Nie powinnam w ogle pi wina.

- Przynajmniej zdajesz sobie z tego spraw. Prawdopodobnie nigdy si nie omieszysz.

- Kiedy byam modsza - Merideth umiechna si do swoich wspomie - byam bardzo gupia i na dodatek biedna. Bardzo ze poczenie.

- Jestem w stanie wyobrazi sobie, e mog istnie lepsze.

- Teraz jestemy bogaci, a ja jestem chyba nieco mdrzejsza. Ale jaki z tego poytek, uzdrowicielko? Pienidze nie pomog Jesse. Mdro? Te nie.

- Masz racj, nie pomog jej. Ani ja jej nie pomog. Tylko ty i AIex moecie jej pomc.

- Wiem - glos Merideth brzmia mikko i smutno. - Ale bdzie potrzebowaa duo czasu, zanim si z tym pogodzi.

- Ona yje, Merideth. Niewiele brakowao, aby wypadek okaza si miertelny. Czy nie jest to wystarczajcy powd, by si cieszy?

- Dla mnie wystarczajcy. - Jeyk zacz si jej plta. - Ale nie znasz Jesse, nie wiesz, skd pochodzi, dlaczego znalaza si tutaj... - Merideth wpatrywaa si bdnymi oczami w Gad, wahaa si, a pniej wyrzucia z siebie: - Znalaza si tuaj, bo nie znosi uczucia, e jest w puapce. Zanim si poczylimy, bya bogata, miaa wadz i peni bezpieczestwa. Ale jej caie ycie i praca byy z gry zaplanowane. Miaa by jedna z wadczy Centrum.

- Miasta?!

- Tak, cale byoby jej, jeeli by sobie tego yczya. Ale nie chciaa y pod kamiennym niebem. Opucia miasto nie zabierajc nic, aby samodzielnie zbudowa swj los, aby by woln. Teraz wszystkie rzeczy, ktre sprawiay jej rado, s poza jej zasigiem. Jak mam jej powiedzie, e ma si cieszy, e w ogle yje, skoro wie, e nigdy nie bdzie moga wychodzi w pustyni, by znale diament na kolczyk dla ktrego ze staych klientw, e nigdy nie ujedzi adnego konia, nigdy nie bdzie moga si kocha?

- Nie wiem - odpara Gada. - Ale jeli ty i Alex bdziecie traktowali jej ycie jako wielkie nieszczcie, to ono takim si stanie.

Tu przed witem upal zela, ale gdy tylko zrobio si jasno, temperatura znw si podniosa. Obz lea w gbokim cieniu, pod osona skalnych cian, ale skwar napiera niemal z cielesn sil.

Alex chrapa, a Merideth spaa spokojnie obok niego, nie zwaajc na dwiki, ktre wydawa. Jedn rk zarzucia Alexowi na plecy- Gada leaa na pododze namiotu, twarz ku ziemi, z rozo-onymi rkami. Delikatne wikienka strzyonego, wenianego dywanu leciutko kuty j w policzek, wilgotny od potu. Rka wci j bolaa i Gada nie moga zasn. Nie miaa te do si, eby wsta.

Zapada w psen, w ktrym pojawi si Arevin. Widziaa go o wiele wyraniej, ni moga sobie go przypomnie na jawie. To by

dziwny sen. Dziecico niewinny. Ledwo tylko dotkna czubkw palcw Arevina, a on ju pocz znika. W przeraeniu wycigna ku niemu rce. Obudzia si pena podania, z omoczcym sercem.

Jesse drgna. Przez moment Gada nie ruszaa si, pniej podniosa si niechtnie. Rzucia okiem na dwjk partnerw. Alex spa, gboko zatopiony w krtkiej chwili zapomienia, jak oferuje tylko modo. Na twarzy Meridelh zmczenie rzebio gbokie bruzdy, a pot oblepia jej czarne, lnice loki. Gada zostawia Alexa i Merideth i przyklka koo Jesse, ktra leaa twarz w d, tak jak j ostatnio uoyli. Na jednej rce.

"Udaje, e pi - pomylaa Gada, bo linia ramienia, sposb uoenia palcw wskazyway, e ciao Jesse jest napite. - Albo prbuje zasn, tak jak ja. Kada z nas chciaaby spa i zapomnie o rzeczywistoci."

- Jesse - powiedziaa agodnie. - Jesse, prosz. Jesse westchna i opucia rk na przecierado.

- Jest rosf, jeli czujesz si do silna, aby go wypi. I wino, gdyby miaa ochot.

Jesse wykonaa ledwie dostrzegalny, przeczcy ruch gow. Gada nie zamierzaa pozwoli, aby jej pacjentka si odwodnia, nie chciaa jednak przymusza do jedzenia.

- To nie ma sensu - powiedziaa chora.

- Jesse...

Kobieta wycigna rk i pooya j na doni Gady.

- Nie, w porzdku. Mylaam o tym, co si stao. nio mi si to. Gada spostrzega, e ciemnobrzowe oczy Jesse byy nakrapiane zotem.

- Nie mog tak y. I oni te nie mog. Bd prbowali i zmarnuj sobie ycie. Uzdrowicielko...!

- Prosz... - wyszeptaa Gada, przeraona tak, jak jeszcze nigdy w yciu.

- Nie moesz mi pomc?

- Ale nie umrze - odpowiedziaa Gada. - Nie pro mnie, abym pomoga ci umrze!

Zerwaa si i wybiega z namiotu. Upa uderzy j w twarz. Nie byo przed nim ucieczki. Otaczay j ciany kanionu i zwaliska pokruszonych ska.

Ze spuszczon gowa, drc, czujc jak pot dli j w oczy, Gada przystana i sprbowaa si opanowa. Zachowaa si gupio i wstydzia si swego popochu. Musiaa chyba wystraszy Jesse, ale nie bya jeszcze w stanie wrci i spojrze jej w twarz. Ruszya, odchodzc coraz dalej od namiotu. Nie w kierunku pustyni, gdzie soce i piach drgay jak we nie, ale skalnej odnogi w kanionie, ogrodzonej na ksztat korralu.

Zamykanie koni wydawao si Gadzie zupenie zbyteczne, poniewa zwierzta i tak stay bez ruchu ze spuszczonymi bami. Nawet nie poruszay ogonem - na czarnej pustyni nie byo adnych insektw. Gada zastanawiaa si, gdzie jest okazaa, gniada klacz Meri-deth. "aosne stadko stworzonek" - pomylaa. Uprz, zawieszona na plocie lub rozrzucona niedbale na ziemi, lnia od drogocennego metalu i kamieni.

Gada opara rce na drewnianym supku i uoya brod na piciach.

Drgna, gdy usyszaa plusk wody. Po drugiej stronie korralu Merideth napeniaa skrzane koryto umocowane na drewnianej ramie. Konie oywiy si, podniosy gowy i zaczy strzyc uszami. Ruszyy przez piach, z pocztku stpa, pniej przechodzc w cwa. Suny bezadn gromad, parskajc, rc i kopic si nawzajem. Byy odmienione. Byy pikne.

Merideth stana w pobliu ze zwiotczaym, pustym bukakiem i patrzya na slado; na Gad nie rzucia jednego spojrzenia.

- Jesse ma dar do koni. Do wybierania, do ujedania ich... Czy stao si co zego?

- Przykro mi. Chyba j rozdraniam. Nie miaam prawa.

- Powiedziaa jej, eby ya? By moe nie miaa prawa, ale ciesz si, e jej to powiedziaa.

- To nie ma znaczenia, co jej powiedziaam. Ona sama musi chcie y.

Merideth machna rk i krzykna. Konie, ktre byy najbliej wody, sposzyy si, ustpujc tym, ktre stay z tyu. Przepychay si midzy sob, wychlapujc wod z koryta. Siay potem w oczekiwaniu na jej uzupenienie,

- Przykro mi, ale na razie to wszystko.

- Musisz im donosi spor ilo wody.

- Tak, ale potrzebne nam s wszystkie.

Gniada klacz przeoya eb ponad sznurowym ogrodzeniem i zacza wsuwa nos w rkaw Merideth, dopominajc si, aby ta pogaskaa j midzy uszami i po szyi.

- Odkd Alex jest z nami, podrujemy z wiksz iloci... rzeczy. Zbytki. Alex powiedzia, e w ten sposb wywrzemy na ludziach wraenie i bd chcieli od nas kupowa.

Poskutkowao?

- Zdaje si, e tak. yjemy teraz bardzo dobrze. Mog sobie pozwoli na wybieranie porednikw.

Gada wpatrywaa si w konie, ktre jeden za drugim, wolno przechodziy w zaciemniony zaktek ogrodzenia. Niesforny blask soca wpez na krawd skay i Gada poczua ciepo na twarzy.

- O czym mylisz? - spytaa Merideth.

- Jak sprawi, aby Jesse chciaa y.

- Nie zgodzi si na bezuyteczn wegetacje. Alex i ja kochamy j. Bdziemy si ni opiekowali bez wzgldu na wszystko. Ale jej to nie wystarczy.

- Czy ona musi chodzi, aby by poyteczna?

- Uzdrowicielko, ona jest rdem naszego bogactwa. - Merideth skierowaa na Gad smutne spojrzenie. - Prbowaa mnie nauczy jak i gdzie szuka. Rozumiem, co ona do mnie mwi, ale kiedy wychodz sama, nie mam szans na znalezienie czego wicej ni krzemionki i faszywego zota.

- Czy pokazywaa jej swoj prac?

- Oczywicie. Kade z nas potrafi robi po trosze to, co drugie, ale te kade z nas ma dar do czego i robi to najlepiej. Jednak wyroby Jesse nie znajduj uznania wrd ludzi. S zbyt dziwne. S pikne.

Merideth westchna i pokazaa Gadzie srebn bransolet, jedyn ozdob, jak nosia: skomplikowany wzr bez adnych kamieni, zoony z wielu warstw, a jednak nie pkaty. Merideth miaa racj: projekt by pikny, ale zbyt dziwny.

- Nikt ich nie chce kupowa. Ona wie o tym. Jestem gotowa robi wszystko. Jestem gotowa j okamywa, gdyby to miao pomoc. Ale ona si domyli. Uzdrowicielko * Merideth cisna bukak w piach. - Czy nic nie moesz zrobi?

- Umiem postpowa z zakaeniami, chorobami, guzami. Mog nawet dokonywa zabiegw we wntrzu ciaa, o ile pozwalaj na to

moje narzdzia. Nie mog jednak zmusi ciaa, aby samo si uzdrowio.

- Czy kto moe?

- Nie... nikt, kogo znam na tej ziemi.

- Nie masz na myli jakiego ducha, ktry mgby sprawi cud?

- upewniaa si Merideth. - Mylisz o ludziach spoza ziemi, mylisz, e oni moe byliby w stanie pomc?

- Moe byliby w stanie - odrzeka wolno Gada, aujc, e powiedziaa tak duo.

Nie spodziewaa si, e Merideth wyczuje jej uraz. Miasto wywierao wpyw na wszystkich ludzi w okolicy. Byo niczym centrum wirujcego koa, tajemnicze i fascynujce. I byfo to miejsce, gdzie czasem ldowali pozaziemscy. Dziki Jesse, Merideth wiedziaa o nich i o Miecie pewnie o wiele wicej ni Gada. Gada zawsze musiaa na wiar przyjmowa wszystkie historie o Centrum. Samo istnienie pozaziemskich byo trudne do zaakceptowania dla kogo1, kto mieszka w krainie, w ktrej rzadko mona byo zobaczy gwiazdy.

- By moe umieliby j uleczy tam, w Miecie - powiedziaa Gada. - Skd mog wiedzie? Ludzie, ktrzy tam yj, nie chc z nami rozmawia. Pilnuj, abymy yli tutaj, z dala od nich, a jeli chodzi o pozaziemskich, nigdy nie spotkaam nikogo, kto by mwi, e ich widzia.

- Jesse widziaa.

- Ale czy to jej pomoe?

- Jej rodzina ma du wadze. Moe zdoaliby wpyn na pozaziemskich, aby zabrali j tam, gdzie mogaby by uzdrowiona.

- Ludzie z Centrum i pozaziemscy zazdronie strzeg swojej wiedzy, Merideth - powiedziaa Gada. - A przynajmniej nigdy nie zaproponowali, e si ni z kim podziel.

Merideth odwrcia si nachmurzona.

- Ale nie mwi, e nie powinnimy sprbowa. To moe da jej nadziej.

Merideth zamylia si i w kocu rzeka:

- A ty pojechaaby z nami, eby pomc?

Gada zawahaa si. Ju postanowia, e powrci do orodka uzdrowicieli j przyjmie wyrok, jaki wydadz nauczyciele, gdy opowie im o swoich bdach. Ale teraz wyobrazia sobie inn podr i



poja, jak trudne przedsiwzicie proponuje Merideth, Bd potrzebowali kogo, kto wiedziaby, jak opiekowa si Jesse.

- Uzdrowicielko ?

- W porzdku. Pojad.

- No to spytajmy Jesse.

Wrciy do namiotu. Gada z zaskoczeniem zaobserwowaa u siebie przejawy optymizmu. Umiechna si, pena entuzjazmu, jakby nic si nie stao. Alex siedzia w namiocie obok Jesse. Kiedy Gada wesza, rzuci na ni ze spojrzenie.

- Jesse - powiedziaa Merideth - mamy pewien plan.

Znw j. obrcili, cile przestrzegajc instrukcji Gady. Jesse patrzya zmczonym wzrokiem. Gbokie bruzdy na czole i wok ust znacznie j postarzay.

Merideth mwia, gestykulujc zapamitale. Jesse suchaa beznamitnie. Twarz Alexa staa w niedowierzaniu.

- Postradaa zmysy - powiedzia, kiedy Merideth skoczya.

- Nie! Dlaczego tak mwisz? Moe jest jaka nadzieja?! Gada spojrzaa na Jesse.

- Jestemy szalone?

- Tak myl - odrzeka Jesse, ale mwia to powoli, z namysem.

- Jeli dostaniemy si do Centrum - spytaa Gada - czy twoi ludzie nie odmwi ci pomocy? Jesse zawahaa si.

- Moi kuzyni znaj pewne sposoby. Umieli leczy bardzo powane rany. Ale krgosup? Moe. Nie wiem. I w kocu, nie maj powodu, eby mi pomc. Ju nie maj.

- Zawsze mi powtarzaa, jak wana jest wi krwi dla rodzin yjcych w Miecie - odezwaa si Merideth. - Jeste ich krewnia-czk.

- Porzuciam ich - odpowiedziaa Jesse. - To ja zerwaam wi. Dlaczego mieliby przyjmowa mnie z powrotem? Czy chcecie, bym pojechaa i bagaa ich o lito?

-Tak.

Jesse spojrzaa na swe dugie, niegdy mocne, a teraz bezuyteczne nogi.

- Jesse, nie znios, eby bya w takim stanie, nie mog znie tego, e pragniesz mierci.

f Oni sbardzodumni - powiedziaa Jesse. - Zraniam dum mojej rodziny, wyrzekajc si jej.

- Zrozumiej zatem, ile ci kosztuje zwrcenie si do nich o pomoc.

- Musielibymy by szaleni, by tego sprbowa - odpara Jesse.

3

Planowali zwin obz tego wieczora i przeprawi si przez jezioro lawy po ciemku. Gada wolaaby zaczeka jeszcze par dni, zanim podnios Jesse, ale nie byo wyboru. Nastroje Jesse zmieniay si zbyt gwatowanie, aby mona byo czeka duej. Chora wiedziaa, e ju zbyt dugo pozostawali na pustyni. Alex i Merideth nie mogli ukry faktu, e woda koczya si, e trzymali konie nie napojone, aby mona byo j opra i wykapa. Jeszcze par dni i ycie w skwaniaym odorze, ktry by powsta wobec niemonoci naleytego umycia si czy zrobienia prania, wpdzioby Jesse w depresj.

A oni nie mieli czasu do stracenia. Przed nimi bya perspektywa dugiej podry: w gr poprzez law, pniej na wschd do gr centralnych, ktre rozkraway czarna pustyni na dwie czci: zachodni, tam gdzie si obecnie znajdowali, i wschodni, gdzie miecio si Miasto. Droga przecinajca wschodnie i zachodnie rejony gr bya dobra, ale dalej, za przecz^, na podrnych znw czekaa pustynia. Po jej przekroczeniu trzeba skierowa! si na poudniowy wschd, do Centrum.

Musieli si pieszy. Jeeli rozpoczn si zimowe burze, nikt nie przedostanie si przez pustyni. Miasto zostanie odcite.

Nie skadali namiotu ani nie siodali koni przed pnoc, ale wszystkie rzeczy mieli ju spakowane, zanim zrobio si zbyt gorco, aby pracowa. Ustawili bagae obok toreb z kruszcem, znalezionym przez Jesse. Od cikiej pracy Gadzie mdlaa rka. Siniec nareszcie znikn, a ranki wygoiy si. Pozostay jedynie jasne, rowe zrosty. Niedugo lady po ukszeniu przez mij piaskow zrwnaj si ze wszystkimi innymi bliznami i nawet Gada nie bdzie moga ich rozpozna.

Bardzo aowaa, e nie udao si jej zapa jednego z wy i zabra ze sob do domu. By to gatunek, jakiego przedtem nie widziaa. Nawet gdyby okazao si, e nie jest on dla uzdrowicieli uyteczny, mogaby wyprodukowa antidotum przeciwko jadowi dla ludzi Arevina. Jeeli w ogle ich jeszcze kiedy zobaczy.

Gada rzucia ostatni pakunek na stert, wytara donie w spodnie i rkawem otara pot z twarzy. Obok Meridelh i Alex podnosili skonstruowane przez siebie nosze i mocowali prowizoryczna uprz. Gada podesza, by si przyjrze.

By to nadziwniejszy pojazd, jaki w yciu widziaa, ale wygldao na to, e zda egzamin. Na pustyni wszystko trzeba byo nosi albo cign. Wozy na koach ugrzzyby w piachu lub poamay si na skalistym terenie. O ile konie nie zaczn szarpa, nosze zapewnia Jesse znone warunki podry.

Midzy przednimi drgami konstrukcji sia spokojnie duy siwek, nieruchomy jak kamie. Drugi koi, srokaty, rwnie nie wykazywa adnego zaniepokojenia, gdy wprowadzono go midzy tylne erdzie.

"Jesse musi by cudotwrczynia - pomylaa Gada - jeeli konie, ktre ujeda, zgadzaj si na takie pomysy."

- Jesse mwi, e wprowadzimy now mod wrd bogatych kupcw wszdzie tam, gdzie si zjawimy - powiedziaa Merideth.

- Ma racje - odezwa si Ale*. Rozpi rzemieii i pozwoli, by nosze opady na ziemi. - Ale bd mieli duo szczcia, jeli nie zapoznaj si z kopytami swoich pupilkw.

Z sympatia poklepa siwka po grzbiecie i odprowadzi oba konie do korralu.

- Szkoda, e nie jedzia przedtem na adnym z nich - powiedziaa Gada do Merideth.

- One nie byy takie, gdy je dostaa. Kupuje narowiste konie. Nie moe natrze, gdy s le traktowane. rebak by jednym z takich przygarnitych. Okieznaa go, ale jeszcze nie zdya naleycie uoy.

Weszli z powrotem do namiotu, by schroni si przed popoudniowym socem. Merideth ziewna szeroko.

- Lepiej si wyspa, kiedy mamy okazj. Nie bdziemy mogli pozwoli" sobie, eby cigle pozostawa na lawie, kiedy soce si podniesie.

Gade rozpieraa energia. Siedziaa w namiocie, bogosawic cieri, ale zupenie nie chciao jej si spad Rozwaaa, jak zdoaj zrealizowa cay ten szalony pian. Signa po skrzan torb, by sprawdzi, jak czuj si we, ale Jesse obudzia si, kiedy otworzy-

a przegrdk Piasta. Zamkna klapk i przesuna si do siennika. Jesse spojrzaa na ni.

- Jesse... wtedy, to co powiedziaam... - chciaa jej wyjani, ale nie wiedziaa jak zacz.

- Co ci tak drczy? Czy jestem pierwszym czowiekiem, ktremu pomoga, a ktry mg umrze?

- Nie. Widziaam, jak ludzie umieraj. Pomagaam im umiera.

- Wszystko jeszcze niedawno wydawao si takie beznadziejne -powiedziaa Jesse. - Prawdziwy koniec mgby by zbyt atwy. Zawsze trzeba si strzec... atwoci mierci.

- mier moe by darem - powiedziaa Gada. - Ale w taki czy inny sposb zawsze oznacza klsk.

agodna bryza poruszya ptno namiotu, a Gadzie zrobio si niemal chodno.

- Co si stao, uzdrowicielko?

- Baam si - rzeka Gada. - Baam si, e bdziesz umierajca. Gdyby tak byo, miaaby prawo prosi mnie o pomoc. Byabym zobowizana ci jej udzieli. Ale jednoczenie wiedziaabym, e nie mog.

- Nie rozumiem.

  - Kiedy skoczyo si moje wtajemniczenie, nauczyciele dali mi  we na wasno. Dwom z nich mona podawa lekarstwo lub : narkotyk w celach leczniczych. Trzeci, w snu, by "dawc ma-e". Zosta zabity.

Jesse instynktownie wycigna rk i chwycia do Gady. Gada z wdzicznoci przyja t oznak milczcego wspczucia, znaj- dajc pocieszenie w mocnym ucisku.

    - Ty take jeste kalek - powiedziaa gwatownie Jesse. - Tak  samo bezsilna w swojej pracy, jak ja w mojej. :    Wspaniaomylno Jesse, to e uya takiego porwnania, wprawio Gad w zakopotanie.

 Jesse cierpiaa, bya bezradna. Jej szans na wyzdrowienie byy i takie niewielkie, e Gada nie moga wyj z podziwu dla siy jej ducha,

-c Dzikuj, ze to powiedziaa.

- Zatem wracam do rodziny prosi o pomoc, tak jak ty wracasz do swojej.

-Tak.

- Dadz ci drugiego wa - powiedziaa z przekonaniem Jesse.

- Mam nadziej.

- Czyby to nie byo pewne?

- We snu nie rozmnaaj si dobrze - wyjania Gada. - Nie wiemy o nich dostatecznie duo. Raz na par lat rodzi si kilka modych albo uda si komu z nas jednego sklonowa, ale... -wzruszya ramionami.

- To zap sobie wasnego!

Taka moliwo nigdy nie przysza Gadzie do gfowy; wiedziaa, e to nierealne. Nigdy nie rozwaaa innej moliwoci, ni powrci do osady uzdrowicieli i prosi nauczycieli o przebaczenie. Umiechna si smutno.

- Tak dugich rk to nie mam. One nie pochodz std.

-A skd?

Znowu wzruszya ramionami.

- Z jakiego innego wiata... - zamilka, gdy zdaa sobie spraw z tego, co mwi.

- No to wjedziesz ze mn za bramy Miasta - zdecydowaa Jesse. - Kiedy pjd do mojej rodziny, oni przedstawi ci pozaziemskim.

- Jesse, moi ludzie od dziesitkw lat prosz Centrum o pomoc. Tamci nie chc nawet z nami rozmawia.

- Ale teraz jedna z rodzin w Miecie ma wobec ciebie zobowizanie. Czy moi ludzie przyjm mnie z powrotem - nie wiem, ale bd twoimi dunikami, bo mi pomoga.

Gada suchaa w milczeniu zaintrygowana tym, co kryo si w sowach Jesse.

- Uzdrowicielko, uwierz mi - cigna Jesse. - Moemy sobie nawzajem pomc. Jeeli zaakceptuj mnie, zaakceptuj te moich przyjaci. Jeeli nie, to i tak bd musieli spaci tobie dug. Kade z nas moe przedstawi dwie proby.

Gada bya dumn kobiet. Dumn z odebranego wyksztacenia, swoich umiejtnoci, swego imienia. Moliwo odpokutowania za mier Mcha w sposb inny ni baganie i wybaczenie zafascynowaa j. Raz na dziesi" lat starszy uzdrowiciel wyrusza w dug podr do Miasta prosi o nowe we snu. Zawsze mu odmawiano. Gdyby Gadzie si udao...

- Czy to moe si powie?

- Moja rodzina pomoe - zapewnia Jesse. - Czy bd w stanie nakoni te pozaziemskich, by nam pomogli, tego nie wiem.

Przez cae gorce popoudnie Gada i partnerzy mogli tylko czeka. Gada zdecydowaa wypuci Mg i Haska na chwil, zanim zacznie si duga podr. Kiedy wysza z namiotu, zatrzymaa si obok Jesse. Kobieta spala spokojnie, lecz twarz miaa niezdrowo zaognion.

Gada dotkna jej czoa. Jesse miaa lekk gorczk, ale by moe by to skutek upau. Gada cigle sdzia, e Jesse udao si unikn powaniejszych obrae" wewntrznych, lecz istniaa moliwo krwotokw, a nawet zapalenia otrzewnej. To byo co, co Gada bya w stanie wyleczy. Zdecydowaa si nie przeszkadza teraz Jesse, tylko zaczeka i zobaczy, czy gorczka wzronie.

Wychodzc poza obz w poszukiwaniu ustronnego miejsca, gdzie we nikogo by nie przestraszyy, Gada mina pospnie patrzcego w dal Alexa. Zawahaa si przez moment, a on spojrza na ni z wyrazem troski na twarzy. Gada usiada obok bez sowa.

- To my zrobilimy z niej kalek, prawda? Meridelh i ja.

- Zrobilicie kalek? Nie, oczywicie, e nie.

- Nie powinnimy byli jej rusza". Mogem o tym pomyle. Trzeba byo przenie obz do niej. Moe nerwy nie byy uszkodzone, kiedy j znalelimy.

- Byty uszkodzone.

- Ale nie wiedzielimy o jej plecach. Mylelimy, e uderzya si w gow. Zapewne naruszylimy jej krgosup... Gada pooya do na przedramieniu Alexa.

- To byy uszkodzenia spowodowane gwatownym uderzeniem -powiedziaa. - Kady uzdrowiciel moe to oceni. Zniszczenie nerww nastpio w chwili upadku. Ty i MerideUi nie moglicie jej tego zrobi.

Alex rozluni minie ramienia. Gada cofna rk, troch uspokojona. Jego mocne ciao miao w sobie tyle siy, a on walczy ze saboci ducha tak zapamitale, e Gada obawiaa si, aby niewiadomie nie uy siy przeciwko sobie. By dla swoich partnerek waniejszy, ni si wydawao, by moe waniejszy, ni sam sobie zdawa spraw.

Alex by tym, ktry pilnowa, aby ycie obozowe toczyo si bez zakce. To on rwnoway marzycielsk natur Merideth - arty-



stki i Jesse - poszukiwaczki przygd. Gada miaa nadziej, e pr* wda, ktr usysza z jej ust, pozwoli mu przeama poczucie winy. Na razie jednak nic wicej nie moga dla niego zrobi.

Gdy zaczaj napada zmierzch, Gada wzia Fiaska i zacza gaska go po gadkiej, wzorzystej skrze.

Przestaa si zastanawia, czy ta pieszczota sprawia stworzeniu przyjemno i czy istota o mzgu tak maym jak a Fiaska moe odczuwa jakakolwiek przyjemno. Doznanie chodu pod palcami byo dla niej relaksujce, a Piasek lea spokojnie, zwinity w kbek i od czasu do czasu tylko strzela jzyczkiem. Jego ciao miao jasne i wyrane kolory - niedawno zmieni skr.

- Pozwalam ci za duo je - powiedziaa Gada z sympati. - Ty leniuchu!

Podcigna kolana pod brod. Na czarnej skale dese grzechot-nik by tak samo wyrany jak biae uski Mgy. aden wa ani aden czowiek nie zdoa si jeszcze przystosowa do wiata, w ktrym przyszo mu y. Upa by tu naprawd nie do wytrzymania.

Mga znikna Gadzie z oczu, ale uzdrowicielka nie martwia si lym. Obydwa we zostay przez ni oswojone i zawsze trzymay si blisko, nawet poday jej ladem. Nie byy zdolne nauczy si czego ponad odruchy, ktre wpoili im treserzy; Mga i Piasek na pewno powrc, gdy poczuj wibracje wywoane uderzeniami o ziemi.

Gada odpoczywaa oparta o gaz, owinita w obszerny strj pustynny. Zastanawiaa si, co te Arevin moe teraz robi, gdzie moe by. Jego ludzie byli nomadami wypasajcymi ogromne woy pimowe, z ktrych runa otrzymywali delikatn, jedwabist wen. Po to, aby znw spotka klan, musiaaby go specjalnie szuka. Nie wiedziaa, czy bdzie lo kiedykolwiek moliwe, chocia bardzo pragna zobaczy Arevina.

Jednak widok jego wspplemiertcw bdzie zawsze przypomina jej Mcha. Nie zdoa o nim zapomnie. Jej naiwno i niewaciwa ocena tych ludzi bya powodem mierci wa. Oczekiwaa od nich, e zaakceptuj jej wiat mimo lku, a oni mimowolnie udowodnili jej, jak pene pychy byy jej zaoenia.

Otrzsna si z niewesoych myli. Teraz staa przed szans zadouczynienia. Gdyby faktycznie moga pojecha z Jesse, dowiedzie si, skd pochodz we snu i zapa kilka, gdyby jeszcze

udao jej si stwierdzi, dlaczego nie rozmnaaj si na Ziemi -mogaby powrci w peni triumfu. Odniosaby sukces na polu, na ktrym przegrywali jej nauczyciele i ca!e pokolenia uzdrowicieli.

Nadszed czas, by wrci do obozu. Poszukujc Myy. wspia si na niewielkie usypisko pokruszonej skay, ktre zamykao wejcie do kanionu. Kobra leaa zwinita na duej, bazaltowej pycie.

Stojc na szczycie wzniesienia, Gada signa po Mg, uniosa j i pogaskaa po wskiej gowie. Kobra wygldaa gronie nawet ze zoonym kapturem. Nie potrzebowaa wielkiej paszczy brzemiennej jadem; trucizna bya na tyle silna, e zabijaa nawet w malekich dawkach.

Gada obrcia si i wzrok jej pobieg ku jaskrawemu zachodowi. Soce tworzyo na horyzoncie pomaraczow plam, poprzez szare chmury przebijay si promieniste wcznie fioletu i cyklamenu.

I wtedy Gada zauwaya kratery rozsiane po pustyni lecej u jej stp. Ziemia upstrzona bya wielkimi, okrgymi basenami.Niekt-re, te pooone na trasie spywajcej lawy, byy ju sabo widoczne. Inne byy wyraniejsze - ogromne jamy wyrwane w ziemi, mimo od tylu lat przesypujcego si nad nimi piachu. Kratery byy k ogromne i rozrzucone po tak olbrzymiej powierzchni, e mogy mie tylko jedno rdo - eksplozj nuklearn. Sama wojna skori-czya si ju dawno, prawie o niej zapomiano, bo zniszczya wszystkich, ktrzy znali lub ktrych obchodziy przyczyny jej wybuchu.

Gada wpatrywaa si w sponiewieran ziemi, szczliwa, e patrzy na to z daleka. W takich miejscach skutki wojny - widzialne i niewidzialne - czaiy si jeszcze do tej pory. I pozostan na dugie stulecia po jej mierci. Kanion, w ktrym obozowaa razem z partnerami, te pewnie nie by bezpieczny, ale nie przebywali w nim zbyt dugo, nie istniao wic specjalne zagroenie.

Spostrzega pord skalistego zomu co, co nie przynaleao do tego miejsca, i co na tle zachodzcego soca trudne byo do rozpoznania. Gada czua si nieswojo, jakby szpiegowaa, jakby wtrcaa si w sprawy, ktre nie powinny jej wcale interesowa.

Zwoki konia, rozkadajce si w upale, leay powykrcane na krawdzi krateru. Sztywne nogi sterczay groteskowo w powietrza. Obejmujca gow zwierzcia zota uzda poyskiwaa szkaratnie i pomarariczowo w wietle zachodu.

Gada odetchna gboko.

Pobiega z powrotem do Kuby i ponaglia Mg, by wpeza do rodka. Podniosa Fiaska i pospiesznie skierowaa si ku obozowisku. Przeklinaa, bowiem grzechotnik uparcie prbowa owin si wok jej ramienia. Przystana i przytrzymaa go, aby mg wsun si do swej przegrdki. Zacza biec, dopinajc w drodze zamek. Torba uderzaa j po nodze.

Zziajana dobiega do namiotu i wpada do rodka, Merideth i Afex spali. Gada uklka obok Jesse i ostronie uniosa przecierado.

Mino niewiele czasu od chwili, gdy ostatnio j badaa. Sice po boku ciemniay i powikszyy si, a ciao miao niezdrowy, ro-wawy odcie. Gada dotkna chorej. Skra bya rozpalona i sucha jak pieprz. Jesse nie zareagowaa na dotyk. Kiedy Gada odchylia jej rk,wydawao si, e gadka skra pociemniaa. W cigu paru minut, w czasie ktrych Gada z przeraeniem obserwowaa Jesse, zacz si tworzy nowy siniak; to pkay naczynia woskowate. Promieniowanie uszkodzio tkanki tak bardzo, e lekkie nacinicie cakowicie je niszczyo. Banda na udzie nagle poczerwienia. Gada zacisna pici. Wstrzsny ni dreszcze tak silne, jakby dookoa panowao przenikliwe zimno.

- Merideth!

Kobieta obudzia si, ziewajc pprzytomnie.

- Co si stao?

- Ile czasu mino, zanim znalelicie Jesse? Czy upada gdzie w kraterach?

- Tak. Przeszukiwaa okolic. Dlatego tu jestemy - inni rzemielnicy nie s w stanie nam dorwna pod wzgldem rzeczy, ktre Jesse tutaj znajduje. Tym razem zaintrygowa j tamten krater. Znalelimy j wieczorem,

"Cay dzie! - mylaa Gada. - Musiaa by w jednym z gwnych kraterw."

- Dlaczego mi nie powiedzielicie?

- Nie powiedzielimy czego?

- Te kratery s niebezpieczne.

- Uzdrowicielko, ty dajesz wiar tym starowieckim bujdom? Przyjedamy tutaj od dziesiciu lat i nigdy nic si nam nie stao.

To nie bya pora na zaarte dyskusje. Gada spojrzaa znw na Jesse i zrozumiaa, ze beztroska dziewczyna i pogardliwy stosunek caego zwizku do niebezpieczestwa grocego ze strony reliktw



starego wiata mimochodem okazay Jesse ask. Gada znaa metody postpowania z napromieniowanymi, ale nie byo sposobu, ktry pomgby w przypadku tak silnej dawki. Czegokolwiek by sprbowaa, mogo to jedynie przeduy agoni Jesse.

- Co si stao? - po raz pierwszy gos Merideth dra z przeraenia.

- Ona ma chorob popromienn.

- Popromienn? Jakim cudem? Je i pije tylko to, czego sami sprbowalimy.

- To z krateru. Gleba jest skaona. Starowieckie bujdy to prawda. Merideth zblada.

- No to rb co! Pom jej!

- Nic nie mog zrobi.

- Nie moga jej pomc przy zamaniu, nie moesz pomc w chorobie...

Patrzyy na siebie, obie dotknite do ywego i wcieke.Pierwsza spucia oczy Merideth.

- Przepraszam, nie miaam prawa...

- Na bogw, Merideth, chciaabym by wszechmocna, ale nie jestem.

Podniesione gosy obudziy Alexa. Wsta i podszed do nich, przecigajc si i drapic po gowie.

- Ju czas...- spojrza na Gad i na Merideth, potem na Jesse.- O bogowie!

Nowy lad na czole, tam gdzie Gada pooya przed chwila rk, nabrzmia krwi.

Alex rzuci si na posanie chcc pochwyci Jesse, ale Gada go odcigna. Prbowa j odepchn.

- Alex, ledwie j dotknam. Nie pomoesz jej w ten sposb.

- Wic jak?

Gada potrzsna gow.

AIex odsun si od niej, oczy mu si zaszkliy.

- To niesprawiedliwe!

Wybieg z namiotu. Merideth, stojca u wejcia,popatrzyla za nim z wahaniem.

- Nie potrafi zrozumie. Jest taki mody. Gada pogadzia czoo Jesse, starajc si nie otrze ani nie ocisna skry.

53

-1 ma racj. To niesprawiedliwe. Czy ktokolwiek kiedy* powiedzia; e w ogle co jest sprawiedliwe ?

Ucia gwatownie, by oszczdzi Merideth swego wasnego rozgoryczenia spowodowanego straconymi szansami Jesse, ktre zostay zaprzepaszczone przez niefrasobliwo i szalestwo minionych pokole,

- Merry ? - Jesse wycigna na olep drc rk.

- Jestem tutaj - Merideth signa ku niej doni, lecz powstrzymaa si, nie chcc dotkn chorej.

- Co si dzieje ? Czemu ja...- zamrugaa powoli. Oczy miaa nabrzmiae krwi.

- Delikatnie - szepna Gada.

Merideth otulia Jesse domi tak agodnymi jak skrzyda ptaka.

- Czy trzeba ju jecha ?

- Nie, kochanie.

- Tak tu gorco...   ~

Prbowaa poprawi gow na posaniu. Zamara, sapic gono oddech. Diagnoza Gady bya chodna, nieludzka i bezlitosna: krwotok w narzdach wewntrznych.

- Nigdy tak nie bolao - spojrzaa na Gad, nie odwracajc gowy. - To co innego. Co gorszego.

-Jesse, ja...

Gada zauwaya, ze pacze, dopiero gdy poczua na wargach smak soli zmieszanej z drobinami pustynnego pyu. Alex wlizgn si powrotem do namiotu. Jesse prbowaa znw co powiedzie, ale tylko chwytaa powietrze apczywymi haustami.

Merideth cisna rk Gady. Ta poczua, jak paznokcie przebijaj skr na jej ramieniu.

- Ona umiera ? Gada kiwna gow.

- Uzdrowiciele wiedz, jakpom6c...jak.

- Merideth, nie - wyszeptaa Jesse.

-... jak umierzy bl.

-Ona nie moe...

- Zabili mi jednego z moich wy - powiedziaa Gada goniej, ni zamierzaa.

Merideth pohamowaa powtrny wybuch, ale Gada zrozumiaa nieme oskarenie:" Nie umiaa pomc jej y, a teraz nie potrafisz



pomc umrze." Tym razem to Gada spucia wzrok. Zasugiwaa na potpienie.

Merideth pucia j i odwrcia si do Jesse. Zawisa nad ni niczym demon gotujcy si do walki z potworami.

Jesse wycigna rk, by dotkn Merideth, ale gwatownie cofna. Popatrzya na mikkie wntrze doni pomidzy odciskami od pracy. Tworzy si tam siniak.

- Dlaczego...? - wyszeptaa.

- Ostatnia wojna ~ wyjania Gada. - W kraterach...- gos si jej zaama.

- To prawda - potwierdzia Jesse. - Moja rodzina wierzy w to, e wiat na zewntrz zabija, ale ja mylaam, ze oni kami. - Stracia ostro wzroku, zamrugaa, spojrzaa w kierunku Gady, ale chyba jej nie widziaa. - Kamali w tak wielu innych sprawach, choby po to, eby dzieci byy posuszne...

Znowu zamilka. Zamkna oczy. Powoli ciao jej wiotczao, najpierw jeden misie, potem nastpny, tak jakby nawet ich rozlunienie kosztowao wysiek, ktrego nie jest si w stanie ponie od razu. Bya wci przytomna, ale nie odpowiadaa ani sowem, ani umiechem, ani spojrzeniem, gdy Merideth gadzia j po jasnych wosach. Skra wok siniakw spopielaa.

Nagle Jesse krzykna przeraliwie. Zacisna donie na skroniach, wbijajc paznokcie w skr. Gada zapaa jej rce, by je przytrzyma.

- Nie ! - jczaa Jesse. - Och, zostaw mnie w spokoju...Merry, to boli.!

Przed chwil jeszcze tak saba, Jesse rzucaa si, rozgorczkowana, z ogromn si. Gada nie moga zrobi nic, tylko agodnie ja. powstrzymywa. Jej wewntrzny gos stawiajcy diagnoz mwi: " Ttniak."

W mzgu Jesse pkay powoli naczynia, osabione przez promieniowanie. Nastpna myl Gady bya jeszcze bardziej bezlitosna: "Pomdl si, aby pk szybko i mocno, tak, aby od razu j zabi "

W tej samej chwili Gada spostrzega, e nie ma obok niej Alexa, ktry przedtem prbowa pomc Jesse, a teraz poszed na drug stron namiotu. Posyszaa grzechotanie Fiaska. Instynktownie obrcia si i rzucia w stron Alexa. okciem uderzya go w odek, a on wypuci torb z rak dokadnie w momencie, gdy wysun si



 niej Piasek. Alex zwali si na ziemi.Gada poczua w nodze bl i zamierzya si pici, ale powstrzymaa cios.

Upada na jedno kolano.

Piasek wi si na ziemi, grzechoczac lekko ogonem, gotw do nastpnego ataku. Serce Gady omotao. Czua w udzie silne pulsowanie. Ttnica udowa znajdowaa si bliej ni na szeroko palca od miejsca, w ktrym Piasek zatopi zby w miniach.

- Gupcze! Szukasz mierci?

Noga pulsowaa jeszcze przez chwil, nim organizm przezwyciy dziaanie jadu. Szczcie, e Piasek nie trafi w arteri. Nawet ona mogaby si rozchorowa od takiego ukszenia, a nie miaa teraz na to czasu. Bl przeszed w przytpione, guche mienie.

- Jak moesz pozwoli jej umiera w takim blu?- zapyta Alex.

- Wszystko, co by zdziaa przy pomocy Fiaska, to powikszenie jej blu.

Maskujc zo, spokojnie odwrcia si w kierunku wa, podniosa go i woya z powrotem do torby.

- Grzechotniki nie daj szybkiej mierci. - To nie bya prawda, ale Gada chciaa go nastraszy. - Jeeli kto przez nie umiera, to z powodu zakaenia. Gangrena.

Alex poblad, ale nadal trwa przy swoim, rzucajc gniewne spojrzenie.

Merideth zawoaa go. Alex spojrza przelotnie na partnerk i znowu, na dug chwil, wbi w dziewczyn wyzywajco wzrok.

- A co z drugim wem? - Odwrci si do niej plecami i podszed z boku do Jesse,

Trzymajc torb, Gada namacaa zamek na przegrdce Mgy, Potrzsna gow, odpychajc wizj Jesse umierajcej pod wpywem jadu kobry. Jej jad zabija szybko. Nieprzyjemnie, ale szybko. Jaka bya rnica midzy umierzaniem blu snem, a leczeniem go za pomoc mierci ?

Gada nigdy celowo nie spowodowaa mierci adnej ludzkiej istoty, ani w gniewie, ani z litoci. Nie wiedziaa, czy teraz by potrafia. Nie bya w stanie oceni, czy niech do takiego czynu braa si stad, e tak j wyszkolono, czy te pochodzia z jakiego gbszego, pierwotnego przekonania, ze zabicie Jesse byoby ziem.

Syszaa, jak partnerzy rozmawiaj po cichu. Nie rozumiaa jednak sw: rozrniaa gos Merideth - jasny, melodyjny alt; gboki,



grzmicy tenor Alexa i Jesse, prawie pozbawion tchu, wahajca si. Co chwila zapadaa midzy nimi cisza, gdy Jesse walczya z kolejnym atakiem blu. Ostatnie godziny czy te dni ycia pozbawiaj zupenie odwagi t wytrwaoci.

Gada otworzya torb i wypucia Mg, ktra oplota si wok jej ramienia a po sam bark. Delikatnie przytrzymywaa kobr za ty gowy, tak aby nie moga uderzy. Przesza przez namiot

Wszyscy troje spojrzeli na ni, jakby zaskoczeni jej obecnoci, tak bardzo zagbili si w swoich sprawach. Szczeglnie Merideth zdawaa si przez chwil w ogle nie poznawa Gady. Alex spoglda to na Gad, to na kobr, a w jego oczach mieszay si uczucia alu i triumfu. Mga wszya, chwytaa jzykiem zapachy, a jej oczy lniy we wzbierajcych ciemnociach jak srebrne lusterka. Jesse, pomrukujc, zerkaa na ni z ukosa. Chciaa przetrze sobie oczy, ale powstrzymywaa si na wspomnienie koszmarnego blu w rce.

- Uzdrowicielko? Podejd bliej, nie widz dobrze.

Gada przyklkna miedzy Alexem a Merideth. Po raz trzeci nie wiedziaa, co ma powiedzie Jesse. Czua jakby to ona, a nie Jesse tracia wzrok. Oczy chorej zachodziy powoli szkaratno-czarn mg-

-Jesse, nic nie jestem w stanie zrobi, by umierzy bl. - Mga mikko poruszaa si pod jej rk. - Wszystko co mog zaoferowa...

- Powiedz jej - warkn Alex. Wpatrywa si w oczy Mgy jak urzeczony.

- Czy mylisz, e to atwe ? - odparowaa Gada. Alex nie podnis na ni wzroku.

- Jesse... - zacza Gada. - Naturalny jad Mgy jest miertelny. Jeeli chcesz, ebym...

- Co ty mwisz?! - wykrzykna Merideth. Alex przemg si i oderwa wzrok od wa.

- Merideth, nie odzywaj si. Jak moesz znosi...

- Obydwoje bdcie cicho - skarcia ich Gada. - Decyzja nie naley do adnego z was, a tylko do Jesse.

Alex zakoysa si na pitach; Merideth usiada sztywnoJesse patrzya gniewnie, nie odzywajc si przez dug chwil. Mga usiowaa zsun si z ramienia Gady, ale dziewczyna powstrzymaa j.



- Bl ostanie ? - odezwaa si Jesse.

- Nie - odpara Gada - przykro mi...

- Kiedy umr ?

- Bl gowy spowodowany jest cinieniem krwi. Moe ono ci. zabi... w kadej chwili.

Merideth zgarbia si i skrya twarz w doniach, ale Gada musiaa dokoczy zdanie.

- Masz przed sob kilka dni. Jesse drgna na te sowa.

- Nie mam ju ochoty ani na dzie duej - powiedziaa sabo. Midzy palcami Merideth kapay zy.

- Kochana Merry, Alex wie * zacza Jesse. - Prosz ci, sprbuj zrozumie. Ju pora, ebym pozwolia wam wyruszy. - Spojrzaa niewidzcymi oczyma na Gad. - Zostaw nas na chwil samych, a pniej z wdzicznoci przyjm twj dar.

Gada podniosa si i wysza z namiotu. Kolana jej dray, a ramiona i kark bolay z nerww. Usiada na twardym, gruboziarnistym piachu, pragnc, by noc ju si skoczya.

Popatrzya na niebo - wski kawaek wykrojony przez ciany kanionu. Chmury tej nocy wydaway si by szczeglnie cikie i gste, bo chocia ksiyc nie podnis si jeszcze na tyle, aby mona go byo widzie, to choby odrobina wiata powinna pojawi si na niebie.

Nagle spostrzega, e oboki s bardzo zwiewne i ruchliwe, zbyt wafle, by rozprasza wiato. Poruszay si, gnane wiatrem, ktry pdzi je wysoko nad ziemi. Gdy tak patrzya, krawd ciemnej chmury pka i Gada zupenie wyranie zobaczya niebo : czarne i gbokie, pobyskujce rnokolorowymi wiatami. Dziewczyna wpatrywaa si w nie z nadziej, e chmury nie zejd si powtrnie, pena pragnienia, aby obok niej siedzia kto jeszcze. Planety kryy wok niektrych z gwiazd, yli na nich ludzie, ktrzy by moe pomogliby Jesse, gdyby wiedzieli, e ona w ogle istnieje. Rozwaaa, czy ich plan mg mie jakiekolwiek szans powodzenia.

W namiocie kto odkry jasna kul z komrkami wietlnymi. Sine bioswiatio omywao czarny piach przez szpar wejcia.

- Uzdrowicielko, Jesse ci woa.

Na jasnym tle widnia zarys sylwetki Merideth. Gos, odarty z melodyjnoci, brzmia ostro i ochryple, brako w nim nadziei.

Gada wniosa Mg do rodka. Merideth jaz si do niej wicej nie odezwaa. Nawet Alex patrzy na ni ze zmieniajcym si wyrazem twarzy, ktry zdradza niepewno i strach. Jedynie Jesse witaa ja swymi niewidzcymi oczami. Merideth i Alex stali nad kiem niczym stranicy. Gada zatrzymaa si. Nie miaa wtpliwoci co do swej decyzji, ale ostateczny wybr cigle nalea do Jesse.

- Podejdcie i pocaujcie mnie - zadaa Jesse - a pniej zostawcie nas. Merideth rzucia si do przodu.

- Nie moesz da od nas, abymy teraz wyszlil

- Ju macie do rzeczy, ktre musicie zapomnie - gos jej dra z wyczerpania.

Zmierzwione wosy lepiy si do czoa i policzkw, a na jej twarzy malowao si skrajne wyczerpanie. Gada to widziaa i widzia to Alei, ale Merideth staa, przygnbiona, ze wzrokiem wbitym w podog.

Ale* przyklkn i delikatnie podnis rk Jesse do ust. Nieomal z namaszczeniem ucaowa kobiet w palce, w policzek, w usta. Ona pooya mu rk na ramieniu i przytrzymaa przez chwil. Podnis si powoli, milczcy, spojrza na Gad i wyszed z namiotu.

- Merry, prosz, powiedz... powiedz: " do widzenia, " zanim wyjdziesz.

Pokonana Merideth klkna obok niej i odgarna rude wosy ze spuchnitej twarzy. Uniosa j i obja. Jesse odwzajemnia ucisk. adna nie powiedziaa sowa pocieszenia.

Merideth opucia namiot w ciszy, ktra trwaa duej, ni Gada sobie tego yczya. Kiedy odgos krokw osab do lekkiego chrzstu piachu rozgarnianego skrzanymi butami, Jesse zatrzsa si, wydajc z siebie co midzy krzykiem a jkiem.

- Uzdrowicielko ?

- Jestem tu. - Gada przyoya do do jej szerokiego czoa.

- Czy mylisz, e udaoby si nam ?

- Nie wiem - odpowiedziaa Gada, przypominajc sobie, jak jedna z jej nauczycielek powrcia spod Miasta, gdzie przywitaa j jedynie zatrzanita brama i ludzie, ktrzy nie chcieli z ni rozmawia. - Chc wierzy, e tak.

Usta Jesse zsiniay; byy prawie fioletowe. Dolna warga pka. Gada otara krew rzadk jak woda i niemoliwa do zatamowania.



- Mimo to, id - wyszeptaa Jesse.

-Co?

- Id do Miasta. Cigle maja wobec ciebie dug.

- Jesse, nie...

- Tak. yj pod kamiennym niebem, bojc si wszystkiego, co jest na zewntrz. Mog ci pomc i potrzebuj twojej pomocy JZa par pokole bdzie to gromada szalecw. Powiedz im, e yam i e byam szczliwa. Powiedz im, e mogam y, gdyby mwili prawd. Mwili, e wszystko na zewntrz jest miercionone, wiec sdziam, e to nieprawda.

- Zanios wiadomo od ciebie.

- Nie zapominaj o sobie. Inni ludzie potrzebuj...

Zabrako jej tchu, a Gada w milczeniu czekaa na polecenie, ktre musiao nastpi. Pot pyn jej po ciele. Wyczuwajc rozpacz Gady, Mga otulia szczelniej jej rami.

- Uzdrowicielko ? Gada poklepaa jej do.

- Merry zabraa cay bl. Prosz, pozwl mi odej, zanim znw powrci.

- Dobrze, Jesse. - Uwolnia Mg z ramienia. - Sprbuje zrobi to tak szybko, jak tylko umiem. Pikna, postarzaa twarz zwrcia si w jej kierunku.

- Dzikuj!

Gada bya zadowolona, e Jesse nie widzi tego, co miao nastpi. Mga uderzy w jedn z ttnic szyjnych, tu pod szczk, tak aby jad dotar do mzgu i zabi natychmiast. Gada zaplanowaa to wszystko bardzo starannie, bez najmniejszych emocji. Sama bya zdziwiona, jak moe myle o tym tak precyzyjnie.

Zacza przemawia uspokajajco.

- Rozlunij si. Pozwl, aby gowa opada do tyu. Zamknij oczy, wyobra sobie, e pora na sen...

Trzymaa Mg nad piersi Jesse, czekajc, a jej napicie opadnie i ustanie lekkie drenie. zy spyway Gadzie po policzkach, ale widziaa wszystko bardzo wyranie. Widziaa puls bijcy na szyi.

Mga wysuna i schowaa jeyk. Rozoya kaptur. Uderzy natychmiast, gdy tylko Gada zwolni ucisk.

- Gboki sen, pikny sen.

Gowa Jesse zwisa, odsaniajc gardo. Mga suna powoli naprzd. Gada poczua, jak jej palce rozchylaj si w tym samym momencie, w ktrym pomylaa:** Czy musz to robi?"

Nagle Jesse rzucia si konwulsyjnie. Grna cze tuowia wygia si w tuk. Gowa poderwaa si w ty, rce zesztywniay, a palce skurczyy szponowato. Przestraszona Mga uderzya. Konwulsje chwyciy Jesse po raz drugi. W miejscu, gdzie Mga wbita zby, pojawiy si dwie czerwone kropelki. Ciao Jesse jeszcze drgao, ale byo ju martwe.

Gada woya Mg do torby i obmya zwoki tak delikatnie, jakby to cigle bya Jesse. Ale ju nic z niej nie zostao. Pikno odeszo wraz z yciem, zostawiajc zdeformowane, pokryte sicami ciao. Gada zamkna jej oczy i nacigna poplamione przecierado na twarz.

Wysza z namiotu, niosc skrzan torb. Meridelh i Alex obserwowali, jak si zbliaa. Ksiyc podnis si i Gada widziaa ich postacie w odcieniach szaroci.

- Ju po wszystkim - powiedziaa.

Jakim cudem jej glos brzmia zwyczajnie.

Merideth nie poruszya si ani nie odezwaa. Ale wzi rk Gady, tak jak przedtem rk Jesse i pocaowa. Gada cofna si, nie yczc sobie adnych podzikowa.

- Powinnam bya z ni zosta - powiedziaa Merideth.

- Merry, ona nie chciaa, ebys"my zostali.

Gada zauwaya, e Merideth miaa skonnoci do powtarzania w wyobrani tego, co si zdarzyo, rozwarzjac to na tysic sposobw, z ktrych kady by okropniejszy od poprzedniego - pki kto nie przerwa tego fantazjowania.

- Mam nadziej, e mi wierzysz, Merideth - powiedziaa Gada.-Jesse powiedziaa:" Merry zabraa cay bl" i w chwil pniej, to po uderzeniu mojej kobry, ju nie ya. Umara natychmiast W jej mzgu pka ttnica. Ale ona ju tego nie poczua. Ju nie poczua Mgy. Bogowie wiadkami, wierz, e tak byo naprawd.

- Skoczyoby si tak samo bez wzgldu na to, co bymy zrobili?

-Tak.

Wydawao si, ze w kocu uspokoio to Merideth. Ale nie Gad. Cigle pamitaa, e to ona zadaa mier Jesse.

Gdy zobaczya, jak nienawi do samej siebie znika z twarzy Merideth, Gada skierowaa si ku stokowi, lam gdzie pochyo przechodzia w bazaltowy paskowy. - Dokd idziesz? - zatrzyma j Alex,

- Wracam do swojego obozu - powiedziaa matowym gosem.

- Zaczekaj, prosz. Jesse chciaa ci co podarowa.

Gdyby powiedzia, e Jesse prosia ich, aby dali jej jaki prezent, odmwiaby. Ale - nie wiedzia czemu - fakt, e Jesse zostawia go sama, wszystko zmienia. Bezwolnie przystana.

- Nie mog - powiedziaa. - Ale*, pozwl mi i.

Odwrci j delikatnie i poprowadzi na powrt do obozu.

Merideth znikna. Bya w namiocie z ciaem Jesse albo opakiwaa j gdzie w samotnoci.

Jesse zostawia konia: ciemnosiw klacz. Piknie zbudowane zwierz; ywio i sia. Wbrew sobie, wbrew wiadomoci, e nie by to kort dla uzdrowiciela, serce Gady rwao si ku klaczy. Wydawao si jej, e ten wierzchowiec jest jedyn rzecz, ktr moga nazwa czystym piknem i si. Alex poda Gadzie wodze.Uzda wysadzana bya zotymi ornamentami w penym delikatnoci stylu Merideth.

- Nazywa si Byskawica - powiedzia Ale*.

Gada szykowaa si do przejcia przez law zanim nastanie brzask. Kopyta klaczy postukiway gucho o skay, skrzana torba obijaa si o bok wierzchowca i nogi Gady.

Wiedziaa, e nie moe wrci do osady uzdrowicieli. Jeszcze nie teraz. Dzisiejsza noc udowodnia, e nie moe przesia by uzdrowicielk, choby nie wiadomo jak niestosownych narzdzi uywaa. Gdyby nauczyciele odebrali jej Mg i Piaska, a potem wyrzucili ja, nie potrafiaby tego znie.

Oszalaaby wiedzc, e w tym czy w innym miasteczku lub obozie jest choroba, a ona miaaby nie pomc. Zawsze prbowaaby co zrobi.

Wychowano j w poczuciu dumy, nauczono, by polegaa tylko na sobie. Musiaaby z tego zrezygnowa, gdyby pojechaa teraz do domu. Obiecaa Jesse, e zaniesie jej wiadomo do Miasta. Dotrzyma wic obietnicy. Pojedzie do Miasta. Zrobi to dla Jesse. I dla siebie.

4

Arevin siedzia na wielkim gazie. Na piersi, w nosidelku z pachty, gaworzyo dziecko kuzynki. Ciepo i ruchliwo tej maej istoty byy dla niego pocieszeniem, gdy wpatrywa si. w pustyni ku ktrej odesza Gada.

Stavin czul si dobrzej niemowl byo zdrowe. Arevin wiedzia, e powinien by szczliwy, gdy los sprzyja jego klanowi; tym bardziej wiec roso poczucie winy, e tak pogra si. w smutku. Dotkn policzka w miejscu, gdzie biay w uderzy go ogonem. Tak, jak obiecaa uzdrowicielka, nie pozostaa adna blizna.

Gada- zdawao si niemoliwe, e nie byo jej przez czas tak dugi, a szrama zdya si zrosn i wygoi". Pamita przecie dziewczyn tak dokadnie jakby rozstali si poprzedniego dnia. Gady nie dotyczyo prawo, ktre twierdzi, e odlego i czas kocz wszelkie znajomoci. Jednoczenie Arevinowi wydawao si, e odesza na zawsze.

Jedna z wielkich krw pimowych z klanowego stada wgramolia si na gr i czochraa bokiem o gaz. Dmuchna na Arevina przez rozdte nozdrza, wciskajc pysk pod jego stop i lic but wielkim, rowym jzorem. Niedaleko mody byczek przeuwa suche, bcz-Ustne gazki pustynnego krzewu.

Wszystkie sztuki w stadzie mocno schudy w cigu suchego lata; sier miay teraz szorstk i matow. Dobrze znosiy upay, o ile czesano starannie ich runo, gdy zaczynay linie na wiosn. A e klan hodowa wofy ze wzgldu na ich pikna, delikatn, zimow wetn, nigdy tego zabiegu nie zaniedbywano. Mimo to woy, podobnie jak ludzie, miay ju do lata, upau i diety zoonej z suchego, pozbawionego smaku pozy wienia.Zwierzta wyczekiway ju - na swj agodny, cierpliwy sposb - powrotu do wieej trawy zimowych pastwisk. Zazwyczaj Arevin take by zadowolony z wdrwki na paskowy.

Dziecko machao kruchymi rczkami, schwycio palec Arevina i pocigno ku sobie. Arevin umiechn si.

- To jedyna rzecz, jakiej nie mog dla ciebie zrobi, maleki -powiedzia.

Dziecko ssao koniec jego palca i pomrukiwao zadowolone. Nie pakao, e z palca nie pynie mleko. Oczy miao niebieskie - tak jak Gada." Duo dzieci ma niebieskie oczy" - pomyla Arevin. To potwierdzenie spowodowao, e modzieniec znw zatopi si w marzeniach.

Gada nia mu si co noc, oczywicie z wyjtkiem tych, kiedy nie mg zasn. Nigdy przedtem nie by w takim stanie. Wci wracay wspomnienia tych kilku chwil, gdy opierali si o siebie na pustyni; pamita dotkniecie jej mocnych palcw na zranionym policzku, czy w namiocie Stavina, gdy j pociesza. To byo absurdalne, e za najszczliwsz chwile swojego ycia uznawa moment tu przed tym, jak dowiedzia si, e dziewczyna musi odjecha; kiedy j obj i przez sekund mia nadzieje, e jednak zdecyduje si zosta. "Pewnie by zostaa - pomyla - przecie potrzebny nam uzdrowiciel. I moe troch ze wzgldu na mnie.

Zostaaby duej, gdyby moga..."

Wtedy to po raz pierwszy w yciu paka. Rozumia jednak jej niech do pozostania, wobec tego, co j tutaj spotkao. Teraz on sam czu si tak, jakby mu co odebrano, jakby ponis jak ogromn, nie do odrobienia strat. By nieszczliwy. Wiedzia o tym, ale nie potrafi lemu zaradzi. Kadego dnia ywi nadzieje, e Gada wrci, chocia zdawa sobie spraw, e to niemoliwe.

Nie mia pojcia, jak daleko za pustyni jest miejsce, do ktrego zmierzaa. Moga podrowa z orodka uzdrowicieli tydzie, miesic, czy nawet p roku, zanim dosza do pustyni i zdecydowaa si j przej w poszukiwaniu nowych ludzi i nowych miejsc.

Powinien by pj razem z ni. Teraz nie mia co do tego adnych wtpliwoci. Zatroskana, rozalona, nie chciaa si na to zgodzi, ale on powinien by od razu si zorientowa, e sama nigdy nie bdzie w stanie wyjani nauczycielom, co si tutaj naprawd stao.

Nawet przyrodzona przenikliwo umysu nie bya w stanie dopomc Gadzie w zrozumieniu bezmiaru strachu, jaki ludzie Arevina odczuwali przed wami. Arevin zna to z dowiadczenia, z koszmaru, ktry cigle y w jego pamici: mierci modszej siostry. Pamita zimny pot ciekncy mu po plecach, gdy Gada poprosia, by pomg jej przytizyma Mg. Pamita le swoje miertelne prze-

raenie, gdy mija piaskowa uksia Gad. Wtody ju j kocha, a by pewien,e umrze.

Dziewczyna kojarzya si mu z jedynymi niewtpliwymi cudami, jakich dowiadczy w yciu. Nie umara - to by pierwszy z nich, a drugi to ten, e ocalia Stavina przed mierci.

Dzieciaczek zamruga oczyma i zacz mocniej ssa palec Arevi-na. Modzieniec zsun si z gazu i wycign drug rk. Olbrzymia krowa pimowa pooya mu gow na doni, a on podrapa j pod brod.

- Dasz dzi obiadek temu dziecitku ? - zapyta.

Poklepa zwierz po brzuchu, po czym przykucn obok. Krowa nie miaa zbyt wiele mleka o tak pnej porze roku, ale dla dziecka wystarczy w zupenoci. Arevin otar rkawem wymi i podstawi pod nie maego czowieczka, ktry natychmiast zacz apczywie ssa.

Kiedy niemowl zaspokoio gd, Arevin znw podrapa krow pod brod i z powrotem wspi si na gaz.

Po chwili malestwo ju spao, zacisnwszy paluszki wok! rki Arevina.

- Kuzynie!

Obejrza si za siebie. Przywdczyni wdrapaa si na gaz i usiada obok. Jej dugie, rozpuszczone wosy powieway na wietrze. Pochylia si i umiechna do niemowlcia.

- Jak si sprawuje ?

- Doskonale.

Ruchem gowy strzasnela wosy z twarzy.

- O wiele atwiej si nosi dzieci, gdy ma sieje na plecach. Moesz te pooy je na chwil na ziemi.

Umiechna si z lekka. Nie zawsze bya tak pena dystansu t godnoci jak wtedy, gdy podejmowaa goci klanu.

Arevinowi udao si odwzajemni umiech.

Pooya rk na doni, ktr tizyma dziecko.

- Mj drogi, czy musz pyta, co si z tob dzieje ? Arevin z zakopotaniem wzruszy ramionami.

- Sprbuj lepiej si sprawowa - powiedzia. - Wiem, e ostatnio mao ze mnie poytku.

- Mylisz, i przyszam tu po to, aby ci gani ?

- To byoby waciwe.

Arewin nie patrzy na kuzynk, lecz w jej spokojnie pice dziecko. Kobieta pucia jego rk i obja go ramieniem.

- Arevinie - zwrcia si do niego bezporednio po imienin po raz trzeci w jego yciu. - Arevinie, duo dla mnie znaczysz. W swoim czasie moesz zosta wybrany przywdca, jeli zechcesz. Ale musisz si uspokoi. Skoro ona ciebie nie chciaa...

- Chcielimy siebie nawzajem - powiedzia - ale ona nie moga tutaj dalej pracowa i powiedziaa, e nie wolno mi z ni jecha. A ja nie mog teraz wyruszy za ni.

Od czasu,gdy zmarli mu rodzice, Arevin zosta przyjty jako czonek grupy rodzinnej kuzynki. Byo tam szecioro dorosych partnerw, dwoje, a teraz troje dzieci i Arevin. Zakresu jego obowizkw jeszcze nie sprecyzowano, ale sam poczuwa si do opieki nad dziemi.

Zwaszcza w czasie wdrwki na terytorium zimowe, wsplnocie potrzebna bya praca kadego z czonkw. Teraz, a do zakoczenia wyprawy, trzeba bdzie pilnowa wow pimowych dniem i noc, inaczej jeden za drugim pjd na wschd w poszukiwaniu karmy i nikt ich ju wicej nie zobaczy. Znalezienie poywienia o tej porze roku stanowio trudno rwnie dla ludzi. Gdyby jednak wyruszyli na zimowe tereny za wczenie - w czasie, gdy rolinno pastewna dopiero kiekuje - mogliby j stratowa.

- Kuzynie, powiedz mi to, co masz do powiedzenia.

- Wiem, e klan nie moe sobie teraz pozwoli na utrat adnej pary rk do pracy. Mam tu obowizki wobec ciebie, tego dziecka... Ale jak uzdrowicielka wytumaczy to, co tu zaszo? Jak wytumaczy wszystko nauczycielom, skoro sama wszystkiego nie rozumie? Widziaem, jak uksia j mija piaskowa. Widziaem, jak jad i krew spywaj po jej rce, a ona prawie tego nie zauwaya.

Arevin spojrza na przyjacik, gdy nikomu przedtem nie mwi o mii piaskowej w obawie, e go wymiej. Przywdczyni bya zaskoczona, ale nie kwestionowaa jego sw.

- W jaki sposb ona moe wyjani, czym by nasz strach przed tym, co nam ofiarowaa ? Powie swoim nauczycielom, e popenia Mad i z tego powodu may w zosta zabity. Obwinia za to siebie. Oni take bd j wini i ukarz j za to.

Przywdczyni klanu wpatrywaa si w pustynie.

- To dumna kobieta - powiedziaa. - Masz racj. Ona nie bdzie prbowaa si usprawiedliwia.

- Nie wrci, jeeli j wypdz - powiedzia Arevin. - Nie wiem dokd pjdzie, ale my ju jej nigdy nie zobaczymy.

- Nadchodz burze - powiedziaa nagle przywdczyni. Arevin skin gow.

- Gdyby za ni wyruszy...

- Nie mog! Nie teraz!

- Mj drogi - powiedziaa przywdczyni - yjemy tak, aby kady z nas by na tyle wolny, na ile to moliwe. Sam skazujesz si na niewole odpowiedzialnoci w chwili, gdy nadzwyczajne wypadki wymagaj zdecydowanego dziaania- Gdyby by partnerem w grupie i gdyby twoim obowizkiem byo utrzymanie tego dziecka, sprawa byaby prostsza, ale i wtedy nie stanowioby to problemu nie do rozwizania. Prawd mwic, to mj partner ma o wiele wicej czasu od momentu narodzenia dziecka, ni si spodziewa. To dlatego, e ty zawsze robisz wicej, ni si tego od ciebie wymaga.

- To nie tak - Arevin zareplikowa gwatownie. - Chciaem pomc przy dziecku, potrzebowaem tego. Potrzebowaem... - Urwa, nie wiedzc, co powiedzie. - Byem mu wdziczny, e pozwoli mi sobie pomaga.

- Wiem. I nie oponowaam. Ale to ty robie jemu przysug, nie on tobie.Moe ju pora przekaza mu obowizki z powrotem -umiechna si przyjanie. - Grozi mu, e za bardzo pochonie go praca.

Jej partner by z pewnoci najlepszy w klanie, ale przywdczyni miaa racj: zbyt czsto sprawia wraenie, e yje nic na jawie.

- Nie powinienem by jej w ogle pozwob', by odesza - wyrzuci z siebie gwatownie Arevin. - Dlaczego wczeniej tego nie wiedziaem ? Miaem ochrania moj siostr i zawiodem, a teraz zawiodem w przypadku uzdrowicielki. Powinna bya z nami zosta.

- Czuaby si u nas jak kaleka!

- Mogaby nadal uzdrawia,..!

- Mj drogi prsyjacielu - powiedziaa kuzynka - niemoliwoci jest otoczy kogo absolutn opiek, nie robic z niego jednoczenie niewolnika. Myl, e to jest to, czego ty nigdy nie rozumiae, bo zawsze zbyt wiele wymagae od siebie. Winisz siebie za mier siostry...



- Nie dopilnowaem jej.

- A co moge zrobi? Przypomnij sobie jej ycie, a nie jej mier". Bya odwana, szczliwa i butna, jak kade dziecko- Mgby 34 chroni" lepiej - ale nie inaczej, jak tylko powodujc jej zaleno od siebie, opart na strachu. Nie mogaby y w taki sposb i pozosta" osob, ktr kochasz. I nie mogaby te, jak mi si wydaje uzdrowicielka.

Arevin przyglda si niemowlciu na swych rkach. Wiedzia, e kuzynka ma racj, a jednak cigle nie potrafi odrzuci poczucia winy i niepokj u.

agodnie poklepaa go po ramieniu.

- Znasz uzdrowicielk lepiej i mwisz, e nie umie wytumaczy innym naszego strachu. Myl, e masz racj. Sama powinnam bya na to wpa. Nie chc, aby ukarano j za (o, co zrobilimy ani nie chciaabym, aby le nas zrozumiano. - Pikna kobieta obracaa w palcach skrzane kko zawieszone u szyi na rzemieniu. - Zgadzam si. Kto musi pojecha do osady uzdrowicieli. Ja mogabym to zrobi, bo dba o honor klanu to mj obowizek. Mgby pojecha partner mojego brata, bo to on zabi wa. Moesz te pojecha ty, bo nazywasz uzdrowicielk swym przyjacielem. Klan bdzie musia si zebra i zdecydowa, kto pojedzie. Jednak... jedynie ty zostae jej przyjacielem.

Przeniosa wzrok z horyzontu na Arevina, a on wiedzia, e dostatecznie dugo bya przywdczyni, aby nauczy si takiego sposobu rozumowania, jakim posugiwa si klan.

- Dzikuj - powiedzia.

- Stracie wielu ludzi, ktrych kochae. Nie mogam nic zrobi, kiedy stracie rodzicw, ani wtedy, gdy umara twoja siostrzyczka. Tym razem jednak pomog ci, nawet jeli to oznacza, e nie bdziesz z nami. - Przesuna rk po jego wosach, ktre zaczynay ju siwie, tak jak i jej. - Ale pamitaj prosz, mj kochany, e nie chciaabym straci ci na zawsze.

Szybko zesza na pustynny piach, zostawiajc Arevina wasnym mylom. Jej zaufanie dodao mu pewnoci; nie musia ju duej stawia sobie pytania, czy wyruszenie ladami Gady jest rzecz suszn. Klan by jej to winien. Arevin uwolni rk z ucisku dziecka, przesun pcienne nosideko na plecy i zszed z gazu.

Oaza bya tak zielona i puszysta w mdym wietle poranka, e Gadzie wydawao si, i jest to mira. Nie czua si na siach, by rozrnia zudzenie od rzeczywistoci. Jechaa przez caa noc, aby przekroczy rozlewisko lawy, zanim wstanie soitce i zanim upa zacznie pali niemiosiernie. Czua pieczenie w oczach, a usta miaa wysuszone i spkane.

Szara klacz - Byskawica, podniosa eb i zastrzyga uszami, a nozdrza poczy jej dre, gdy zwszya zapach wody. Kiedy ko" zacz kusowa, Gada nie cigna cugli.

Otoczyy ich filigranowe drzewa sezonu letniego, ktre gadziy Gad po ramionach limi lekkimi jak pirka. Powietrze pod nimi byo nieco chodniejsze i a cikie od zapachu dojrzewajcych owocw. Gada zsuna chust z twarzy i odetchna gboko. Zsiada i podprowadzia Byskawic do ciemnej, przejrzystej sadzawki. Klacz wsadzia pysk do wody i pia. Zanurzya nawet nozdrza. Gada przykucna obok i nabraa wod w donie. Ciecz przeciekaa jej przez palce, wzbudzajc krgi na powierzchni stawu. Kiedy drobne fale zaniky, Gada zobaczya swoje odbicie. Jej twarz pokrywaa gruba warstwa kurzu. "Wygldam jak rzezimieszek" - pomylaa, miejc si. Ale by to miech pogardy, nie radoci. zy wyobiy bruzdy na przykurzonych policzkach. Dotkna ich, wci wpatrujc si w wod.

Bardzo pragna zapomnie ostatnie kilka dni, ale wiedziaa, e one nigdy jej nie opuszcz. Cigle wspominaa such i delikatn skr Jesse i ten jej lekki, pytajcy dotyk. Wci syszaa jej gos. Czua tez bole agonii Jesse, cierpienie, ktremu nie umiaa zapobiec ani uly. Gada nie chciaa ju wicej oglda i odczuwa blu.

Zanurzya rce w zimnej wodzie i prysna ni w twarz. Zmyl czarny kurz, pot i lady ez.

Poprowadzia Byskawic wzdu brzegu, mijajc namioty i ciche obozowiska, gdzie spali nomadowie;Gdy dosza do obozu Gnim, przystana. Poy namiotu byy zamknite. Gada nie chciaa budzi starej kobiety i jej wnukw. Nieco dalej od brzegu bya zagroda dla koni. Lisek, jej tygrysi kucyk drzema na stojco pord koni Grum. Jego czarnowosa sier lnia, ujawniajc efekty energicznego tygodniowego szczotkowania. Kuc byllusty i zadowolony. Nie utyka ju na niepodkut nog. Gada zdecydowaa si

zostawi go u Gnim na jeszcze jeden dzie i nie przeszkadza tego nmka ani zwierzciu, ani starej koczowniczce.

Byskawica sza za Gada wzdu brzegu, trcajc j od czasu do czasu nosem w biodro. Gada podrapaa klacz za uchem, tam gdzie pot zasech pod uzd. Ludzie Arevina obdarowali j workiem ze sprasowanym sianem dla Liska, ale kucyka karmia Grum, wic pasza powinna by cigle w obozie.

- Jedzenie, porzdne czyszczenie i sen, to jest to, czego potrzebujemy - powiedziaa do klaczy.

Rozbia swj obz z dala od innych, poza sterczcymi skakami, w rejonie niezbyt lubianym przez handlarzy. Tak byo bezpieczniej i dla ludzi, i dla jej wy. Gada omina ostr, kamienist krawd".

Wszystko si zmienio. Zostawia posanie rozgrzebane na ziemi, tak jak wstaa, ale caa reszta bya spakowana. Teraz kto pozwija koce i uoy jeden na drugim. W pobliu pooy zapasow odzie, a naczynia do gotowania uoy w rzdku na piachu. Gada zmarszczya brwi i podesza bliej. Uzdrowicieli traktowano z szacunkiem, a nawet z pewn doz strachu. Nawet nie pomylaa o tym, aby prosi Gnim o dogldanie jej konia, a co dopiero dobytku. To, e kto mgby rusza jej rzeczy, nawet nie przyszo jej na myl.

Po chwili zauwaya, e sprzty byy zniszczone: metalowy talerz zgity w poi, filianka zmiadona, yka wykrcona. Upucia lejce Byskawicy i popieszya zrobi porzdek wrd dobytku. Zoone koce byy pocite i porozrywane. Podniosa wypran przed tygodniem koszul, ktra wcale nie okazaa si czysta. Kto wytarza j w bocie. To bya stara, znoszona koszula, mikka i przyjemna, cho poprzecierana w sabszych miejscach. Jej ulubiona. Teraz kto j rozdar na plecach i poszarpa rkawy.

Worek na pasz lea w jednym rzdzie z innymi rzeczami, ale rozwleczone kostki prasowanego siana byfy wdeptane w piach. Byskawica szczypaa resztki, podczas gdy Gada rozgldaa si po zrujnowanym namiocie. Nie potrafia sobie uzmysowi, po co kto miaby dewastowa jej obozowisko, a potem starannie ukada zniszczone rzeczy. Ciko byio poj, dlaczego w ogle miaby pldrowa jej obz, bo nie znajdowao si w nim nic specjalnie wartociowego.

Potrzsna gow. Moe kto sadzi, e pobieraa sowite opaty w zocie i kamieniach? Niektrych uzdrowicieli hojnie obdarowy-



wano za ich usugi. Niemniej na pustyni panowao silne poczucie godnoci i nawet ludzie, ktrych nie chronio uznanie zwizane

z ich profesj, nie namylali si wiele, zostawiajc wartociowe rzeczy bez opieki.

Wci trzymajc w doni rozdart koszul, Gada obchodzia to, co byo kiedy jej obozowiskiem. Czua zbyt wielkie zmczenie, pustk i zagubienie, by mc rozwaa, co si stao. Juczne siodo Liska byo oparte o ska. Gada podniosa je chyba tylko dlatego, e wygldao na nie uszkodzone.

Spostrzega wtedy, e wszystkie kieszenie zostay rozdarte i poszarpane, chocia zamknite byy jedynie na sprzczki.

W bocznych kieszeniach znajdoway si wycznie mapy, notatki i dziennik z jej nie ukoczonego jeszcze prbnego roku. Wepchna rce gbiej w nadziei, e znajdzie choby skrawek papieru, ale nie zostao nic. Gada cisna siodem o ziemi. Zacza biega po obrzeu obozowiska, zagldajc za skay i kopa piach, udzc si, te ujrzy porzucone kartki lub usyszy szelest papieru pod stopami. Nic jednak nie znalaza.

Poczua si zagroona. Wszystko, co miaa: jej koce, ubrania i mapy, mogyby z trudem by uyteczne dla zodzieja, ale dziennik nie przedstawia adnej wartoci dla nikogo, prcz niej samej.

- eby ci cholera wzia! - krzykna wciekle w pustk.

Klacz prychna i uskoczya w sadzawk, rozpryskujc wod. Gada opanowaa si, wycigna rk i powoli podesza do Byskawicy, przemawiajc agodnie, a zwierz pozwolio si chwyci za uzd. Dziewczyna pogaskaa wierzchowca.

- Ju dobrze - powiedziaa. - Wszystko bdzie w porzdku, nie przejmuj si.

Mwia to tak do siebie, jak i do klaczy. Obie stay po kolana w przejrzystej, chodnej wodzie. Gada poklepaa konia po opatce, rozczesaa palcami czarn grzyw. Nagle zrobio jej si sabo. Opara si o kark Byskawicy. Draa.

Wsuchujc si w mocne, miarowe uderzenia serca i spokojny oddech zwierzcia. Gada zdoaa si opanowa. Wyprostowaa si i wysza z wody. Na brzegu odpia torb z wami i rozsiedlaa klacz. Zacza j czyci kawakiem podartego koca. Pracowaa z wyrazem wyczerpania na twarzy. Wyszukane siodo i uzda, pokryte

kurzem mogy poczeka, ale Byskawicy nie zostawiaby brudnej i spoconej, gdy sama miaa wypoczywa.

- Gada, dziecko, uzdrowicielko, dziecino! Moja droga...

Dziewczyna odwrcia si. Grum kutykaa w jej kierunku, podparta na toczonej lasce. Jedno z jej wnuczt - moda, wysoka, hebanowa kobieta - szo razem z ni. Wnuki Grum wiedziay, e lepiej nie ofiarowywa pomocy zamanej artreyzmem, starej kobiecie.

- Drogie dziecko, jak mogam pozwoli eby przesza obok i nie zauway ci! ? Mylaam sobie: usysz, jak bdzie wchodzia albo jej kucyk zary, zwietrzywszy pani. - Na pomarszczonej ze staroci, mocno opalonej twarzy Grum pojawiy si dodatkowe bruzdy, wiadczce o zatroskaniu. - Gada, dziecinko, za nic nie chcielibymy widzie ci tak opuszczonej.

- Co si stao Grum?

- Pauli - Grum zwrcia si do wnuczki - zaopiekuj si koniem uzdrowicielki.

- Dobrze, Grum. - Pauli wzia lejce i pooya rk na ramieniu Gady w gecie pocieszenia.

Podniosa siodo i poprowadzia Byskawic z powrotem do obozu Grum. Grum uja Gad za okie, ale nie po to, aby si podeprze, lecz by podtrzyma Gad. Prowadzia j do sporego kamienia. Usiady i Gada ponownie rozejrzaa si po swoim obozie. Niedowierzanie brao gr nad zmczeniem. Spojrzaa na Grum. Stara kobieta westchna.

- To byo wczoraj, tu przed witem. Usyszelimy haas i gos, ale nie twj. Kiedy przyszlimy, zobaczylimy pojedyncza posta w stroju pustynnym. Mylelimy, ze taczy, ale kiedy podeszlimy bliej, ten zoczyitca uciek. Stuk latark i nie moglimy go znale. Obejrzelimy twj obz. Nie pozostao nic, co byoby cae.

Gada w milczeniu patrzya dookoa ani troch blisza rozwizania zagadki: dlaczego kto miaby przeszukiwa jej obz.

- Nad ranem wiatr zasypa lady - cigna Grum. - To stworzenie musiao uciec na pustyni, ale nie by to czowiek pustyni. My nie kradniemy. My nie niszczymy.

- Wiem, Grum,

- Chod ze mn. Zjesz niadanie, wypisz si i zapomnisz o szalerfcu. Wszyscy musimy uwaa na szalecw. - Wzia pobliznion dori Gady w swoj. - Nie powinna bya sama tego

7

oglda. Szkoda, e nie udao mi si przedtem z tob zobaczy, dziecinko.

- W porzdku, Grum,

- Pozwl, pomog ci przeprowadzi si do mojego namiotu. Nie chcesz tu chyba zosta duej?

- Nie ma tu nic, co Warto zabra. - Staa obok Grum, wpatrujc si w pobojowisko. - Zniszczy wszystko, Grum. Gdyby to wszystko zabra, zrozumiaabym.

Stara kobieta agodnie poklepaa jej do.

- Kochanie, nikt nie rozumie szalecw. Oni dziaaj bez adnych przyczyn.

Wanie dlatego Gada nie moga uwierzy, e bya to robota wariata. Zniszczenia dokonano tak metodycznie i w tak racjonalny sposb, e zdawao si to nie tyle rezultatem choroby psychicznej, ile wciekoci-Znowu wstrzsn ni dreszcz.

- Chod ze mn - powiedziaa Grum. - Nienormalni pojawiaj si, pniej znikaj. Tak jak mniszki piaskowe; jednego roku syszysz je wszdzie, gdziekolwiek si obrcisz, innego - nic.

- Przypuszczam, e masz racj.

- Mam - powiedziaa Grum. - Znam si na tych rzeczach. On ju tu nie wrci, pjdzie gdzie indziej, ale wkrtce bdziemy wiedzieli, gdzie go szuka. Kiedy go znajdziemy, zabierzemy go do naprawia-czy, moe oni go wylecz.

Gada ze zmczeniem kiwna gow.

- Mam nadziej.

Zarzucia sobie siodo Liska na rami i podniosa torb z wami. Raczka zadraa nieco, gdy Piasek poruszy si pomidzy przegrdkami.

Gada powloka si za Grum do jej obozu. Bya zbyt zmczona, aby myle nadal o tym, co si stao. Z wdzicznoci suchaa kojcych sw pocieszenia i wspczucia. Strata Mcha, mier Jes-se, a teraz to. Gada niemal aowaa, e nie jest przesdna; mogaby wtedy uwierzy, e kto j przekl. Nie wiedziaa teraz, w co powinna wierzy, jak odmieni acuch nieszcz, jakim stao si jej ycie.

- Dlaczego ukrad tylko mj dziennik? - spytaa nagle. - Dlaczego mapy i dziennik?

- Mapy? - zawoaa Grum. - On ukrad mapy? Mylaam, e wzia je ze sob. No, to na pewno by szaleniec.

- Myl, e masz racj. Musia nim by". - Cigle nie moga siebie przekona.

- Mapy! - powtrzya Grum.

Gniew i zo Grum zdaway si przez chwil przewysza wcieko Gady. Jednake niepokoio Gad zaskoczenie w gosie starej kobiety.

Dziewczyna ujrzaa nagle cie" w pobliu. Rwnie zaskoczony zbieracz odskoczy w ty. Gada odetchna, gdy zobaczya jednego z czycicieli, ktrzy zbierali kady kawaek metalu, drewna, tkaniny, skry - odpady z innych obozowisk. Te rzeczy byy dla nich uyteczne. Zbieracze ubierali si w kolorowe stroje, zmylnie uszyte z kawakw materiau zakomponowanego w geometryczne wzorki.

- Uzdrowicielko, pozwolisz nam to wszystko wzi? aden poytek dla ciebie...

- Ao, id std! - ucia Grum. - Przestali niepokoi uzdrowicielk. Powiniene sam wiedzie.

- Ona nic z tym nie zrobi. My - tak. Pozwlcie nam to wzi. Posprzta.

- To nie jest dobra chwila, eby prosi!

- Nic nie szkodzi, Grum - powiedziaa Gada. - We sobie wszystko - zwrcia si do zbieracza.

Moe na co przydadz si mu podarte koce i poamane yki. Jej - nie. Nawet nie miaa ochoty znowu oglda tego szmelcu. Nie chciaa ju myle o tym, co tutaj zaszo. Poza tym proba zbieracza odcigna Gade. od problemw, od wasnego zagubienia i sprowadzia na powrt do rzeczywistoci. Przypomniaa sobie, co kiedy Grum mwia o Ao i jego ludziach.

- Ao, jak bd szczepia innych, czy pozwolisz mi, abym i was zaszczepia? Zbieracz by peen niedowierzania.

- Skradacze-pezacze, trucizny, magia, czarownice - nie, to nie dla nas.

- AJe to nic z tych rzeczy. Nawet nie zobaczycie wy.

- Nie, nie dla nas.

- A zatem bd musiaa wzi cay ten mietnik na rodek oazy i spali.

- Zmarnowa! - krzykn zbiercz. - Nie! Przynosisz wstyd swojej profesji. Przynosisz wstyd samej sobie.

- Czuj dokadnie to samo, kiedy ty nie chcesz pozwoli mi, abym ochronia was przed chorobami. Zmarnowa. Zmarnowa ludzkie istnienie. Niepotrzebna mier.

Zbieracz zerkn na ni spod krzaczastych brwi.

- adnych (rucizn? adnej magii?

- adnej.

- Moesz przyj na kocu - zaproponowaa Grum. - Przekonasz si, e mnie to nie zabije.

- adnych skradaczy-pezaczy? Gada nie moga powstrzyma miechu.

-Nie.

- A wtedy nam to dasz? - wskaza zdemolowany obz.

- Tak. Wtedy dam.

-1 pniej adnych chorb?

- W kadym razie mniej. Nie jestem w stanie uchroni was od wszystkich. Ale nie bdzie winki, szkarlatyny. Nie bdzie szczko-scisku.

- Szczkocisku! Zatrzymasz to?

- Tak. Nie na zawsze, ale na dugi czas.

- Przjedziemy - powiedzia zbieracz.

Obrci si i odszed.

W obozie Pauli z grubsza wyszczotkowaa Byskawice. Klacz podskubywala kpki siana ze stogu. Pauli miaa najpikniejsze donie, jakie Gada kiedykolwiek widziaa. Due, a jednak delikatne, o dugich palcach. Byy mocne, ale nie stwardniae, mimo cikiej pracy. Cho bya wysoka i jej rce powinny wydawa si nieproporcjonalnie due, tak nie byio. Wydaway si pene gracji i ekspresji. Ona i Grum byy do siebie zupenie niepodobne. Zaledwie jedna rzecz je czya: aura agodnoci, ktra otaczaa i babk, i wnuczk, i wszystkich kuzynw Pauli, ktrych Gada poznaa. Nie spdzia do czasu w obozie Grum, aby dowiedzie si, ile wnukw miaa stara kobieta, ani jak ma na imi dziewczynkajctra siedziaa w pobliu, czyszczc siodo Liska.

- Jak ma si Lisek? - spytaa.

1 * wietnie. Jest bardzo szczliwy, dziecino. Trzeba byo go widzie, jak stal pod drzewem, zbyt leniwy, aby biega. Ale ju ma si dobrze. Wiesz, potrzebne ci ko i wypoczynek.

Gada przygldaa si swojemu tygrysiemu kucykowi, ktry stal midzy drzewami, machajc ogonem. Wyglda na tak szczliwego i zadowolonego, ze go nie zawoaa.

Gada bya zmczona, bolay j wszystkie minie na karku i ramionach. Niemoliwe, aby zasna, nim jej napicie troch nie zmaleje. Chciaa przemyle spraw zniszczenia obozu. By moe prawd jest to, ze jak powiedziaa Grom, pad on po prostu ofiar wandalizmu jakiego czowieka niespena rozumu. Jeli tak, to trzeba to zrozumie i zaakceptowa. Nie przywyka jednak do takiej iloci przypadkowych zdarze.

- Zamierzam si wykapa, Gram - powiedziaa. - A potem moesz mnie ulokowa gdzie, gdzie nie bd zawadza. Nie na dugo.

- Na tak dugo, jak ty tu bdziesz i jak my bdziemy. Witaj u nas uzdrowicielko, dziecino. Gada przytulia si do niej. Grum poklepaa ja. po ramieniu.

W pobliu obozu Grum znajdowao si jedno ze rdeek zasilajcych oaz: tryskao spod kamieni i sczyo si po skaach. Gada wspia si tam, gdzie Soce nagrzao wod nagromadzona w niewielkich basenach. Wida byo stad ca oaz: pi obozowisk nad brzegiem, ludzi, zwierzta. Sabe glosy dzieci i ujadanie psw napyway poprzez cikie, zakurzone powietrze. Drzewa sezonu letniego siay koem, otaczajc jezioro niczym piropusz lub szarfa z jasnozielonego jedwabiu.

Pod stopami mech wyciela mikko skal wok basenu kpielowego. Gada cigna buy i postawia stopy na chodnym, ywym dywaniku.

Rozebraa si i zanurzya w stawie. Temperatura wody bya nieco nisza od temperatury ciaa, dawaa ochod, nie wywoujc szoku w porannym upale. Na grze bio ywsze rdeko, a ciepe byo niej. Gada podniosa kamie w luzie i wypucia strumie na piasek. Wiedziaa dobrze, e nie naley puszcza brudnej wody na oaz. Gdyby tak zrobia, par rozzoszczonych karawaniarek przy-jzloby j upomnie. obiyby to spokojnie, ale stanowczo, tak jak

przepdza si zwierzta, gdy kto pozostawi je zbyt blisko wody. Na pustyni nie istniay choroby spowodowane zanieczyszczeniem wody. Gada zanurzya si gbiej w ciepej wodzie, czujc, jak podnosi si jej poziom. Przyjemny chd obejmowa uda, biodra, piersi. Pooya si na wznak na ciepej, czarnej skale i powoli uwalniaa si od napicia. Woda askotaa j po plecach i karku.

Spojrzaa na praw rk. Nieadny siniec znikn; po ukszeniu przez mij piaskow pozostay tylko dwie rowe, byszczce kropki. Zacisna na chwil pici - nie byo zesztywnienia ani osabienia.

Tak krtki czas, a k wiele zmian! Gada nigdy przedtem nie zetkna si z czyja wrogoci. Jej praca, jej szkolenie nie byy atwe, ale dao si wytrzyma. I adne podejrzenia, niepewno lub szalecy nie zakcali spokojnego upywu dni. Wszystko byo krystalicznie jasne, dobro i zo precyzyjnie zdefiniowane.

Gada umiechna si nieznacznie: gdyby kto prbowa powiedzie jej albo innym uczniom, e rzeczywisto jest inna - fragmentaryczna, pena sprzecznoci i niespodzianek - nie uwierzyaby. Teraz rozumiaa zmiany jakie obserwowaa u starszych uczniw, gdy wracali po swoich prbnych latach. Co wicej, rozumiaa, dlaczego tylko nieliczni wracali. Nie wszyscy przecie umierali. Wypadki i szalecy, to jedyne niebezpieczestwa, jakie czyhay na uzdrowicieli. Ale, po prostu, niektrzy dochodzili do przekonania, e nie s powoani do takiego ycia i porzucali je.

Gada odkrya jednak, e bez wzgldu na wszystko - ze swoimi wami czy bez - zawsze bdzie uzdrowicielk. Kilka najgorszych dni, kiedy litowaa si nad sob z powodu mierci Mcha, mino. Trudny czas rozpaczy po mierci Jesse, to rwnie przeszo. Gada nigdy nie zapomni agonii Jesse, ale nie moe wiecznie robi sobie z tego powodu wyrzutw. Zamiast tego gotowa bya wypeni jej yczenie.

Usiada i natara ciao piaskiem. Trzymaa rce blisko ciaa. Przyjemny chd wody, rozlunienie i dotyk wasnej doni przypominay jej z niemal fizyczn wyrazistoci, e dugo nikt jej nie dotyka, ze wieki cae nie poddawaa si dziaaniu podania. Lec na wznak w sadzawce, fantazjowaa, marzc o Arevinie.

Bosa i pomaga, z ubraniem zarzuconym na rami. Gada zacza schodzi od strony sadzawki kpielowej, W poowie drogi do obozu



stana jak wryta i zacza nasuchiwa, czy ponownie nie pojawi si. cichutki dwik, ktry przed chwil dobieg jej uszu. Powrci: gadki szelest usek, dwik poruszajcego si wa. Gada ostronie odwrcia si. Z pocztku nic nie widziaa, ale po chwili ze szczeliny midzy kamieniami wypeza mija piaskowa. Podniosa sw paskudn gow, wysuwajc i chowajc jzyk szybkimi ruchami.

Nagy, psychiczny bl przypomnia jej ukszenie mii piaskowej. Gada spokojnie odczekaa, a zwierz oddali si od kryjwki. Nie miao w sobie nic z eterycznego pikna Mgy czy kolorw Piaska. Byo zwyczajnie brzydkie.

Lekki wiaterek wia od strony mii do Gady, stworzenie nie mogo wiec jej zwietrzy. "Wzrok ma - przypuszczaa Gada - nie lepszy ni inne we". Gad pez tuz przed dziewczyn, niemal przesun si po jej bosych stopach. Gada schylia si powoli, wycigajc jedn rk nad gow mii, a drug przed jej oczy.

Kiedy zwierz zauwayo ruchy, natychmiast podnioso si, gotowe do ataku i samo weszo prosto w chwyt Gady. Ta cisna je mocno, nie dajc szans na ukszenie. mija rzucia si. Tukc Gad po przedramieniu, syczaa i mocowaa si, obnaajc przeraajco dugie zby.

Gada wzdrygna si.

- Miaaby ochot mnie uksi, co zwierzaczku?

Niezdarnie, jedn rk, zwina chustk i umiecia wa w prowizorycznej torbie, aby nie przestraszy nikogo, gdy wrci do obozu.

Kroczya gadk, kamienn ciek.

Grum przygotowaa dla niej rozbity w cieniu namiot. Poy byy odchylone, eby mogo ulecie chodne powietrze poranka. Staruszka zostawia miseczk wieych owocw, najsmakowitsze jagody sezonu letniego. Byy czarnoniebieskie i okrge, mniejsze od kurzego jajka.

Gada powoli ugryza jedn, ostronie, bo nigdy przedtem nie jada wieych jagd. Cierpki, wodnisty sok wytrysn spod przebitej skrki. Uzdrowicielka jada powoli, smakujc. W rodku byo due nasienie, ktre zajmowao prawie poow owocu. Miao tward upin ochraniajca przed skutkami zimowych burz i dugotrwaych, niekiedy kilkuletnich okresw suszy. Kiedy Gada zjada owoce, odoya nasienie. Zostanie zasadzone w obrbie oazy, gdzie ma szans wykiekowa. Kadc si, Gada powiedziaa sobie, e musi



zabra kilka nasion letnich drzew ze sob. Gdyby si przyjy w grach, stanowiyby dobre uzupenienie sadw. W chwil pniej zasna.

Spaa spokojnie, bez majakw, a kiedy si obudzia wieczorem, czua si lepiej, ni przez ostatnie dni. Obz pogrony by w ciszy. Dla Gram, jej wnuczt i jucznych zwierzt by to czas zaplanowany na odpoczynek. Stara kobieta i jej ludzie zajmowali si handlem. Wracali do domu po lecie penym targowania si, kupowania, sprzedawania. Rodzina Grum, jak i inne, obozowaa tutaj, dziedziczc prawo do czci jagd z letnich drzew. Gdy skocz si zbiory i owoce bd ju ususzone, karawana Grum opuci pustyni i przez kilka dni bdzie podrowa na teren zimowiska. niwa wkrtce si rozpoczn: w powietrzu unosi si ostry zapach jagd.

Grum stal koo korralu. Rce ztoiya na gwce laski. Ujrzawszy Gad odwrcia si i umiechna:

- Moje dziecko-uzdrowiciel dobrze spato?

- O tak. Gram. Dzikuj.

Lisek niewiele rni si od koni Grum. Stara handlarka miafa upodobanie do jabikowitych, podpalanych srokoszy i wszelkich rnobarwnych umaszcze. Uwaaa, e przez to jej karawana atwiej rzuca si w oczy, i pewnie miaa racj. Gada gwizdna i Lisek, zarzuciwszy gow, pocwaowa w jej kierunku, wierzgajc kopytami, zupenie zdrw.

- Tskni za tob.

Gada podrapaa Liska po uszach, a on trca j mikkim pyskiem.

- Tak, widz, e usechl z tsknoty. Grum zachichotaa.

- Dobrze go odywiamy. Nikt jeszcze nie zarzuci ani mnie, ani moim bliskim zego traktowania zwierzt.

- Bd musiaa zastosowa podstp, aby go std zabra.

- To zosta. Jed z nami do naszej wioski i przeczekaj zimJie jestemy zdrowsi ni przecitni ludzie.

- Dzikuj, Grum. Ale jest co, co musz najpierw zaatwi.

Przez moment prawie zapomniaa o mierci Jesse, cho wiedziaa, e to wspomienie nigdy jej nie opuci. Schylia si pod sznurowanym ogrodzeniem. Stana przy swoim tygrysim kucyku i podniosa jego nog.

- Prbowalimy mu zmieni" podkow - wyjania Grum - ale nasze s za due, a nie ma tu kowala, ktry mgby naprawi star albo zrobi now. Nie tutaj i nie o tak pnej porze.

Gada wzia kawaek poamanej podkowy. Byta prawie nowa, bo zawsze kazaa podkuwa Liska przed wyruszeniem na pustyni. Nawet krawdzie byy cigle ostre i kanciaste. Chyba w samym metalu bya jaka skaza. Wrczya Grum kawaki.

- Moe Ao potrafi spoytkowa jako metal. Jeeli bd prowadzia Liska ostronie, to dam rad dojecha do Podgrza?

- Tak, zwaszcza, e moesz jecha na tej licznej siwce.

Gada poaowaa, e w ogle jedzia na Lisku. Zwykle tego nie robia. Marsz by dla niej wystarczajco szybki, a Lisek nosi we i dobytek. Jednak po wyjedzie z obozu Arevina odczuwaa skutki ukszenia piaskowej mii, cho wydawao si jej, e ju je pokonaa. Chciaa pojecha na Lisku tylko tyle, a poczuje si lepiej, ale gdy go dosiada - zemdlaa. Nis j cierpliwie przez pustynie, uginajc si pod jej ciarem. Dopiero gdy zacz kutyka, ockna si na dwik pknitego elaza.

Podrapaa kucyka po czole.

- Zatem jutro wyruszamy Jak tylko zeleje upal. To daje nam cay dzie na zaszczepienie ludzi. Jeeli do mnie przyjd.

- Przyjdziemy, kochanie. Bardzo duo nas przyjdzie. Ale czemu wyjedasz tak prdko? Jed z nami. To taka sama odlego jak do Podgrza.

- Jad do Miasta.

- Teraz? Ju w tym roku za pno. Zapi ci burze.

- Nie, jeeli nie bd marnowa czasu.

- Uzdrowicielko, skarbie, dziecko drogie, ty nie zdajesz sobie sprawy, czym one s.

- Wiem dobrze. Wychowaam si w grach. Przez ca zim ogldaam je, jak kotuj si w dole.

- Ogldanie burzy z grskiego szczytu to nie to samo, co prbowa j przetrwa tutaj - powiedziaa Grum.

Lisek zatoczy koo i pogalopowa przez kona w kierunku grupy koni drzemicych w cieniu. Gada nagle si rozemiaa.

- Powiedz mi co ci lak mieszy, kochana. Gada spojrzaa w d na zgarbion, star kobiet, o oczach tak jasnych i tak bystrych jak u lisa.

- Dopiero teraz zauwayam, z jakimi komi go trzymasz. Ciemna opalenizna Grum zarowia si.

- Uzdrowicielko, moje drogie dziewcz, nie mam zamiaru pobiera od ciebie opaty za opiek nad koniem, ale pomylaam, e nie bdziesz miaa nic przeciwko temu.

- Grum, oczywicie, e nie. W porzdku. I pewna jestem, e Lisek te nie ma zastrzee. Obawiam si. jednak, e bdziesz bardzo rozczarowana, gdy nadejdzie czas rebienia.

Grum potrzsna gow.

- Jestem pewna, e nie. Jak na maego ogierka, jest bardzo grzff-czny, ale zna si na rzeczy. Nakrapiane konie, to jest to, co lubi. Szczeglnie te w kocie prki.

- Ciesz si, e podoba ci si jego ma. - Znalezienie sposobu, aby otrzyma odpowiedni zestaw genw wymagao od Gady sporo pracy. - Nie sdz jednak, by spodzi ci wiele rebit.

- Dlaczego nie? Tak jak powiedziaam...

- Moe sprawi nam niespodziank? Bardzo bym chciaa, eby tak si stao, ze wzgldu na ciebie. Obawiam si jednak, e jest bezpodny.

- Aha! - zmartwia si Grum. - Ach, jaka szkoda! Ale rozumiem. Jest krzywk konia i jednego z tych pasiastych osw, o ktrych kiedy syszaam.

Gada nie prostowaa sw Grum. Jej wyjanienie byto zupenie bdne. Lisek nie by hybryda bardziej ni jakikolwiek inny ko, z wyjtkiem krtkiego odcinka acucha genw. Ale Lisek by odporny na jad Mgy i Piaska, a chocia przyczyna bya rna, efekt by taki sam, jak gdyby by muem. Jego system odpornociowy by tak silny, e zupenie prawdopodobne byo, i nie rozpoznaje wasnych komrek haploidalnych, spermy, swojego "ja" i po prostu niszczy je.

- Wiesz dziecinko, raz trafi mi si mu, ktry by zupenie niezym reproduktorem. To si czasem zdarza. Moe i tym razem.

- Moe - powiedziaa Gada.

Szansa, e system immunologiczny jej kucyka oszczdzi jego komrki rozrodcze, bya taka sama, jak szansa napotkania podnego mua. W zasadzie Gada nie kamaa, gdy wyraaa ostron zgod.

Wrcia do namiotu. Wypucia Piaska z torby i odcigna mn jad. Nie rzuca si w trakcie zabiegu. Trzymajc za ty gowy, Gada pocinieciem palcw otworzya mu szczki i wlaa do garda fiolk katalizatora. O wiele atwiej byto aplikowa lekarstwa jemu ni

Mgle. On po prostu zwija si. sennie w kbek w swojej przegrdce,

zachowujc si tylko troch inaczej ni normalnie. W tym czasie gruczoy jadowe przetwarzay skomplikowana chemiczn mikstur zoon z kilku rodzajw biaka, antycia rozmaitych chorb i stymulatorw ludzkiego systemu odpornociowego. Uzdrowiciele uywali grzechotnikw o wiele duej ni kobr. W porwnaniu z Mg, by o dziesitki generacji i setki eksperymentw genetycznych bardziej przystosowany do wszelkich odmian substancji katalitycznych.

5

Rankiem Gada cigna Piaskowi jad do fiolki. Nie uywaa wa do wstrzykiwania szczepionki, bo kady czowiek wymaga jedynie niewielkiej dawki. Piasek wstrzyknby zbyt wiele i zbyt gboko. Posugiwaa si specjalnym aplikatorem - instrumentem z wianuszkiem krtkich igie, wprowadzajcych szczepionk tuz pod skr. Gada woya grzechotnika do jego przegrdki i wysza na zewntrz.

Ludzie z obozowisk zaczli si ju gromadzi. Doroli i dzieci, trzy, cztery pokolenia w kadej rodzinie. Grum staa pierwsza w kolejce, otoczona swymi wnukami. Byo ich razem siedmioro, od najstarszej Pauli, po najmodsza, szecioletni dziewczynk, ktra poprzedniego dnia czycia siodo Byskawicy. Nie wszystkie dzieci byy krewnymi Grum, gdy organizacja jej klanu opieraa si o rozlege koligacje rodzinne. Grum uznawaa za swe wnuki dzieci rodzestwa swego dawno nieyjcego partnera, swojej siostry i rodzestwa partnera siostry. Nie wszyscy towarzyszyli jej w podrach. Zabieraa tylko tych, ktrzy uznani zostali za uczniw i praktykowali jako przyszli karawaniarze.

- Kto pierwszy? - spytaa Gada pogodnie.

- Ja - odpowiedziaa Grum. - Powiedziaam: "ja", wic bd pierwsza. Rzucia spojrzenie w kierunku zbieraczy, ktrzy stali zbita, kolorow gromadk nie opodal, troch z boku.

- A ty Ao patrz! - zawoaa do tego, ktry prosi o zniszczony dobytek Gady. - Zobaczysz, e mnie nie zabije.

- Ciebie nic nie zabije, stara niegarbowana skro! Poczekam i zobacz, co si stanie z innymi.

- Stara, niegarbowana skro? Ao, ty stary worku na mieci!

- No dobrze - powiedziaa Gada. Podniosa lekko gos. - Chciaabym powiedzie wam dwie rzeczy. Po pierwsze, niektrzy ludzie s wraliwi na surowic. Jeeli miejsce ukucia si zaczerwieni, jeli zacznie mocno rwa*, a skra stanie si gorca, to trzeba przyj* do mnie jeszcze raz. Bd tu a do wieczora. Jeeli co miaoby si. sia, stanie si do tego czasu. W porzdku? Jak kto jest wraliwy, to mog mu da* co przeciwwymiotnego. To bardzo wane, eby-

scie przychodzili, jak tylko poczujecie co wicej ni lekki bl. Nie prbujcie przy tej okazji udawa bohaterw.

Spord kiwajcych gowami i potakujcych znw odezwa si Ao:

- To znaczy, e moesz umierci kogo z nas?

- Czy jeste na tyle gupi, by udawa, e nic zego si nie dzieje, jak kto zamie nog? Ao prychnl kpico.

- No, to nie bdziesz na tyle gupi, eby udawa, e wszystko w porzdku i umrze w przypadku silnego odczynu alergicznego. -Gada zdja pustynny paszcz i podcigna krtki rkaw tuniki. -To jest blizna po zabiegu. Szczepionka zostawia may siad, taki jak ten. - Przesza od gromadki do gromadki, pokazujc ludziom blizn po szczepieniu przeciw jadowi. - Gdyby kto yczy sobie mie ten znak w miejscu mniej widocznym, niech mi powie.

Widok tej niewielkiej blizny uspokoi nawet Ao, ktry dotychczas mamrota bez przekonania, e uzdrowiciele s odporni na kad trucizn.

Grum staa w pierwszym rzdzie i Gada zdziwia si, bo kobieta zblada.

- Grum, dobrze si czujesz ?

- To krew - powiedziaa Grum. - To pewnie dlatego, kochanie. Nie znosz widoku krwi.

- Tu z trudem zobaczysz cho kropelk. Po prostu si rozlunij.

Przemawiajc do starej kobiety kojcym tonem, Gada posmarowaa jej rami jodyn. Miaa tylko jedn buteleczk w przegrdce z lekarstwami, ale na dzisiaj to wystarczy. Postanowia, e w Podgrzu kupi sobie wicej w aptece. Gada wycisna kropelk surowicy na rami Grum i wcisna aparat w skr.

Grum drgna, gdy igy si wbiy, ale twarz staruszki pozostaa kamienna. Gada odoya aparat do jodyny i ponownie przetara rami Grum.

- Gotowe.

Grum popatrzya na ni zdziwiona, potem zerkna na rami. lady po igach byy jasnoczerwone, ale nie krwawiy.

- Nic wicej?

- To wszystko.

Grum zamiaa si i zwrcia do Ao.

- Widzisz, stary rondlu, to nic takiego.

- My poczekamy - odpowiedzia Ao.

Ranek zlecia szybko. Kilkoro dzieci rozpakao si, bardziej od szczypania alkoholu ni od pytkiego ukucia igie. Pauli zaoferowaa pomoc i zabawiaa maluchy opowiastkami i dowcipami, podczas gdy Gada pracowaa. Wikszo dzieci i paru dorosych zostao nawet po szczepieniu, by posucha Pauli.

Wida byo, e Ao i inni zbieracze nabrali zaufania do lekarki, bo nikt na razie nie pad trupem. Ze stoickim spokojem poddawali si ukuciu igie i szczypaniu alkoholu.

- Koniec ze szczkociskiem?

- To ochroni was na jakie dziesi lat. Po tym okresie bezpieczniej bdzie powtrnie si zaszczepi.

Gada wbia aparat w rami Ao, pniej przetara skr. Po chwili ponurego wahania Ao umiechn si szeroko, z zadowoleniem.

- Boimy si szczkoscisku. Za choroba. Powolna. Bolesna.

- Tak - powiedziaa Gada. - Wiecie, co j powoduje?

Ao cisn rk w pi i wykona gest, jakby chcia si przebi.

- Uwaamy, ale...

Gada pokiwaa gow. Miaa okazj zaobserwowa, e zbieracze naraeni s na powane rany kute o wiele czciej ni inni ludzie, ze wzgldu na charakter pracy. Ale Ao wiedzia o zwizku, jaki zachodzi midzy zranieniem a chorob. Wykad na ten temat byby przyjty jako forma wywyszenia si z jej strony.

- Nigdy przedtem nie widzielimy uzdrowicieli po tej stronie pustyni. Opowiadali nam o nich ludzie z drugiej strony.

- C, jestemy ludmi gr - powiedziaa Gada. - Nie wiemy zbyt duo o pustyni, wiec niewielu z nas tu przychodzi.

To bya tylko cz prawdy, ale stanowia najprostsze wyjanienie.

- Nikogo przed tob nie byo. Jeste pierwsza.

- By moe.

- Dlaczego?

- Byam ciekawa. Sdziam, e mog si tu przyda.

- Powiedz innym, eby tu przychodzili. Nic im nie grozi. - Nagle pomarszczona od wiatru twarz Ao ciemiaa, - A... szaericy s wszdzie.

-Wiem.

- Pewnego dnia go znajdziemy.

- Zrobicie co dla mnie, Ao?

- Wszystko.

- On nie zabra nic, tylko moje mapy i dziennik. Przypuszczam, e zatrzyma mapy, jeli jest dostatecznie rozgarnity, by ich uywa, ale dziennik nie przedstawia dla niego adnej wartoci. Tylko dla mnie. Moe go wyrzuci, a twoi ludzie go znajda.

- Przechowamy go dla ciebie.

- O to wanie chciaam prosi. - Przez chwile opisywaa mu swoj zgub.. - Przed wyjazdem zostawi wam list do orodka uzdrowicieli. Jeliby jadcy tam goniec zabra list i dziennik, to na pewno go wynagrodz.

- Bdziemy szukali. Znajdujemy rozmaite rzeczy, ale ksiki nie trafiaj si zbyt czsto,

- Moe si ju nigdy nie odnale. Wiem o tym. Szaleniec mg mie nadziej, e to co cennego, a kiedy okazao si, e nie, spali go.

Ao oburzy si na myl, e kto miaby zniszczy doskonay papier.

- Bdziemy pilnie szuka.

- Dzikuj.

Mczyzna odszed ladem innych zbieraczy.

Kiedy Pauli skoczya histori o Ropuszce i Trzech Rzekotkach Drzewnych, Gada obejrzaa dzieci i z zadowoleniem stwierdzia, e adne nie miao spuchnitej czy zaczerwienionej rczki wskutek reakcji alergicznej.

-1 Ropucha ju wicej nie sprzeciwiaa si temu, e nie umiaa wspina si na drzewa - mwia Pauli. -1 to koniec. Teraz idcie do domu. Wszystkie byycie bardzo grzeczne.

Odbiegy gromad, krzyczc i kumkajc jak aby. Pauli odetchna t odprya si.

- Mam nadziej, e prawdziwe aby nie maj nic przeciwko temu, e okres godowy przyszed poza sezonem. Zaczyby skaka po obozie.

- To jest ryzyko, z ktrym musi liczy si artysta - powiedziaa Gada.

- Artysta! - Pauli rozemiaa si i zacza podwija rkaw.

- Jeste" rwnie dobra jak wszyscy minstrele, ktrych dotd syszaam.

- Bajarka, by moe - powiedziaa Pauli - ale nie minstrel.

- Czemu nie?

- So nadepn mi na ucho.

- Wikszo minstreli, ktrych spotykaam, nie potrafia uoy historii. Ty masz talent

Gada przygotowaa aparat i przyoya go do aksamitnej skry Pauli. Cieniutkie igy byszczay wiatem, rozbitym przez kropl zawieszonej na nich szczepionki.

- Jeste pewna, e chcesz mie blizn tutaj? - spytaa niespodziewanie Gada.

- Tak, dlaczego?

- Masz pikn skr. Z niechci myl, e miaabym j uszkodzi. - Gada pokazaa Pauli swoj rk z bliznami. - Chyba ci troch zazdroszcz.

Pauli poklepaa Gad po rce. Dotyk miaa tak delikatny jak Grum, tyle, e pewniejszy, ujawniajcy wiksz si.

- Takie blizny mog by powodem do dumy. Ja bd dumna z tej, ktr mi zrobisz. Ktokolwiek j zobaczy, bdzie wiedzia,e ci spotkaam.

Uzdrowicielka wbia igy w rami Pauli.

Gada odpoczywaa cale popoudnie, podobnie jak reszta obozowiska. Nie miaa ju nic do roboty po napisaniu listu do Ao - nie byo nic do pakowania. Nie zosta jej aden dobytek. Lisek bdzie dwiga tylko swoje siodo, bo konstrukcja bya nienaruszona, a skr dao si naprawi. Oprcz ubrania ktre miaa na sobie, Gada posiadaa jedynie skrzan torb na we.

Mimo upau zasuna poy namiotu i dopiero potem otworzya dwie przegrdki w torbie. Mga wypyna niczym woda. Uniosa gow i rozoya kaptur. Wysuna jzyk, aby posmakowa zapachy namiotu. Piasek jak zwykle wypez ze swego legowiska.

Gada patrzya na we sunce w ciepym pmroku, rozproszonym jedynie przez mde wiato biolampy, ktre poyskiwao bkitem na uskach zwierzt. Rozmylaa o tym, co by byo, gdyby szaleniec zacz przetrzsa jej obz w czasie, gdy ona tam bya. Jeliby we byy w torbie, mgby wkra si niezauwaony, bo w czasie rekonwalescencji po ukszeniu mii spaa bardzo mocno.

Obcy mgby uderzy j w gow, zanim rozpoczby sw niszczy? cielska dziaalno.

Gada wci nie moga poj, dlaczego szaleniec miaby niszczy wszystko tak metodycznie, o ile czego nie szuka. Czyby to nie by wariat?

Jej mapy niczym si. nie rniy od tych, jakie mieli inne. Kade* mu, kto by j o to poprosi, pozwoliaby je skopiowa. Mapy byy rzecz najistotniejsz, ale atw do zdobycia. Z drugiej strony dziennik by bezwartociowy dla kadego, oprcz Gady. Niemal aowaa, e szaleniec nie zaatakowa obozu podczas jej obecnoci, bo gdyby rozci torb z wami, nie byby w stanie napa na aden inny obz. Nie wprawia j w zachwyt fakt, e rozwaa tak ewentualno z przyjemnoci, ale wanie tak to czua.

Piasek wlizn si po jej kolanie i oplt wok nadgarstka jak cika bransoleta. Lepiej mieci si tu par lat temu, kiedy by may. Kilka minut pniej Mga, owijajc si Gadzie wok talii, wesza na jej barki. W lepszych czasach, kiedy wszyscy byli razem. Mech zajmowa miejsce wok szyi, przypominajc mikki, ywy naszyjnik ze szmaragdw.

- Gada, dziecinko, czy jest tu bezpiecznie? - zapytaa Gmm, nie odchylajc poy namiotu.

- Bezpiecznie. O ile nie bdziesz si bala. Czy mam je odoy? Grum zawahaa si.

- No...nie.

Wesza do namiotu, przytrzymujc poty, aby nie odcina sobie drogi odwrotu. Rce miaa zajte. Kiedy wzrok jej przyzwyczai si do pmroku, stana spokojnie.

- W porzdku - zapewniaa Gada. - Obydwa s. tutaj, razem ze mn.

Mrugajc oczami, Grum podesza bliej. Obok sioda pooya koc, skrzan saszetk, bukak i niewielki rondelek.

- Pauli zbiera prowiant. Nikt z nas nie jest w stanie zrekompensowa ci tego, co si stao, ale...

- Grum, jeszcze nawet nie zapaciam za opiek nad Liskiem.

-1 nie zapacisz - powiedziaa Grum z umiechem. - Przecie ju ci wszystko wyjaniaam.

- Tak, ale ly przystpia do gry na z gry straconej pozycji, a mnie to nic nie kosztuje.

- Nie szkodzi. Odwiedzisz rtas wiosn i obejrzysz mat, pasiate rebiatka, te, ktre spodzi twj konik. Czuj to.

- No to pozwl mi zapaci za nowy ekwipunek.

- Nie. Omwilimy to wszyscy i chcemy ci go da. - Potrzsna ramieniem, w ktre przyja szczepionk. Prawdopodobnie czul teraz w tym miejscu bl. - Chcemy ci podzikowa.

- Nie traktujcie mnie jak niewdzicznic - powiedziaa Gada - ale szczepionki s tym, za co aden uzdrowiciel nigdy nie wemie zapaty. Nikt tutaj nie chorowa. Nic dla nikogo nie zrobiam.

- Nikt nie chorowa, prawda, ale gdyby by chory, to by pomoga, czy nie tak?

- Tak, oczywicie, ale...

- Pomogaby nawet, gdyby kto nie mg zapaci. Czy my powinnimy postpowa inaczej? Czy mamy wysa si na pustyni z niczym?

- Aleja mog zapaci. W torbie mam zoto i srebne monety.

- Gada! - krzykna Grum, a czuy ton nagle znikn z jej gosu. -Ludzie pustyni nie kradn i nie pozwalaj, aby ich przyjaciele zostali okradani. Zawiedlimy ci. Pozostaw nam nasz honor.

Gada zrozumiaa, e Grum nie da si przekona do przyjcia jakiejkolwiek zapaty. Wane byo natomiast, aby Gada przyja podarunek.

- Przepraszam, Grum. Dzikuj wam.

Konie byy osiodane J gotowe do drogi. Gada zaadowaa wikszo bagau na byskawic, tak e Lisek nie mia zbyt wiele do noszenia. Siodo klaczy, chocia dekoracyjne i zmylnie wykonane, okazao si funkcjonalne. Pasowao na konia tak dobrze, byo takie wygodne i doskonalej jakoci, e Gad przestaa peszy jego zbyt-kowo.

Grum i Pauli przyszy j odprowadzi. Nikt nie mia ostrej reakcji na szczepienie, wic Gada moga spokojnie odjecha. Delikatnie przytulia obie kobiety. Grum pocaowaa j w policzek; usta miaa mikkie, ciepe i bardzo suche.

- Do widzenia - wyszeptaa, gdy Gada wsiada na konia. -

- Do widzenia! - powtrzya goniej.

- Do widzenia! - odpowiedziaa Gada. Obrcia si w siodle, aby im pomacha.

- Gdyby nadeszy burze - krzyczaa Grum - znajd jaskini w skaach. Nie zapomnij o punktach orientacyjnych, doprowadz ci do Podgrza!

Umiechajc si, Gada skierowaa klacz pomidzy letnie drzewa, cigle syszc porady Grum i jej wskazwki co do oaz, wody, pooenia wydm, kierunku wiatru oraz metod, dziki ktrym kara-waniarze ustalaj swoje pooenie na pustyni. Lisek kroczy obok; nie podkut nog stawia! pewnie. Klacz, wypoczta i dobrze odywiona, chtnie by pogalopowaa, ale Gada przytrzymywaa j w kusie. Czekaa ich duga droga.

Byskawica zacza parska i Gada obudzia si nagle. Omal nie uderzya gow w skalny nawis. Byo popoudnie.

-Kto tu jest?

Nikt nie odpowiedzia. Byo prawie niemoliwe, eby kto mg przebywa w pobliu. Oaza Gram i ta nastpna, przed grami, byy oddalone od siebie o dwie noce drogi. Dzisiejszego dnia Gada obozowaa na skalistym pustkowiu. Nie byo tu adnych rolin, adnego jedzenia, adnej wody.

-Jestem uzdrowicielk - zawoaa, czujc si gupawo. - Uwaaj! Moje we s wypuszczone. Odezwij si, pozwl zobaczy lub daj jaki znak, to je schowam.

Nikt nie odpowiedzia.

"Nikogo tam nie ma - pomylaa Gada.- Na Bogw, nikt ci nie ledzi. Szalecy nie ledz ludzi. Oni... s po prostu szaleni."

Pooya si i prbowaa zasn, ale budzio j kade poruszenie przesypywanego wiatrem piasku. Nie czua si pewnie a do zmierzchu, gdy zwina obz i wyruszya na wschd.

Skalisty trakt pod gr zwolni tempo koni i ponownie spowodowa dolegliwoci nie podkutej nogi Liska. Gada te lekko utykaa, gdy zmiana wysokoci i temperatury le podziaaa na jej chore prawe kolano. Jednak dolina osaniajca Podgrze bya tu przed nimi, gdzie" o godzin drogi. Na pocztku trakt by stromy, ale znajdowali si ju na przeczy; wkrtce min grzbiet wschodniego acucha gr centralnych. Gada zsiada, aby da Byskawicy odpocz. Podrapaa Liska w czoo, gdy ten zacz wtyka nos w jej kiesze". Spojrzaa za siebie, na pustyni. Delikatna mgieka kurzu zamiewaa horyzont piaszczyste wydmy lece bliej pulsoway

opalizujc czerni, odbijajc czerwonawe wiato stolica. Gorce fale powietrza stwarzay zudzenie ruchu. Kiedy jedna z .nauczycielek Gady opisywaa jej ocean i Gada tak wanie go sobie wyobraaa.

Bya szczliwa, e ma pustyni za sob. Powietrze ju si ozibio, a pojawiajce si gdzieniegdzie trawa i krzewy wczepiay si kurczowo w szczeliny, pene yznego, wulkanicznego pyu. Wiatr przesiewa piach, ziemi i popi ze stokw goi. Na tej wysokoci najodporniejsze roliny przyjmoway si w osonitych miejscach, nie byo tu wiele wody, ktra by je wspomagaa.

Gada poprowadzia konia oraz tygrysiego kucyka pod gr. Wysokie buty lizgay si po wypolerowanej wiatrem skale. Strj pustynny zawadza, zdja go wic i przywizaa z tyu sioda. Lune spodnie i tunika z krtkimi rkawami furkotay na wietrze. Gdy zbliya si do przeczy, wiatr si wzmg, bo wskie przejcie w skale dziaao jak komin wzmacniajcy lejsz bryz. Za par godzin zrobi si zimno. Zimno!!!

Z trudem moga sobie wyobrazi taki luksus.

Gada dotara do przeczy i wkroczya w inny wiat. Patrzc na zielon dolin czua si tak, jakby zostawia wszystkie nieszczcia pustyni za sob. Lisek i Byskawica podniosy gowy: wietrzyy i parskay, czujc zapach wieej paszy, wody i innych zwierzt

Samo miasto rozcigao si po obu stronach szlaku; skupiska kamiennych budowli opartych o gr i wcinajcych si w ni - czer na czerni. Dno doliny pokryway szmaragdowe i zote pola, za przeciwlegry jej kraniec, wznoszcy si ponad poziom, na ktrym znajdowaa si Gada, by pokryty dzikimi lasami a po nagie, skaliste szczyty.

Gada gboko wcigna w puca czyste powietrze i ruszya w d.

Pikni mieszkacy Podgrza spotykali ju wczeniej uzdrowicieli. Szacunek, jaki im okazywali, zabarwiony by podziwem i odrobin ostronoci, lecz nie strachu, z ktrym Gada miaa do czynienia po drugiej stronie pustyni. Do ostronoci Gada bya przyzwyczajona; to by objaw rozsdku, bo Mga i Piasek mogy okaza si niebezpieczne dla kadego, z wyjtkiem jej samej. Gada przyjmowaa pene szacunku pozdrowienia z umiechem, prowadzc konie brukowanymi alkami. Sklepy byy zamknite, otwarte za tawerny.

latro ludzie zaczn si schodzi do Gady po pomoc, ale dzisiaj -miaa nadziej - pozwol jej zaj jaki wygodny pokj w gospodzie i zostawia w spokoju przy kolacji i butelce wina. Pustynia wyczerpaa j kompletnie. Kto, kto przyszedby teraz, o tak pnej porze, musiaby by powanie chory. Gada bardzo pragna, aby tej nocy nikt w Podgrzu nie umiera.

Zostawia konie pod sklepem i kupia sobie nowe spodnie i koszul, dobierajc rozmiar na oko i za porad wlaciciela,ponie-wa bya zbyt zmczona, aby je przymierzy.

- Prosz si nie przejmowa - powiedzia waciciel.- Mog je wymieni, jeli nie bd si podobay. Zawsze wymieni, rzeczy uzdrowicielce.

- Bd dobre - powiedziaa. - Dzikuj. Zapacia i wysza ze sklepu. Na rogu bya apteka; wacicielka wanie j zamykaa.

- Przepraszani - powiedziaa Gada.

Aptekarka odwrcia si z penym rezygnacji umiechem. Zmierzya wzrokiem Gad, jej wyposaenie, zauwaya torb na we. Umiech przeszed w zaskoczenie.

- Uzdrowicielka! - zawoaa. - Prosz do rodka. Czego ci potrzeba?

- Aspiryny - odparta Gada. Miaa ju tylko par gramw, potrzebowaa jej dla siebie, a baa si, e moe zabrakn. -1 jodyny, jeli jest.

- Jest, oczywicie. Sama przygotowuj aspiryn, a jodyn jeszcze raz oczyszczam, kiedy j otrzymuj. W moim towarze nie ma zanieczyszcze. - Napenia buteleczki Gady. - Duo czasu mino, od kiedy gocilimy uzdrowiciela w Podgrzu.

- Zdrowie waszych ludzi i ich uroda s szeroko znane - powiedziaa Gada, a nie byty to czcze komplementy. Rozejrzaa si po sklepie. - I zaopatrzenie macie wietne. Podejrzewam, e jest tu waciwie wszystko. - Na pkach jednego regau stay rodki przeciwblowe. Mocne i dziaajce na wszystko, ktre osabiay jednak ciao, zamiast je wzmacnia. Wstydzia si kupi ktry1 z nich, bo tym samym przyznaaby si do utraty Mcha. Jednak gdyby kto w Podgrzu by bardzo chory, bdzie musiaa ich uy.

- Och, jako dajemy sobie rad - powiedziaa apekarlca. - Gdzie si pani zatrzyma? Czy mog przysa ludzi?

- Oczywicie.

Gada wymienia nazw gospody poleconej przez Grum, zapacia za leki i wysza ze sklepu razem z wacicielka, ktra posza w przeciwnym kierunku. Dziewczyna spojrzaa w gb ulicy.

Posta w pustynnym paszczu migna jej na skraju pola widzenia. Gada okrcia si i przycupna w pozycji obronnej. Byskawica prychaa i cofaa si, drobic kopytami. Tajemnicza posta zatrzymaa si.

Gada wyprostowaa si, zakopotana. Osoba, ktra do niej podchodzia, nie nosia stroju pustynnego, ale miaa paszcz z kapturem. Gada nie moga dojrze ocienionej twarzy, ale na pewno nie by to szaleniec.

- Czy mog z tob chwil porozmawia, uzdrowicielko ?- jego gos zdradza wahanie.

- Oczywicie.

- Nazywam si Gabriel. Mj ojciec jest burmistrzem miasta. Przyszedem, aby prosi ci, eby zechciaa by naszym gociem w rezydencji.

- To bardzo uprzejmie z waszej strony. Miaam zamiar ztrzyma si w zajedzie.

- To znakomity zajazd - powiedzia Gabriel. - I wacicielka byaby zaszczycona twoj obecnoci, ale mj ojciec zhabiby Podgrze, gdybymy nie zaoferowali ci tego, co najlepsze.

- Dzikuj - odrzeka Gada. Zacza odczuwa jeli nie zadowolenie, to przynajmniej wdziczno za hojno i gocinno okazywan uzdrowicielom. Przyjmuj wasze zaproszenie. Powinnam jednak zostawi wiadomo w zajedzie. Aptekarka powiedziaa, e by moe przyle do mnie ludzi.

Gabriel poprowadzi j uliczkami, ktre wiy si rwnolegle do gr, pomidzy jednopitrowymi budynkami z czarnego, wydobywanego w pobliu kamienia. Kopyta koni oraz obcasy butw Gady i Gabriela stukay o bruk, roznoszc si echem. Skoczy si teren zabudowany, a ulica rozlaa si w szerok, wyoon kamieniem drog, odgrodzon od stromego uskoku jedynie murem sigajcym pasa.

- Normalnie mj ojciec sam wyszedby ci przywita - powiedzia Gabriel.

W jego gosie brzmiay nie tylko przeprosiny, ale i niepewno, jakby byo co, o czym chcia jej powiedzie, tylko nie potrafi uj tego w sowa,

- Nie przywykam do tego, by witali mnie dygnitarze - odpowiedziaa.

- Chciaem, eby wiedziaa, i zaprosilibymy ci w kadej sytuacji, nawet gdyby...- glos mu si. zaama.

- Ach! - Zrozumiaa. - Twj ojciec jest chory?

-Tak.

- Nie musisz mie oporw, proszc mnie o pomoc - powiedziaa.-W kocu to mj zawd. A jeeli jeszcze dostan pokj za darmo, to bd zupenie szczliwa.

Gabriel wci nie odsania swojej twarzy, ale napicie znikna z jego gosu.

- Nie chciabym,eby pomylaa, e jestemy takimi ludmi, ktrzy nigdy nic nie daj bezinteresownie.

Szli dalej w milczeniu. Droga wia si, omijajc wystajce skaki. Dopiero teraz Gada zobaczya rezydencj burmistrza. Budowla bya wysoka i rozlega, oparta o pochyle zbocze urwiska. Typowy czarny kamie zosta ozdobiony wskimi pasami biaej skay tu pod dachem, na ktrym od wschodu i od poudnia umocowano baterie soneczne. Okna w wyszych pokojach byy ogromne, sklepione ukowato - tak, aby pasoway do wieyczek po obu stronach frontonu. Przewiecajce przez nie wiato ujawniao nieskazitelno szka.

Pomimo duych okien i snycerki na wielkich drewnianych drzwiach, rezydencja bya tyle fortec, ile wystawnym paacem. Na parterze Gada nie zauwaya adnych okien, natomiast brama bya mocna i cika. Odlege skrzydo osania skalny wystp. Wyoony kamieniem dziedziniec ograniczaa ciana urwiska, ktra ju na miejscu okazaa si ani tak stroma, ani tak wysoka, jak to si wydawao z daleka. Owietlona alejka prowadzia do jej podna. Tam mieciy si stajnie i skrawek pastwiska.

- To bardzo imponujce - powiedziaa Gada.

- Jest wasnoci Podgrza, cho mj ojciec mieszka tu, odkd stc urodziem. Poszli dalej kamienn (kog.

- Opowiedz mi o chorobie ojca.

Sdzia, e to nic powanego, inaczej Gabriel byby o wiele bardziej zatroskany.

- To by wypadek na polowaniu. Jeden z jego przyjaci przebi mu nog lanc. Ojciec nie przyznaje si nawet, e noga jest zakaona. Obawia si, e kto mu j amputuje.

- Jak to wyglda?

- Nie wiem. Nie pozwala mi patrze. Nie wpuci mnie nawet do siebie od wczoraj- powiedzia z rezygnacj.

Gada spojrzaa na niego, przejta, bo jeeli jego ojciec by uparty i na tyle przestraszony, e znosi duy bl, to noga moga by tak zakaona, ze zaczynaa si ju martwica tkanek.

- Nienawidz amputacji - przyznaa Gada cakiem szczerze.-Na-wet nie uwierzysz, jakich sposobw si imaam, aby ich unikn.

Przed wejciem do rezydencji Gabriel krzykn i cikie wrota otworzyy si. Pozdrowi sucego, dal mu Liska i Byskawic, by ten odprowadzi je do stajni, ktra pooona bya nieco niej.

Gada i Gabriel weszli do hallu - dwiczacej echem komnaty z gadko polerowanego, czarnego kamienia. Poniewa nie byo okien, panowa tu pmrok, ale ju inny sucy zapali gazowe lampy. Gabriel pooy zwijany materac Gady na pododze, zrzuci w ty kaptur i zsun z ramion paszcz. Polerowane ciany odbijay jego twarz, znieksztacajc j.

- Twj baga moemy zostawi tutaj. Kto go zaniesie na gr.

Gada rozemiaa si do siebie usyszawszy, e jej zwijane posanie moe by nazwane bagaem, tak jakby bya bogatym kupcem wyruszajcym w podr handlow.

Gabriel odwrci si do niej. Zobaczywszy jego twarz po raz pierwszy. Gada wstrzymaa oddech. Mieszkacy Podgrza byli wiadomi swego pikna. Ten mody czowiek pojawi si tak szczelnie opatulony, e Gada zastanawiaa si, czy moe jest on nieadny, ma blizny albo zdeformowan twarz. Bya przygotowana na co takiego.

W rzeczywistoci Gabriel by najpikniejszym czowiekiem, jakiego w yciu widziaa. Mocnej budowy, o idealnych proporcjach. Jego twarz, cho szeroka, nie miaa tak ostrych, rysw jak twarz Arevina, Malowaa si na niej ogromna wraliwo, skonno do uzewntrzniania uczu. Modzieniec podszed do: Gady i wtedy

dziewczyna spostrzega, ze ma on niezwykle intensywnie niebieskie oczy.

Gada nie potrafia powiedzie, dlaczego by taki pikny; czy bya to symetria ciaa, czy raczej harmonijno" rysw twarzy ? A moe nieskazitelna cera ? Albo to wszystko naraz i... co jeszcze ? W kadym razie na jego widok po prostu zatykao dech w piersiach.

Gabriel popatrzy na Gad z wyczekiwaniem. Uzdrowicielka zdaa sobie spraw, ze modzieniec spodziewa si, i zostawi take skrzan torb. Wydawao si, e nie zauway, jakie wywar na niej wraenie.

- Tu s moje we - powiedziaa. - Zawsze trzymam je przy sobie.

- Och, przepraszam. - Zaczerwieni si. - Powinienem wiedzie.

- Nie szkodzi, to nie takie wane. Myl, e bdzie lepiej, jeli obejrz twego ojca jak najszybciej.

- Oczywicie.

Ruszyli szerok, krt klatk schodow. Czas zaokrgli krawdzie sfatygowanych stopni, wykutych w czarnym kamieniu.

Gada nigdy dotd nie spotkaa tak piknego czowieka, ktry byby jednoczenie tak wraliwy na krytyk jak Gabriel; szczeglnie na niezamierzon krytyk. Wok uderzajco piknych ludzi czsto roztaczaa si aura pewnoci siebie i zarozumialstwa, czasem wrcz arogancji. Gabriel za wydawa si by zupenie inny. Gada zastanawiaa si, co byo tego przyczyn.

W ogromnej rezydencji burmistrza utrzymywaa si staa, niska temperatura. Po dugim okresie spdzonym na pustyni Gad cieszy chd. Bya spocona i brudna po caodniowej podry, ale wogle nie czua teraz zmczenia. Skrzana torba w doni przyjemnie ciya. Dziewczyna ucieszyaby si, gdyby si okazao, e to tylko zwyka infekcja. O ile przypadek nie jest na tyle grony, e konieczna bdzie amputacja, groba powika bdzie bardzo maa, a niebezpieczestwo mierci - prawie adne. Miaa nadziej, e nie bdzie zmuszona oglda mierci kolejnego pacjenta.

Sza za Gabrielem po krtych schodach. Mczyzna nie zwolni nawet na szczycie, ale ona zatrzymaa si, by popatrze na ogromn komnat. Za wysokim ukowato zwieczonym oknem z przydymionego szka, rozciga si przepyszny widok na ca, znurzon w pcienia dolin. Panorama dominowaa nad pomieszczeniem. Ktol musia to spostrzec, bo nie ustawiono tutaj adnych mebli oprcz



wielkich, szerokich pufw w neutralnych kolorach. Podoga bya dwupoziomowa : wysze pkole dochodzio do czarnej ciany, przy ktrej byy schody, a niszy, szerszy podest siga pod okno. Gada posyszaa pokrzykiwanie, a w chwil pniej z ssiedniego pokoju wybieg starszy mczyzna i wpad na Gabriela. Modszy z mczyzn, tracc rwnowag, schwyci starszego za okcie, aby go zatrzyma. Dokadnie tak samo postpi starszy, apic Gabriela. Popatrzyli na siebie powanie, ignorujc fakt, e sytuacja bya raczej zabawna.

- Jak on si czuje ? - spyta Gabriel.

- Gorzej odrzek starszy czowiek. Spojrza na Gad.- Czy ona jest...?

- Tak. Przyprowadziem uzdrowicielk. - Obrci si, aby przedstawi sucego. - Brian jest zaufanym mojego ojca. Oprcz niego nikt nie ma prawa si do niego zbliy.

- Teraz nawet i mnie wyrzuci - powiedzia. Odgarn gste, biae wosy z czoa, - Nie pozwala mi obejrze nogi. Tak go boli, e kaza sobie woy poduszeczk pod koc, tak aby materia nie dotyka bezporednio stp. Twj ojciec, panie, jest bardzo upartym czowiekiem.

- Nikt nie wie o tym lepiej ode mnie.

- Przestacie tam haasowa! - krzykn ojciec Gabriela.- Czy nie macie za grosz szacunku? Wynocie si z moich pokoi. Gabriel wyprostowa ramiona i spojrza na Briana.

- Lepiej tam wejdmy.

- Ja nie, panie - zaoponowa Brian. - Mnie rozkaza wyj. Powiedzia, e nie mam si pokazywa, pki mnie nie zawoa. Starszy czowiek spuci wzrok.

- Nie przejmuj si. On tak nie myli. Nie chcia ci zrani.

- Panie, ty w to wierzysz, naprawd? e nie chcia mnie zrani?

- Na pewno nie ciebie. Jeste niezastpiony. Co innego ja.

- Gabrielu... - powiedzia starszy czowiek, przeamujc poz sugi.

- Nie odchod zbyt daleko - powiedzia Gabriel agodnie. - Podejrzewam, e wkrtce bdzie ci potrzebowa.

Wszed do pokoju ojca. Gada wlizna si za nim. Pocztkowo nie widziaa nic, poniewa na ogromnych oknach zacignite byy story, a lampy nie byy zapalone.



- Witaj, ojcze - powiedzia Gabriel.

- Wyno si. Powiedziaem ci, eby nie przeszkadza.

- Przyprowadziem uzdrowicielk.

Podobnie jak wszyscy mieszkacy Podgrza, ojciec Gabriela by przysojny.Mial blada cer, czarne oczy i ciemne wosy, zmierzwione od leenia w ku. Gdy by zdrowy, musia wyglda imponujco, jak kto nawyky do przejmowania przywdczej roli w kadej grupie, w ktrej by si znalaz.

- Nie potrzeba mi uzdrowicielki - powiedzia. - Odejd. Chc tu Briana.

- Wystraszye go i urazie uzdrowicielk, ojcze.

- Zawoaj go.

- On przyjdzie, jeli go zawoam, ale nie pomoe ci. Uzdrowicielka moe ci pomc. Prosz... - w gosie Gabriela brzmiao coraz wicej desperacji.

- Gabrielu, zapal prosz lampy - odezwaa si Gada.

Podesza i stana przy ku burmistrza. Gabriel usucha, a jego ojciec odwrci si od wiata. Powieki mia opuchnite, a oczy przekrwione. Poruszy jedynie gow.

- Pogorszy si - powiedziaa agodnie Gada - tak, e w kocu nie odway si pan ruszy. A pniej ju nie bdzie pan mg, bo trujce substancje z rany zbyt pana osabi. Wtedy pan umrze.

- Mia jeste1, gdy tak rozprawiasz o mierci.

- Nazywam si Gada. Jestem uzdrowicielka. Nie specjalizuj si w rozmowach o mierci.

Burmistrz nie zareagowa na znaczenie jej imienia, ale Gabriel tak. Odwrci si i spojrza na ni z szacunkiem, a nawet z lekiem.

- Gadziny! - zawarcza burmistrz.

Gada nie miaa ochoty traci energii na przekonywanie. Podesza do ka i odsonia koce, aby obejrze chor nog burmistrza. Protestujc prbowa usi, ale gwatownie opad na poduszk, oddychajc ciko. Twarz mu zblada i zalnia od potu.

Gabriel podszed do Gady.

- Lepiej sta tam wyej, przy nim - powiedziaa.

Czua cuchncy zapach infekcji. Noga wygldaa le. Zaczynaa si gangrena. Ciao byo opuchnite, a ognistoczerwone prgi sigay a po udo. Za kilka dni tkanka obumrze i sczernieje, a wtedy nie pozostanie nic innego jak amputacja.



Odr wzmaga si, wywoujc mdoci. Gabriel by bledszy ni ojciec.

- Nie musisz tu zostawa - powiedziaa Gada.

- Ja... - Przekn lin i zacz jeszcze raz: - Czuj si dobrze.

Gada, uwaajc aby nie urazi opuchnitej slopy, przykrya J4 kocem. Wyleczenie burmistrza nie bdzie problemem. To, z czym bdzie musiaa walczy, to agresywna poza, maskujca ch obrony.

- Czy jeste w stanie mu pomc? - spyta Gabriel.

- Mog sam mwi za siebie! - powiedzia burmistrz.

Gabriel spojrza w podog z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ktry ojciec zignorowa, a ktry dla Gady oznacza rezygnacj i smutek. Absolutnie adnej zoci. Gabriel odwrci si i zacz poprawia co przy lampach.

Gada przysiada na brzegu ka i dotkna czoa burmistrza. Jak si spodziewaa, mia wysok gorczk.

Odwrci si.

- Nie patrz na mnie.

- Moe mnie pan ignorowa - powiedziaa Gada. - Moe rozkaza mi, abym wysza, ale nie moe zignorowa pan zakaenia. Ono nie ustanie dlatego, e mu pan rozkae.

- Nie obetniesz mi nogi - powiedzia burmistrz, wolno cedzc sowo za sowem.

- Wcale nie zamierzam. To nie jest konieczne.

- Potrzebuj tylko Briana, eby mi j obmy.

- On nie obmyje gangreny!

Gad zaczynaa zoci ta dziecinada. Gdyby majaczy w gorczce, miaaby dla niego bezmiern cierpliwo. Gdyby mia ju umiera, zrozumiaaby jego niech do przyznania, e jest z nim le. Ale tak nie byo. Sprawia wraenie czowieka nawykego do tego, e sprawy tocz si zawsze po jego myli, ktry teraz nie moe podoa nieszczciu.

- Ojcze, prosz ci, posuchaj jej.

- Nie udawaj, e si mn przejmujesz - odpowiedzia. - Byby" szczliwy, gdybym umar.

Blady jak ciana Gabriel stal nieruchomo przez par sekund, a pniej wolno odwrci si i wyszed z pokoju.

Gada wstaa.

- To byo okropne, co pan powiedzia. lak pan mg? Kady przecie widzi, e on chce, aby pan y. On pana kocha.

- Nie potrzebuj ani jego mioci, ani twoich lekarstw. Ani jedno, ani drugie mi nie pomoe.

Gada zacisna pici i wysza za Gabrielem.

Mody czowiek siedzia w pokoju, twarz do okna, oparty o stopie midzy poziomami sali. Gada usiada obok.

- On tak nie myli - w glosie Gabriela brzmia wysiek i ponienie. - Naprawd, nie.

Pochyli si, ukry twarz w doniach i zacz ka. Gada otoczya go ramionami i prbowaa pocieszy. Obejmowaa go, klepaa po szerokich plecach t gadzia po mikkich wosach. Czymkolwiek bya spowodowana niech burmistrza do syna. Gada bya pewna, e przyczyn jej nie bya ani nienawi, ani zazdro Gabriela.

Otar twarz rkawem.

- Dziki - powiedzia. - Przepraszam. Jak on robi si taki...

- Gabrielu, czy twj ojciec mia kiedykolwiek klopoty z rwnowag?

Przez chwil Gabriel patrzy, nie rozumiejc. Nagle rozemia si, ale z gorycz.

- Umysow? Tak? Nie, jest zupenie normalny. To osobista sprawa midzy nim a mn. Czasem moe pragnie, abym umar, eby mg spodzi bardziej odpowiednie dziecko. Ale teraz jest na to za pno. Moe ma racje? Moe ja czasem te pragn jego mierci?

- Wierzysz w to?

- Nie chc.

- Ja w to zupenie nie wierz.

Spojrza na ni z lekkim, ledwie dostrzegalnym przebyskiem czego, co jak mylaa Gada, przerodzi si za chwil w absolutnie promienny umiech. Jednak znw zacz mwi z chodnym dystansem.

- Co si stanie, jeli nic nie zrobisz?

- Za dzie albo dwa straci przytomno. Wtedy...Wtedy bd dwie moliwoci: albo obci mu nog wbrew jego woli, albo pozwoli mu umrze.

- Czy nie moesz leczy go teraz? Bez jego zgody? Pragna udzieli mu takiej odpowiedzi, jak chcia usysze.

- Gabrielu, nieatwo to powiedzie, ale jeli tracc przytomno powie mi, e nie mog mu obci nogi, pozwol mu umrze. Sam mwisz, e jest w peni wadz umysowych. Nie mam prawa postpowa wbrew jego daniom, chociaby okazay si nie wiem jak gupie i niebezpieczne.

- Ale mogaby uratowa mu ycie.

- Tak. Ale to jest jego ycie.

Gabriel w gecie wyczerpania przetar oczy wierzchem doni.

- Porozmawiam z nim jeszcze raz.

Gada podesza z nim do pokoju ojca, zgodzia si jednak poczeka na zewntrz. Nie byo strachu w tym modym czowieku. Bez wzgldu na to, czego mu nie dostawao w oczach ojca - i w swoich wasnych - by naprawd odwany. Chocia nie mona byo te wykluczy tchrzostwa. Dlaczego tu cigle by i pozwala, by go poniano. Gada nie wyobraaa sobie, aby moga tak y.

Uzdrowicielka nie miaa adnych skrupuw, podsuchujc rozmow.

- Chc, aby pozwoli jej, eby ci pomoga, ojcze.

- Nikt nie moe mi pomc. Ju nie.

- Masz dopiero czterdzieci dziewi lat. Moe pojawi si kto, do kogo bdziesz czu co podobnego jak do mamy.

- Lepiej by powstrzyma swj jzyk, zanim zaczniesz mwi o matce.

- Nie, ju nie bd si hamowa. Nie znaem jej, ale poowa mnie pochodzi z niej. Przykro mi, e ci rozczarowaem. Podjem decyzj, wyjedam std. Za par miesicy bdziesz mg powie-dzie...nie, lepiej wyl posaca z wiadomoci, e nie yj, a ty nigdy nie bdziesz musia sprawdza, czy to prawda.

Burmistrz nie odpowiada.

- Co chcesz, abym ci powiedzia? e przykro mi, i nie zrobiem tego wczeniej? W porzdku, przykro mi.

- To jedyna rzecz, jakiej mi nigdy nie zrobie - powiedzia ojciec Gabriela, - Jeste uparty i bezczelny, ale nigdy przedtem mnie nie okamywae.

Cisza si przecigaa. Gada ju miaa wej, gdy Gabriel odezwa si ponownie.

- Miaem nadziej, e uda mi si odpokutowa za swoje winy. Mylaem, e jeli bd wystarczajco poyteczny...

- Ja musz myle o rodzinie - powiedzia burmistrz - i o miecie. Bez wzgldu na wszystko, zawsze bdziesz moim pierworodnym, nawet gdyby nie by moim jedynym dzieckiem. Nie mgbym si ciebie wyrzec bez ponienia si publicznie.

Gada bya zaskoczona, usyszawszy wspczucie w szorstkim gosie.

- Wiem. Teraz to rozumiem. Ale z twojej mierci adnego poytku nie bdzie.

- Czy zdecydowany jeste zrealizowa swj plan?

- Przysigam - odpowiedzia Gabriel.

- Dobrze. Wpu uzdrowicielk.

Gdyby Gada nie zoya przyrzeczenia, e bdzie zawsze pomaga rannym i chorym, pewnie opuciaby natychmiast zamek. Nigdy nie bya wiadkiem tak chodnej, wyrozumowanej nienawici, a tu widziaa j midzy ojcem i dzieckiem.

Gabriel podszed do drzwi, a Gada wesza do sypialni w milczeniu.

- Zmieniem zdanie - zakomunikowa burmistrz. Dopiero po chwili poj, jak arogancko to zabrzmiao. * Jeeli nadal zechcesz mnie leczy.

- Zechc - rzucia krtko Gada i wysza z pokoju. Zakopotany Gabriel poszed za ni.

- Czy co nie tak? Nie zmienia chyba zdania? Gabriel zdawa si by spokojny i niczym nie uraony. Gada przystana.

- Przyrzekam, e mu pomog. I pomog. Potrzebuj pomieszczenia i kilku godzin, zanim bd moga zaj si jego nog.

- Damy ci wszystko, czego dasz.

Poprowadzi j po rozlegej grnej kondygnacji, a doszli do wiey poudniowej. Tutejsze pomieszczenie nie byo tak ogromne jak pokoje burmistrza, lecz za to bardziej przytulne. Pokj Gady mieci si na obwodzie wiey. Zakrzywiony korytarz za pokojami gocinnymi obiega ulokowan w rodku wspln ani.

- Ju prawie pora kolacji - powiedzia Gabriel, pokazujc jednoczenie Gadzie jej pokj. - Zjesz ze mn?

- Nie, dzikuj. Nie tym razem.

- Czy przynie ci co tutaj?

- Nie. Po prostu przyjd za trzy godziny.

Nie zwracaa na niego uwagi, bo nie moga zastanawia si nad jego problemami, gdy planowaa kuracj. Machinalnie wydaa mu kilka polece co do rzeczy, jakie maj by gotowe w pokoju ojca. Poniewa zakaenie jest silne, bdzie to brudna i brzydko pachnca robota.

Gdy skoczya, nadal nie odchodzi.

- Bardzo go boli - powiedzia. - Czy nie masz czego, co umierzyoby bl?

- Nie - odpowiedziaa Gada. - Ale nie zaszkodzi go upi.

- Upi? Dobrze, sprbuj. Nie sdz jednak, aby to si udao. Jeszcze nigdy nie widziaem go upitego do nieprztomnoci.

- Dziaanie umierzajce to sprawa drugorzdna. Alkohol poprawia krenie.

- Ach, lak...!

Kiedy Gabriel wyszed. Gada pobraa jad od Fiaska, by przygotowa" anatoksyn przeciw gangrenie. wiey jad podziaa te jako agodny anastetyk, ktry jednak nie bdzie zbyt uyteczny, pki Gada nie wydrenuje rany, a krenie krwi nie osabnie.

Nie bya zadowolona, e bdzie musiaa zada burmistrzowi bl, ale nie aowaa tego tak bardzo, jak w przypadku innych pacjentw.

cigna zakurzone pustynne ubranie i wysokie buty. Nowe spodnie i koszul miaa przymocowane do materaca. Kto, kto przynis jej rzeczy na gr, rozoy je starannie. Woy taki strj bdzie przyjemnoci, ale duo czasu minie, zanim znosi si i stanie tak wygodny jak ten, ktry zniszczy szaleniec.

ania bya agodnie owietlona lampami gazowymi. Wikszo budynkw tej wielkoci, co ten, miaa swoje generatory metanu. Prywatne oraz komunalne generatory zuyway mieci, odpadki i ludzkie odchody jako surowiec do bakteryjnej produkcji paliwa. Z tymi urzdzeniami i bateriami sonecznymi na dachu, zamek by co najmniej samowystarczalny, jeli chodzi o energi. By moe mia tak nadwyk, e moga dziaa klimatyzacja. Jeli zdarzyo si lato na tyle gorce, eby upa przedostawa si przez naturaln kamienn izolacj, mona byo budynek ochadza. Orodek uzdrowicieli mia podobne urzdzenia i Gadzie wcale nie byo przykro, e znw si na nie natkna.

Nalaa pen wann gorcej wody i zaya luksusowej kpieli.

Perfumowane mydo rwnie podnosio standard w porwnaniu z czarnym piaskiem, ktrym najczciej musiaa si szorowa', chcc si umy, ale kiedy Gada odkrya, ze rcznik pachnie mit, po prostu si rozemiaa.

Trzy godziny mijay wolno, podczas gdy lekarstwo pracowao w organizmie Fiaska. Gada leaki kompletnie ubrana, ale z bosymi stopami. Nie spaa, kiedy Gabriel zapuka do drzwi. Usiada, uja Fiaska lekko za gow i pozwolia mu owin si wok ramienia i nadgarstka. Potem wpucia Gabriela.

Mody mczyzna popatrzy na Fiaska z ostron uwag. By nim zafascynowany.

- Nie pozwol mu zaatakowa - powiedziaa Gada.

- Po prostu zastanawiaem si, jakie s w dotyku.

Wycigna ku niemu rk, a on pogadzi gadkie, wzorzyste uski wa. Cofn do bez komentarza.

W komnacie burmistrza znajdowa si Brian, szczliwy, e znw opiekuje si swoim panem. Burmistrz by pijacko zaczerwieniony. Jcza i paka, gdy Gada podchodzia do niego. zy jak grochy spyway mu po policzkach. Jki ustay, gdy zauway Gad. Zatrzymaa si w nogach ka. Obserwowa j. wystraszony.

- Ile wypi?

- Tyle, ile chcia - odpowiedzia Gabriel.

- Byoby lepiej, gdyby by nieprzytomny - powiedziaa Gada, zaczynajc czu lito.

- Widywaem jak pil do wito z radnymi, ale nigdy nie widziaem, eby by nieprzytomny, Burmistrz zezowa ku nim mtnym wzrokiem.

- Ani kropli koniaku wicej - powiedzia - Dosy. - Sowa brzmiay mocno, mimo, i nieco bekota.  Poci jestem przytomny, irie moecie obci mi nogi.

- Racja - powiedziaa Gada. - Niech pan zatem pilnuje. Utkwia spojrzenie w Piasku: w oczach pozbawionych powiek i ruchliwym jzyku. Zacz drze.

- W jaki inny sposb - powiedzia - Musi by jaki inny sposb.

- Trac cierpliwo! - ostrzega Gada.

Wiedziaa, ze za chwil straci panowanie nad sob albo, co gorsza, zacznie znw paka nad Jesse. Pamitaa jedynie, jak bardzo pragna jej pomc...a tego czowieka moe wyleczy tak atwo.

Burmistrz pooy si z powrotem na ko. Gada czua, ze nadal wstrzsaj nim drgawki, ale przynajmniej by cicho. Gabriel i Brian stali po obu stronach. Gada odkryta nogi mczyzny i uoya koce tak, e tworzyy barykad na jego kolanach, aby nic nie mg widzie.

- Chc patrze - szepn.

Noga bya fioletowa i spuchnita.

- Nie - powiedziaa Gada. - Brian, prosz, otwrz okno. Stary suga popieszy wykona polecenie. Odsun zasony i otworzy wielkie okna na panujce na zewntrz ciemnoci. Chodne, wiee powietrze rozeszo si po pokoju.

- Kiedy Piasek uksi - wyjania Gada - odczuje pan ostry bl. Po chwili okolice ukszenia zdrtwiej. Zdrtwienie bdzie si rozchodzi powoli, bo krenie krwi jest prawie zablokowane. Ale jak ju rozejdzie si dostatecznie, oczyszcz ran. Po tym anatoksyna bdzie lepiej dziaa.

Zarumienione policzki burmistrza zblady. Nie powiedzia ani sowa, ale Brian podsun mu szklank do ust i burmistrz wypi spory yk. Rumieniec powrci mu na twarz.

"C * pomylaa Gada - niektrym ludziom powinno si mwi wszystko, a niektrym - nic."

Gada rzucia Brianowi czyste ptno.

- Nalej na to troch koniaku i po sobie na usta i nos. Ty, Gabrielu, zrb to samo, jeli chcesz. To nie bdzie przyjemne. I obydwaj wypijcie po yku. A potem przytrzymajcie mu lekko ramiona. Nie pozwlcie mu gwatownie siada. Wystraszy grzechot-nika.

- Tak, uzdrowicielko - powiedzia Brian.

Gada oczycia skr wok gbokiej rany na ydce burmistrza. "Na szczcie nie ma jeszcze tca" - pomylaa, przypominajc sobie Ao i innych zbieraczy. Uzdrowiciele zagldali od czasu do czasu do Podgrza, chocia w przeszoci robili to czciej. Moe burmistrz by zaszczepiony.

Gada odwina Fiaska z ramienia i trzymajc go tu za wybrzuszon szczk, pozwolia, by omiata jzykiem zaognion skr chorego. Piasek uoy si na ku. Gada pucia mu gow. Uderzy. Burmistrz krzykn. Piasek uksi tylko raz. Zwin si z powrotem tak szybko, ze postronny obserwator nie byby pewien.

czy waz si w ogle ruszy. Burmistrz jednak by pewien. Znw zaczat si mocno trz. Ciemna krew i ropa sczya si z dwa nakutych ranek.

Gadzie pozostaa jeszcze jedna - za to najobrzydliwsza - czynno. Otworzya ran i zacza usuwa rop. Miaa nadziej, e Gabriel nie jad zbyt obfitej kolacji, bo wyglda lak, jakby j mia za chwil straci, pomimo nasczonego koniakiem ptna na twarzy. Brian ze stoickim spokojem trwa przy ramieniu swego pana, uspokaja go i pilnowa, aby ten si nie ruszy. Kiedy Gada skoczya, opuchlizna na nodze bya zdecydowanie mniejsza. Burmistrz bdzie zdrw za par tygodni.

- Brian. moesz tu podej?

Starszy mczyzna usucha z wahaniem, ale odetchn z ulg, kiedy zobaczy efekt jej pracy.

- Wyglda lepiej - powiedzia. - Ju teraz jest lepiej ni wtedy, gdy ostatni raz pozwoli mi na to popatrze.

- Dobrze. Bdzie si jeszcze sczyo, wic trzeba trzyma ran w czystoci.

Pokazaa mu, jak zakada opatrunek i jak bandaowa. Brian zawoa modego sucego i poleci mu, aby wynis pobrudzone ptna. Wkrtce odr zakaenia i martwego ciaa wywietrza z pokoju. Gabriel siedzia na ku i obmywa ojcu czoo gbk. Nasczone koniakiem ptno spado mu z twarzy na podog, ale nie schyli si, by je podnie. Ju nie by tak blady.

Gada podniosa Fiaska i wpucia go na swe ramiona.

- Jeeli rana bdzie bolaa albo temperatura znw si podniesie lub jeli zajdzie jakakolwiek zmiana, ktra nie wiadczyaby o poprawie, przyjd' mnie zawoa. W innym przypadku przyjd zobaczy go rano.

- Dzikujemy, uzdrowicielko - powiedzia Brian.

Mijajc Gabriela, Gada zawahaa si, ale nie popatrzya na niego. Jego ojciec lea spokojnie, oddychajc ciko. Spa - albo zasypia. Gada wzruszya ramionami i opucia wie burmistrza. Wrcia do swego pokoju i uoya Fiaska w przegrdce. Pniej wolno zesza po schodach, a znalaza kuchni. Jeden z wszechobecnych i niezliczonych sucych burmistrza przygotowa jej kolacj; zjada, a potem posza do ka.

6

Rano burmistrz czu si lepiej. Brian oczywicie czuwa przy nim caa noc, wypeniajc jego polecenia. Moe nie cakiem ochoczo, bo to nie byo w stylu Briana, ale bez zastrzee1 czy niechci.

- Czy zostanie blizna ? - spyta burmistrz.

- Tak - odparta Gada, zdziwiona.- Oczywicie. Kilka. Usunam sporo martwej tkanki miniowej i ju nigdy to miejsce si nie wypeni. Mimo to nie bdzie pan chyba kula.

- Brian, gdzie moja herbata ? - jego ton zdradza niezadowolenie z odpowiedzi Gady.

- Ju nios, panie.

Zapach korzennych przypraw rozszed si po pokoju. Burmistrz pi herbat sam, ignorujc Gad, ktra zmieniaa mu banda na nodze.

Kiedy wysza, psioczac, Brian wyskoczy za ni na korytarz.

- Uzdrowicielko, prosz mu wybaczy. Nie jest przyzwyczajony do chorowania. Zawsze oczekuje, e wszystko bdzie szo po jego myli.

- Zauwayam.

- To znaczy... Myli o sobie, jakby by okaleczony... Czuje si zdradzony przez samego siebie... - Brian rozoy rce, niezdolny znale waciwych sw.

To nie byo takie niezwyke - spotka czowieka, ktry nie wierzy, e moe by chory. Gada bya przyzwyczajona do trudnych pacjentw, ktrzy chcieliby wyzdrowie zbyt szybko, mimo koniecznoci rekonwalescencji, i ktrzy stawali si zrzdliwi, gdy im si to nie udawao.

- To nie upowania go do traktowania udzi w ten sposb. Brian utkwi wzrok w pododze.

- To dobry czowiek, uzdrowicielko.

aujc, e dala upust zoci, czy raczej poirytowaniu i zranionej dumie, a przez to dotkna suzacego,Gada odezwaa si nieco agodniej.

- Czy jeste tu niewolnikiem ?

- Och nie, uzdrowicielko. Jestem wolny. Burmistrz nie zezwala na to, aby czyni z ludzi niewolne sugi. Handlarze, ktrzy przyjedaj do Podgrza z niewolnikami s odprawiani z miasta, a ich ludzie mog wybiera, czy chc jecha z nimi, czy przez cay rok wiadczy usugi miastu. Jeeli zostaj, burmistrz wykupuje ich papiery od handlarzy.

- Czy tak byo z tob?

Waha si, ale w kocu odpowiedzia.

- Niewielu wie, e byem niewolnikiem. Jestem jednym z pierwszych, ktrzy zostali wyzwoleni. Pewnego roku-podar moje papiery niewolnicze. Byy wane jeszcze na dwadziecia lat, a ja odsuyem dopiero pi. Do tamtego momentu nie byem pewien, czy mog mu ufa; czy komukolwiek mog. Ale, okazao si, e tak  wzruszy ramionami. -1 zostafem ju.

- Rozumiem, dlaczego ywisz dla niego wdziczno - powiedziaa Gada. - Ale mimo to, on nie ma prawa rozporzdza tob przez dwadziecia cztery godziny na dob.

- Spaem ostatniej nocy.

- Na krzele ? Brian umiechn si.

- Znajd kogo innego, aby przy nim poczuwa cho troch -powiedziaa. - A ty chod ze mn.

- Potrzebuje pani pomocy, uzdrowicielko ?

- Nie, id na d, do stajni. Ale ty bdziesz mg chocia si zdrzemn, gdy ja tam bd.

- Dzikuj uzdrowicielko, ale raczej zostan tutaj.

- Jak sobie yczysz.

Wysza z rezydencji i mina dziedziniec. Przyjemnie byo przej si w chodny poranek, choby tylko po ostrych serpentynach w d urwiska. Przed ni rozcigay si pastwiska burmistrza. Siwa klacz bya sama na zielonej ce. Galopowaa z wysoko uniesionym bem i zadartym ogonem. Podskakiwaa na sztywnych nogach i zatrzymywaa si, parskajc gono, tu przed potem, a potem zawracaa t pdzia w przeciwnym kierunku. Chciaa uciec dalej; przesadziaby wysoki do piersi pot i pewnie wcale by tego nie spostrzega. Biegaa jednak wycznie dla zabawy.

Gada ruszya ciek prowadzc do stajni. Kiedy si zbliya, usyszaa odgos uderzenia rk i pacz, a potem wcieky wrzask:

- Zabieraj si do roboty!

Gada przebiega ostatnie metry do stajni i szarpniciem otworzya drzwi. Wewntrz byo prawie zupenie ciemno. Zmruya oczy. Posyszaa szelest siana i poczua przyjemny zapach wysprztanej stajni. Po chwili jej wzrok przyzwyczai si troch do pmroku i zobaczya szerokie, wyoone som przejcie, dwa rzdy boksw i stajennego, ktry odwrci si w jej stron.

- Dzie dobry, pani uzdrowicielko.

Stajenny by ogromnym, zwalistym mczyzn. Mia blisko dwa metry, rude kdziory i blond brod. Gada spojrzaa na niego, podnoszc wzrok.

- Co to by za haas ?

- Haas ? Och, po prostu przerwaem czyje lenistwo. Jego metoda musiaa by skuteczna, bo ktokolwiek by tym leniem, znikn natychmiast

- O tej porze lenistwo wydaje si by dobrym pomysem -powiedziaa.

- C, wczenie zaczynamy. - Stajenny poprowadzi j w gb stajni. - Umieciem wierzchowce tutaj. Klacz jest na zewntrz, eby si wybiegaa, ale kucyka zostawiem w rodku.

- Dobrze - powiedziaa Gada. - Trzeba go jak najszybciej podku. - - Posaem po kowala. Ma przyj po poudniu.

- O, wietnie! - Gada wesza do boksu Liska. Traci j pyskiem i zjad kawaek chleba, ktry mu przyniosa. Jego sier byszczaa, a grzywa i ogon byy wyczesane, mia nawet naoliwione kopyta. -Kto si nim dobrze zaopiekowa.

- Staramy si zadowoli burmistrza i jego gocia - odpar wielki mczyzna.

Sta w pobliu, peen gorliwoci, pki nie wyszli ze stajni, aby przyprowadzi klacz. Byskawic i Liska trzeba byo na nowo oswaja z pastwiskiem po tak dugim pobycie na pustyni, bo inaczej bogata trawa spowodowaaby roztrj odka.

Wrcia, dosiadajc Byskawic na oklep. Stajenny by czym zajty w drugiej czci budynku. Gada zsuna si z grzbietu klaczy i poprowadzia j do boksu.

- Prosz pani, to ja to zrobiem, a nie on. Zaskoczona Gada obrcia si, ale nie zobaczya nikogo ani w boksie, ani w przejciu.

- Kto to ? - spytaa Gada. - Gdzie jeste ?

Bdc z powrotem w boksie spojrzaa w gr i zobaczya otwr w suficie sucy do zrzucania siana. Wskoczya na b, chwycia za krawd i podcigna si a pod brod, tak eby mc zajrze do gry. Sposzona maa posta odskoczya w ty i ukrya si za bek) siana.

- No, wyjd - powiedziaa Gada. - Nie zrobi ci krzywdy. Znajdowaa si w miesznej pozycji, wiszc porodku stajni, bez dobrego podparcia, ktre pozwolioby wspi si wyej. Byskawica skubaa j w but.

- Chod na d - powiedziaa Gada i opucia si. Zobaczya zarys postaci na stryszku z sianem, ale nie zdoaa ujrze twarzy. " To dziecko - pomylaa. - Po prostu may dzieciak."

- To nic, prosz pani - powiedziao dziecko. - On tak zawsze udaje, e wszystko robi, a s przecie inni, ktrzy tez pracuj. To wszystko. Ale co tam...

- Prosz ci, zejd tutaj - Gada ponowia prob. - Wida, e Lisek i Byskawica s pod doskonaa opiek. Chciaabym ci podzikowa.

- To wystarczy za podzikowanie, prosz pani.

- Nie mw tak do mnie. Nazywam si Gada. A ty ? Ale dziecko ju znikno.

Ludzie z miasta - pacjenci i wysannicy - ju czekali na Gade., kiedy wesza na gr, prowadzc Byskawic. Dzisiaj nie bdzie sobie moga pozwoli na spokojne niadanko.

Przed wieczorem przebadaa wikszo mieszkacw Podgrza. Przez kilka godzin z rzdu pracowaa ciko i w popiechu, ale zadowolona za kadym razem, gdy koczya z jednym pacjentem i sza do nastpnego. W jej podwiadomoci wci czai si niepokj. Obawiaa si, e kto moe wezwa do umierajcego, do kogo takiego jak Jesse, komu nie bdzie w stanie w ogle pomc. To ju stao si jej obsesj.

Ale tego dnia nic takiego si nie stao.

Wieczorem dosiada Byskawicy i pojechaa wzdu rzeki na pnoc. Mina miasto, gdy poblask soca znika ju za chmarami i osiada na zachodnich szczytach. Podugowate cienie wypezy jej na spotkanie, kiedy dojedaa do pastwisk i stajni burmistrza. Nie

widzc nikogo w pobliu, sama zaprowadzia Byskawice do stajni, rozsiedlaa j i zacza szczotkowa mikk, nakrapian sier. Niezbyt spieszya si do rezydencji burmistrza, do atmosfery psiej lojalnoci i blu.

- Prosz pani, to nie jest zajcie dla pani. Prosz pozwoli, e ja to zrobi, a pani niech idzie na wzgrze.

- Nie. Zejd na d - powiedziaa Gada w stron, skd dochodzi szept. - Moesz pomc. I nie nazywaj mnie "pani".

- Prosz ju i, prosz pani.

Gada szczotkowaa bok Byskawicy i nie odpowiedziaa. Nic si nie dziao, pomylaa wic, ze dziecko odeszo.Nagle posyszaa szelest siana nad gow. Zlka si i przejechaa szczotk pod wos po zadzie Byskawicy. W chwil pniej dziecko stano obok niej i agodnie wyjo jej szczotk z doni.

- Widzi pani...

-Gada.

- ... to nie jest odpowiednie zajcie dla pani. Pani zna si na uzdrawianiu, a ja na czyszczeniu koni.

Gada umiechna si.

Dziewczynka miaa z dziewi, dziesi lat Bya maa i drobniutka. Nie spojrzaa nawet na Gade.. Szczotkowaa teraz zmierzwion sier na zadzie konia, stojc ku niemu twarz, blisko jego boku. Dziecko miao jasnorude wosy i brudne, obgryzione paznokcie.

- Masz racj - powiedziaa Gada. - Jeste w tym lepsza ni ja. Dziecko przez chwil milczao.

- Pani mnie oszukaa - powiedziaa nagle, nie odwracajc gowy.

- Troszeczk - przyznaa Gada. - Ale musiaam. Inaczej nie mogabym ci podzikowa twarz w twarz. Dziewczynka odwrcia si gwatownie z byskiem w oczach.

- Podzikowa ? Mnie ? - krzykna.

Lew stron twarzy miaa zdeformowan przez okropn blizn. "Oparzenie trzeciego stopnia - pomylaa Gada. - Biedne dziecko! Gdyby jaki uzdrowiciel by w pobliu, blizny nie byyby takie okropne."

W tej samej chwili spostrzega siniak na prawym policzku dziewczynki. Przyklka, a dziecko szarpno si w ty, unikajc dotyku i odwrcio gow, eby ukry blizn. Gada delikatnie dotkna sica.

- Syszaam rano, jak stajenny wydziera si na kogo -powiedziaa.- To na ciebie, tak ? Uderzy ci ? Dziewczynka odwrcia si i popatrzya na ni w milczeniu.

- Nic mi nie jest - powiedziaa.

Wyswobodzia si z rk Gady i po drabince ucieka w ciemnoci.

- Prosz ci, zejd z powrotem - zawoaa Gada, afe dziewczynka znikna i chocia Gada wesza za ni na stryszek, nigdzie nie moga jej znale.

Gada wspia si krtym traktem do rezydencji. Jej cie koysa si w przd i w ty w rytm wiata latarenki, ktr niosa w rku. Rozmylaa o bezimiennej dziewczynce. Siniec by w niedobrym miejscu, dokadnie na skroni, ale dziecko nie drgno pod dotkniciem i nie miao adnych objaww wstrzanienia mzgu. Gada nie musiaa si obawia o ycie dziewczynki. To teraz, ale w przyszoci?

Gada chciaa jako jej pomc, ale wiedziaa, e jeli dopilnuje, aby stajenny dosta nagan, to konsekwencje spadn na dziecko, kiedy ona odjedzie.

Wesza po schodach do pokoju burmistrza.

Brian wyglda na wyczerpanego, za to burmistrz by wiey jak poranek. Opuchlizna na nodze zesza prawie zupenie. Na nakuciach zrobiy si strupy, ale Brian pilnowa, aby gwna rana bya otwarta i czysta.

- Kiedy bd mg wsta ? - spyta burmistrz. Mam prac. Musz zobaczy si z ludmi. Przeprowadzi rozmowy.

- W kadej chwili - odpara Gada. - O ile nie ma pan nic przeciwko temu, eby lee w ku trzy razy duej.

- Nalegam...

- Po prostu prosz lee - powiedziaa zmczonym tonem. Wiedziaa, e nie usucha. Brian jak zwykle wyszed za ni na korytarz.

- Jeli rana zacznie w nocy krwawi, zawoaj mnie. Wiedziaa, e bdzie krwawi, jeeli burmistrz wstanie, a nie chciaa, aby stary sucy radzi sobie z tym sam.

- Wszystko z nim w porzdku? Bdzie dobrze?

- Tak, o ile nie bdzie si zbytnio forsowa. Goi si cakiem niele.

- Dzikuj, uzdrowicielko.

- Gdzie jest Gabriel ?

- Nie pokazuje si tutaj.

- Brian, o co chodzi pomidzy nim a ojcem ?

- Przepraszam, uzdrowicielko, ale nie mog powiedzie.

" Nie mog, czy nie chc " - pomylaa Gada.

Gada siaa, spogldajc na ciemn dolin. Nie chciao jej si jeszcze spa. To bya jedna z tych rzeczy, ktre niezbyt lubia w okresie prbnym: przewanie musiaa chodzi do ka sama. Zbyt wielu ludzi w miejscach, ktre odwiedzaa, znao uzdrowicieli jedynie ze syszenia. Bali si jej. Nawet Aievtn ba si z pocztku, a w momencie, gdy jego strach min, a wzajemny szacunek przerodzi si w sympati. Gada musiaa odjecha. Nie mieli adnej szansy, by by razem.

Opara gow o chodn, szyb

Pierwszy raz przejechaa pustyni po to, aby si rozejrze, dotrze do miejsc, w ktrych uzdrowiciele nie pojawili si przez dziesiciolecia albo ktrych nigdy przedtem nie odwiedzali. Pewnie bya zarozumiaa, a moe nawet gupia,e robia to, o czym nawet nie myleli jej nauczyciele. Zbyt mao byo uzdrowicieli, aby obsugiwa jeszcze ludzi po drugiej stronie pustyni. Gdyby udao si w Miecie, wszystko mogoby si zmieni. Ale rnic midzy Gada a innymi uzdrowicielami, ktrzy zdobywali w Centrum wiedz, wyznaczao teraz imi Jesse. Jeli jej si nie uda... Nauczyciele to dobrzy ludzie, wyrozumiali dla rnic i rozmaitych przypadkw, ale jak zareaguj na bdy, ktre popenia - nie wiedziaa.

Stukanie do drzwi rozlego si jak wybawienie, bo przerwao jej niewesoe myli.

-Prosz!

Wszed Gabriel i po raz wtry Gad uderzya jego uroda.

- Brian mwi, e ojciec ma si dobrze.

- To dobrze.

- Dzikuj, e mi pomoga. Wiem, e potrafi by trudny. - Waha si; rozejrza dookoa, skuli ramiona. - No... Przyszedem waciwie, eby zobaczy, czy nie mog dla ciebie czego zrobi..

Mimo swego zatroskania by agodny i uprzejmy. Te cechy pocigay Gad rwnie mocno, jak jego fizyczne pikno. A ona bya taka samotna... Zdecydowaa si przyj jego grzeczn propozycj.

- Tak - powiedziaa. - Dziki.

Stana przed nim. pogadzia po policzku, wzia za rk i poprowadzia do kanapy. Butelka wina i kieliszki stay na niskim stoliku pod oknem.

Gada spostrzega, e Gabriel spurpurowia.

O ile nie znaa wszyslkich obyczajw pustyni, o tyle znaa obyczaje gon nie przekroczya swoich przywilejw jako go, a w kocu to on zrobi propozycj. Stana przed Gabrielem i chwycia go za ramiona tu nad okciami. Teraz by kompletnie blady.

- Gabrielu, co si stao ?

- Ja... ja le si wyraziem. Nie miaem na myli...Jeeli chcesz, to mog ci kogo przysa... Zmarszczya brwi.

- Gdyby mg zadowoli mnie " kto, " to wynajabym go sobie w miecie. Chc kogo, kto mi si podoba.

Spojrza na ni z lekkim, przelotnym umiechem. Chyba zdecydowa si nie maltretowa swej brody goleniem i pozwoli jej rosn w dniu, kiedy zdecydowa si opuci dom ojca, bo na policzkach wysypaa mu si rudozlota szczecina.

- Dzikuj ci - powiedzia.

Podprowadzia go do kanapy i nakonia, by usiad.

-Co jest nie tak?

Potrzsn gow. Wosy spady mu na czoo, ocieniajc oczy.

- Gabrielu, wiesz przecie, e jeste pikny.

- Tak - umiechn si ponuro. - O tym wiem.

- Czy musisz myle o tym z takirn smutkiem ? A moe to ja ci si nie podobam ? Bogowie wiadkiem, e nie mam szans przy ludziach z Podgrza. - Nie wpada jeszcze na to, co go od niej odpychao. Nie zareagowa na adn z jej sugestii. - Czy jeste chory? Jestem pierwsz osob, ktrej naley to powiedzie!

- Nie jestem chory - powiedzia cicho, nie patrzc jej w oczy. -1 to nie z powodu ciebie. To znaczy, gdybym mia kogo wybra,.. Czuj si zaszczycony, e tak o mnie mylisz,

Gada czekaa, aby mwi dalej.

- To nie byoby fair wobec ciebie, gdybym zosta. Mgbym... Kiedy znowu przerwa. Gada powiedziaa:

- To jest istota sporu midzy tob a ojcem ? To dlatego wyjedasz? Gabriel kiwn gow.

-1 on ma racj, chcc abym wyjecha.

- Bo nie speniasz jego oczekiwa ? - Gada potrzsna gow. -Karanie w niczym nie pomoe. To gupie i samolubne. Chod ze mn do ka, Gabrielu. Niczego nie bd od ciebie da.

- Nie zrozumiaa - odpowiedzia Gabriel smutno. Wzi jej rk, podnis do twarzy i przesun koniuszkami jej palcw po wieym, mikkim zarocie. - Nie jest w stanie sprosta zobowizaniom, jakie kochankowie podejmuj wobec siebie. Nie wiem dlaczego. Miaem dobrego nauczyciela. Ale biokontrola jest poza moimi moliwociami. Prbowaem. Bogowie! Prbowaem!

Jego bkitne oczy zajaniay. Zabra rk z ramienia Gady i opuci na kolano. Gada pogadzia go znw po policzku i obja, skrywajc zaskoczenie. Impotencj byaby w stanie zrozumie, ale brak kontroli! Nie wiedziaa, co mu powiedzie, a on mia jeszcze duo do powiedzenia; czua to w jego silnie napitym ciele. Pici mia zacinite. Nie chciaa go popdza, ju i tak zbyt czsto raniono go w ten sposb. Zacza si gorczkowo zastanawia nad agodnym i okrnym sposobem, by powiedzie to, co zazwyczaj mwia otwarcie.

- Ju dobrze - powiedziaa. - Rozumiem, o czym mwisz. Uspokj si. W moim przypadku to nie ma znaczenia.

Spojrza na ni szeroko otwartymi oczami, tak samo zaskoczony, jak dziewczyna w stajni, kiedy Gada zainteresowaa si jej wieym sicem, a nie siar, brzydk blizn.

- Niemoliwe, eby tak mylaa. Z nikim nie mog porozmawia. Poczuby do mnie odraz, tak jak mj ojciec. Nie mam o to pretensji. - Waha si jeszcze przez chwil, a sowa, tumione przez lata, zaczy pyn: - Miaem przyjacik. Nazywaa si Lea. Byo to trzy lata temu, kiedy miaem pitnacie lat. Ona miaa dwanacie. Gdy po raz pierwszy zdecydowaem si z kim kocha, bardziej jeszcze dla zabawy, wybraa mnie. " Oczywicie nie ukoczya jeszcze przeszkolenia, ale to nie powinno mie wikszego znaczenia, skoro ja skoczyem swoje " - mylaem.

Opar gow na ramieniu Gady. Wpatrywa si niewidzcym wzrokiem w czarne okna.

- Moe trzeba przedsiwzi dodatkowe rodki ostronoci -powiedzia. - Ale przez myl mi nie przeszo, e mgbym by podny. Nigdy nie syszaem o kim, kto nie umiaby radzi sobie z

biokontrolg. C, moe nie gboki trans, ale podno ?! - zamia si. gorzko. -1 wsy. Ale mnie nie zaczy jeszcze rosn. - Gada poczua, jak wstrzsn ramionami, gdy gadka tkanina jego koszuli przesuna si po szorstkim materiale jej ubrania. - Par miesicy pniej wyprawialimy przyjcie na jej cze, bo sadzilimy, e nauczya si biokontroli szybciej ni przecitny czowiek. Nikt si nie dziwi, bo wszystko przychodzio jej atwo. Lea jest bardzo inteligentna.

Przerwa na chwil j uoy si tu przy niej. Oddycha gboko i rwno. Zerkn na ni.

- Ale to nie jej biokontrola wstrzymywaa menstruacj. To ja. Ona bya w ciy. Miaa dwanacie lat i bya moj przyjacik, a ja niemal zrujnowaem jej ycie.

Teraz Gada zrozumiaa wszystko: niemiao Gabriela, jego niepewno, wstyd z jakim ukrywa sw urod, gdy wychodzi na ulic. Nie chcia, aby poznano, wicej - nie chcia, aby ktokolwiek zaproponowa mu mio.

- Biedne dzieci - powiedziaa Gada.

- Myl, e zawsze zakadalimy, i bdziemy partnerami, kiedy ona ju zdecyduje, co chce robi. Kiedy si ustatkujemy.Ale kto by chcia partnera niezdolnego do samokontroli ? Zawsze pamitaby o tym, e jeli jego kontrola zawiedzie cho minimalnie, to ten drugi nie ma adnej szansy. Partnerstwo nie mogoby istnie w ten sposb. - Poruszy si lekko. - Nawet wtedy nie chciaa mnie poniy. Nic nikomu nie powiedziaa. Usuna ci, ale bya zupenie sama, a trening jaki przesza, jeszcze tego nie obejmowa. Prawie si wykrwawia na mier.

- Nie powiniene traktowa siebie jak kogo, kto zrobi jej krzywd przez zoliwo - powiedziaa Gada, cho wiedziaa, e sowa nie wystarcz, aby Gabriel przesta sob pogardza.

Mia prawo nie wiedzie, e jest podny, skoro nie zrobiono mu testu. A kto, kto opanowa ju technik, z reguy nie mia si czym martwi. Gada syszaa o ludziach, ktrzy nie potrafili si biokon-tiolowa, ale niewiele byo takich przypadkw. Jedynie osoba niezdolna do odpowiedzialnoci i sympatii przeszaby bez zaamania psychicznego przez to, przez co przeszed Gabriel. A Gabriel na pewno mia poczucie odpowiedzialnoci i zdolnoci wspodczu-wania.

- P"niej wydobrzaa - powiedzia. - Ale ja obrciem w koszmar to, co winno by dla niej przyjemnoci, Lea..,Myl, e chciaa si pniej ze mn zobaczy... Ale nie moga si zdecydowa... O ile to miao sens.

- Tak - powiedziaa Gada.

" Dwanacie lat: pewnie wtedy pierwszy raz Lea uwiadomia sobie, e inni ludzie mog mie wpyw na jej ycie bez jej kontroli, czy nawet wiedzy. To nie bya lekcja, jakiej dzieci ucz si z ochot czy atwoci " - pomylaa.

- Chciaa pracowa przy formowaniu szka i bya umwiona, e zostanie asystentk Ashley.

Gada gwizdna z podziwu. Formowanie szka to trudny i szanowany zawd. Tylko najzdolniejsi umieli budowa lustra soneczne. Wiele czasu zajmowao nauczenie si samej produkcji przyzwoitych, pustych w rodku pytek, czy pytek falicznych, jak na wieach. Ashley nie bya jedn z najlepszych, bya najlepsza.

- Czy Lea zrezygnowaa z tego ?

- Tak. Mogo by tak, e na zawsze. Zacza si jednak uczy w nastpnym roku. Ale miaa rok wykrelony z yciorysu.- Mwi powoli, spokojnie, bez emocji, jakby rozwaa to ju tyle razy w wyobrani, e wymusi rodzaj dystansu midzy sob a swoj pamici.  Oczywicie wrciem do nauczyciela, ale kiedy przebada moje reakcje dokadniej, okazao si, e potrafi utrzyma dyferen-cja temperatury tylko przez kilka godzin za jednym razem. To nie wystarczy.

- Nie - powiedziaa Gada, zamylona.

Zastanawiaa si wanie, czy nauczyciel by rzeczywicie dobry.

Gabriel odchyli si, eby spojrze jej w twarz.

- Sama widzisz, e nie mog z tob zosta na noc.

- Moesz. Prosz ci. Oboje jestemy samotni i oboje moemy sobie pomc. Zapa powietrze i wsta gwatownie.

- Czy nie rozumiesz ?... - krzykn,

- Gabriel!

Usiad wolno, ale nie dotkn jej.

- Ja nie mam dwunastu lat. Nie musisz si obwinia, e zajd w ci, jeli nie bd chciaa. Uzdrowiciele nie maj dzieci. Bieize-

my za siebie w tej dziedzinie cakowita odpowiedzialno, bo nie moemy sobie pozwoli na to, by dzieli j ze swymi partnerami.

- Nigdy nie macie dzieci ?

- Nigdy. Kobiety nie mog ich donosi, a mczyni nie zostaj ojcami. Wpatrywa si w ni.

- Czy mi wierzysz ? - upewnia si.

-1 nadal chcesz mnie, mimo e wiesz...?

W odpowiedzi Gada wstaa i zacza rozpina koszul. Bya nowa i miaa ciasne dziurki, wic cigna ja przez gow i rzucia na podog; Gabriel podnis si powoli, patrzc na ni wstydliwie. Gada rozpia mu koszul i spodnie, gdy wycign do niej ramiona. Kiedy spodnie zsuny mu si po wskich biodrach, zarumieni si.

- Co si stao ?

- Nie staem przed nikim nago od czasu, gdy miaem pitnacie lat.

- No c - powiedziaa Gada, rozchylajc wargi w umiechu -najwysza pora.

Ciao Gabriela byo rwnie pikne jak jego twarz. Gada rozpia swoje spodnie i rzucia je na stosik na pododze.

Biorc Gabriela do ka, wlizgna si obok niego pod pled. Mikki blask lampy rozjania jego jasne wosy i delikatn skr. Dra.

 - Odpr si - wyszeptaa Gada. - Nie ma popiechu.Wszystko to jest tylko dla przyjemnoci.

Jego napicie powoli opadao, gdy masowaa mu ramiona. Zdaa sobie spraw, e take bya spita, spita z podania, podniecenia i pragnienia. Zastanawiaa si, co te moe robi Arevin.

Gabriel obrci si na bok i obj j. Piecili si wzajemnie, a Gada umiechna si do siebie na myl, e chocia jedna noc nie zrekompensuje Gabrielowi ostatnich trzech lat, to przynajmniej bdzie dobry pocztek.

Szybko jednak zorientowaa si, e chopiec celowo przedua gr wstpn. Stara si sprawi jej przyjemno, cigle mylc i martwic si, jakby bya dwunastoletni Le, ktrej pierwsza satysfakcja seksualna zaleaa od niego. Gada nie znajdowaa przyjemnoci w tym, e kto si dla niej trudzi, e bya dla kogo obowizkiem. Na dodatek Gabriel bardzo stara si reagowa na jej

podniety. Nie udawao mu si to, robi si wic coraz bardziej zakopotany.

Gada dotkna go leciutko, muskajc twarz wargami.

Gabriel gwatownie odsun si od niej i odwrcony tyem, zwin si w kbek.

- Przepraszam - powiedzia.

Gos mia szorstki, tak e Gadzie wydawao si, i pacze. Usiada obok i zacza gadzi go po ramieniu.

- Powiedziaam ci, e nie bd sawic adnych da,

- Cigle myl...

Pocaowaa go w rami, pozwalajc aby jej oddech go poaskota.

- Mylenie to nie najlepszy pomys.

- Nic nie mog na to poradzi. Wszystko, co jestem w stanie komu da, to bl i kopoty.

- Gabrielu, impotent te moe da satysfakcj innej osobie. Tyle musisz wiedzie. W tej chwili rozmawiamy o tym, e jest to przyjemno dla ciebie.

Nie odpowiedzia, nie spojrza na ni. Drgn, gdy powiedziaa : " impotent", bo bya to jedyna rzecz, jakiej dotd sobie nie wmwi.

- Nie wierzysz w to, e przy mnie jeste bezpieczny, tak ? Odwrci si i popatrzy na ni.

- Lea nie bya bezpieczna przy mnie.

Gada podcigna kolana pod piersi i opara brod na piciach. Dugo wpatrywaa si w Gabriela, westchna i wycigna rk, aby mg zobaczy szramy i nakucia po ukszeniach wy.

- Nawet jedno z tych uksze" zabioby kadego, kto nie jest uzdrowicielem. Albo w sposb gwatowny i nieprzyjemny, albo powoli, cho te nieprzyjemnie.

Zamilka, aby lepiej dotaro do niego to, co powiedziaa.

- Wiele czasu powiciam na to, aby wyksztaci w swoim organizmie odporno na te trucizny - wyjania. -1 sporo nieprzyjemnoci musia znie. Nigdy nie choruj. Nie czepiaj si mnie adne infekcje. Nie dostan raka. Nie psuj mi si zby. System odpornociowy uzdrowicieli jest tak silny, e reaguj na wszystko, co obce. Wikszo z nas jest niepodna, bo produkujemy nawet przeciwciaa na wasne komrki rozrodcze. Nie mwic o cudzych.

Gabriel unis si na okciu.

- No to... skoro nie moecie mie dzieci, dlaczego powiedziaa, e uzrowiciele nie mog sobie na nie pozwoli Zrozumiaem, e nie macie czasu, aby je wychowa. Wic, jeli...

- My wychowujemy dzieci! - powiedziaa Gada. - Adoptujemy je. Pierwsze uzdrowicielki prboway zaj w ci. Wikszoci si nie udao. Kilka zdoao donosi cie, ale noworodki byy zdeformowane i pozbawione mzgu.

Gabriel odwrci si na plecy i wlepi wzrok w sufit. Westchn gboko.

- O bogowie!

- Bardzo starannie uczymy si kontroli nad podnoci. Gabriel nie odpowiedzia.

- Wci si martwisz. - Gada opara si na okciu obok niego, ale nie dotykaa go jeszcze.

Spojrza na ni z ironicznym, pozbawionym humoru wyrazem twarzy, na ktrej malowao si napicie i brak zaufania do siebie.

- Jestem wystraszony, tak mi si zdaje.

- Wiem.

- Czy kiedykolwiek si baa ? Tak naprawd ?

- O tak - odpara.

Pooya mu rk na brzuchu, gadzc palcami gadk skr i delikatne, ciemnozote loki. Nie byo wida, ze dry, ale Gada czua, jak wstrzsaj nim dreszcze przeraenia.

- Le spokojnie - powiedziaa. - Nie ruszaj si, pki ci nie powiem.

Zacza gaska go po brzuchu i udach, po biodrach i poladkach, koiiczc za kadym razem bliej organw pciowych, ale niedoty-kajac ich.

- Co robisz ?

- C... Le spokojnie.

Gaskaa dalej i mwia do niego gosem, ktry stawa si hipnotyczny, kojcy, monotonny. Czul jak Gabriel stara si za wszelk cen nie porusza, kiedy go piecia. Prbowa si opanowa, a dreszcze ustay. Nawet tego nie zauway.

-Gada!

- Co ? - spytaa niewinnie. - Czy co nie lak ?

- Nie mog...

- Ɯ...

Jkn. Teraz dra, ale ju nie ze strachu. Gada umiechna si; rozluniona pooya si obok i podcigna go, by odwrci si twarz do niej.

- Teraz moesz si rusza - powiedziaa.

Bez wzgldu na przyczyn - czy dlatego, e go askotaa, czy ze ujawnia przed nim tak dobrze mu znan bezbronno, czy moe dlatego, e po prostu by mody, zdrowy, mia osiemnacie lat i trzyletni okres przesyconego poczuciem winy samozaprzeczania -teraz czu si jak normalny mczyzna.

Gada zachowywaa si tak, jakby patrzya na wszystko z zewntrz, nie jak lubieny podgldacz, ale jak chodny obserwator. Byo to dziwne. Gabriel posiada wrodzon delikatno, a Gad zbliyo do niego jej poczucie osamotnienia. Jednak - cho po orgazmie czua mie odprenie - to przede wszystkim koncentrowaa si na Gabrielu. Chocia ochoczo odpacaa namitnoci za namitno, nie moga powstrzyma si od myli, czym byby seks z Arvinem.

Gabriel i Gada leeli blisko siebie, objci, spoceni; oddychali ciko. Dla Gady sama obecno kogo bya rwnie wana jak seks. Moe nawet waniejsza, bo z napiciem seksualnym atwo byo sobie poradzii;. Bycie samotn, a bycie sam, to byy dwie zupenie rne sprawy. Pochylia si nad Gabrielem i pocaowaa go w szyj i brod.

- Dzikuj - wyszepta.

Gada czul pod ustami wibracj dwiku.

- Uprzejmie prosz - odpowiedziaa. - Ale nie robiam tego bezinteresownie.

Lea przez chwil w milczeniu, trzymajc rk na zagiciu jej talii. Gada poklepaa jego do. By sodkim chopcem. Wiedziaa, e w tej myli zawierao si troch lekcewaenia dla niego, ale nie moga temu zaradzi,tak jak nie moga wyzby si pragnienia, eby zamiast Gabriela by tu Arevin. Potrzebowaa kogo, kto by si z ni dzieli, a nie kogo, kto czuby dla niej wdziczno.

Nagle Gabriel przytula si do niej mocno i ukry twarz w jej ramieniu. Pogadzia krtkie loczki na jego karku.

- Co mam teraz robi ? - Jego gos by stumiony, a ciepy oddech osiada na jej skrze. - Dokd pjd ?

Gada obja go i ukoysaa. Pomylaa nagle, e lepiej moe byo go odesa, kiedy proponowa, e przyle kogo innego i pozwoli



mu dalej nieprzerwanie wie wstrzemiliwy ywot. Jednak nie moga uwierzy, e naprawd by jednym z tych nieprzystosowanych, aosnych ludzi, ktrzy nigdy nie bd w stanie opanowa biokontroli.

- Gabrielu, jaki rodzaj treningu przeszede? Kiedy ci testowali? Jak dugo utrzymywae rnic temperatur? Czy dali ci znaczek?

- Jaki znaczek?

- May krek ze specjaln substancj w rodku, ktra zmienia kolor wraz z temperatur. Wikszo z tych, ktre ogldaam, zabarwia si na czerwono, gdy mczyzna utrzymuje temperatur genitaliw na dostatecznie wysokim poziomie.

Zamiaa si, przypomniawszy sobie znajomego, ktry by nieco prny i chepi si intensywnoci koloni swojego krka. Trzeba byo go namawia, by zdejmowa przyrzd przed pjciem do ka.

Ale Gabriel patrzy ze zmarszczonym czoem.-

- Dostatecznie wysokim?

- Tak, oczywicie, dostatecznie wysokim. Czy ci nie uczono, e wanie to naley robi?

Gabriel cign brwi, a utworzyy jedn lini, a przeraenie i zaskoczenie mieszay si na jego twarzy.

- Nasz nauczyciel uczy nas, eby obnia temperatur.

Znowu Gadzie przypomniaa si historia o prnym przyjacielu, a take par spronych kawaw. Miaa ochot gono si rozemia. Zdoaa jednak odpowiedzie Gabrielowi z kamienn twarz.

- Gabrielu, drogi przyjacielu, ile lat mia twj nauczyciel? Sto?

- Tak - odpowiedzia. - Co najmniej. To by bardzo mdry czowiek. To jest mdry czowiek.

- Mdry ? Nie wtpi, ale bardzo starowiecki -powiedziaa Gada. - Zacofany o co najmniej osiemdziesit lat. Obnianie temperatury moszny uczyni ci niepodnym, ale przegrzanie jest o wiele skuteczniejsze. I wydaje si, e o wiele atwiej si tego nauczy.

- Ale on mwi, e nigdy nie naucz si naleycie kontrolowa. Gada zachmurzya si, ale nie powiedziaa, o czym myIi-Zadne-mu nauczycielowi nie wolno mwi do ucznia w ten sposb.

- C, czsto jeden czowiek nie umie dogada si z drugim i wtedy wszystko co mona zrobi, to zmieni nauczyciela.

- Mylisz, e mgbym si nauczy? - spyta Gabriel.

-Tak.

Pohamowaa si, eby nie rzuci kolejnego ostrego komentarza o mdroci i umiejtnociach jego pierwszego mistrza. Lepiej bdzie, jeli mody czowiek sam dojdzie do tego, jakie bdy popeni nauczyciel. Oczywiste byo, e nadal ywi do niego zbyt wiele podziwu i szacunku. Gada nie chciaa doprowadzi do tego, by zacz broni starego czowieka; czowieka, ktry prawdopodobnie wyrzdzi mu najwiksz krzywd, jak tylko mg.

Gabriel cisn rk Gady.

- Co mam robi? Dokd pj? - Tym razem w jego gosie brzmiaa nadzieja i podniecenie.

- Dokdkolwiek. Byle tam, gdzie nauczyciel mczyzn obeznany jest z nowoczeniejszymi technikami, ni ten sprzed stu lat W ktr stron bdziesz jecha, gdy opucisz dom?

- Nie... wiem. Jeszcze nie zdecydowaem. - Spojrza w bok.

- Trudno jest odjecha - powiedziaa Gada. - Wiem. Ale to najlepsze wyjcie. Powi troch czasu na rozejrzenie si po wiecie. Zdecyduj, co bdzie dla ciebie najlepsze.

- Znale nowe miejsce - powiedzia Gabriel smutno.

- Mgby pojecha do Srddroa - zaproponowaa Gada.-Najle-psi nauczyciele o jakich syszaam mieszkaj wanie tam. A gdy ju skoczysz, moesz wrci. Nie bdzie powodu, aby mia postpi inaczej.

- Myl, e bdzie. Obawiam si, e nie bd w stanie ju nigdy wrci do domu. Nawet jeli naucz si tego, co powinienem, to tutejsi ludzie zawsze bd ywi co do mnie wtpliwoci. Plotki pozostan. - Wzruszy ramionami. - Musz jecha tak, czy owak. Obiecaem. Pojad do Srddroa.

- Dobrze. Gada signa za siebie i zmniejszya pomyk w lampie. - Mwiono mi, e nowa metoda ma te inne zalety.

- Co masz na myli? Dotkna go.

- Wymaga zwikszenia krenia krwi w rejonie narzdw. To wydua czas trwania stosunku. I zwiksza wraliwo.

- Ciekawe, czy sta mnie teraz na wyduenie stosunku? Gada miaa ju mu odpowiedzie powanie, kiedy zorientowaa si, e Gabriel zrobi pierwszy, niemiay dowcip o seksie.

- Sprawdzimy - powiedziaa.

Pospieszne pukanie do drzwi obudzio Gad grubo pized witem. Pokj ton w szaroci, co przesycao go atmosfera odrealnienia, wzmocnion przez pomaraczowe i rowe byski pomienia lampy. Gabriel spa gboko, lekko si umiechajc. Dugie rzsy ocieniay mu policzki. Odrzuci przykrycie i smuke pikne ciao leao odkryte do p uda. Gada niechtnie odwrcia si w stron drzwi.

- Prosz!

Niezwykle liczna moda suca wesza z umiechem. wiato z korytarza rozlao si na ku.

- Uzdrowicielko, burmistrz... - urwaa w p zdania i patrzya oszoomiona na Gabriela. - Burmistrz...

- Zaraz tam bd. - Gada wstaa, wskoczya w nowe spodnie i sztywn koszul? i posza za mod kobieta, do apartamentw burmistrza.

Krew z otwartej rany zaplamia ko, jednak Brian zrobi wszystko, co potrzebne byo przy pierwszej pomocy. Krwotok prawie usta. Burmistrz by miertelnie blady, rce mu dray.

- Gdyby nie by pan tak chory - powiedziaa Gada - zbesztaabym pana tak, jak pan na to zasuguje. - Zaja si bandaami. - Ma pan szczcie, e kto si panem tak troskliwie zajmuje - powiedziaa, kiedy Brian wraca ze wie pociel i sycha byo jego kroki. -Mam nadziej, e odwdziczy mu si pan za to.

- Mylaem...

- Niech pan sobie myli, co panu si podoba - przerwaa mu Gada. - Godne szacunku zajcie. Ale niech pan nie prbuje znowu wstawa.

- Dobrze - wymamrota, a Gada przyja to jako obietnic.

Zdecydowaa, e nie bdzie pomagaa przy zmianie przecierada. Kiedy to byo konieczne lub kiedy kogo bardzo lubia, nie miaa nic przeciwko takiej pracy. Czasami jednak potrafia by dumna do przesady. Wiedziaa, e bya wyjtkowo bezceremonialna wobec burmistrza, ale nie moga temu zaradzi.

Moda suca bya wysza od Gady i na pewno silniejsza od Briana. Chyba bdzie moga podnie burmistrza bez pomocy Bria-na. Gada wysza z pokoju i boso wracaa przez korytarz do ka.

- Prosz pani...?

Gada odwrcia si. Moda suca rozejrzaa si dookoa, jakby w obawie, e kto je zobaczy razem.

- Jak masz na imi?

-Larril.

- Larril, nazywam si Gada i nie lubi, jak kto" mwi do mnie: "prosz pani." Zgoda? Larril kiwna gow.

- O co chodzi ?

- Uzdrowicielko... w twoim pokoju widziaam... suca nie powinna wiedzie pewnych rzeczy. Nie chciaabym mwi le o kimkolwiek z rodziny - jej glos dra w napiciu. -Ale...Gabriel...on jest... - Zawstydzona i zmieszana nie moga z siebie wydusi nic wicej.

- Larril, nie martw si, wszystko w porzdku. On mi o wszystkim powiedzia. Odpowiedzialno spada na mnie.

- Wiesz o... niebezpieczestwie ?

- Powiedzia mi o wszystkim - powtrzya Gada. - Mnie nie grozi adne niebezpieczestwo.

- Bya bardzo wspaniaomylna - powiedziaa gwatownie Lavril.

- Bzdura. Chciaam go. A mam o wiele wicej dowiadczenia w kontroli ni dwunastolatka. Czy nawet osiem nastolatek, jeli ju o tym mwimy...

Larril unikaa jej spojrzenia.

- Ja te - powiedziaa. -1 tak mi go al. Ale....ale si baam. On jest taki pikny, e mona by pomyle o .... mona by rozluni kontrol niechccy. Nie mogabym ryzykowa. Zostao mi jeszcze sze miesicy, zanim moje ycie bdzie znowu do mnie naleao.

- Jeste przypisan tutaj niewolnic? Larril pokiwaa gowa..

- Urodziam si na Podgrzu. Rodzice mnie sprzedali. Zanim burmistrz wprowadzi nowe prawa, wolno im byo to zrobi. - Napicie w jej glosie koliodwalo z rzeczowymi, obojtnymi wyjanieniami. To byo na dugo przed tym, nim doszy mnie pogoski, ze sprzedawanie ludzi jest tu zakazane. Kiedy si o tym dowiedziaam, uciekam. A pniej wrciam.- Popatrzya na Gad niemal z paczem. - Zamaam sowo... - Wyprostowaa si i powiedziaa bardziej poufnym tonem.

- Byam dzieckiem i nie miaam wyboru co do rodzaju przypisywania. Nie miaam obowizku lojalnoci wobec adnego wlacicie-

la, ale miasto wykupio moje papiery. Musze by lojalna wobec burmistrza.

Gada zrozumiaa, ile odwagi musiaa mie Larril, aby to powiedzie.

- Dzikuj - rzeka. - Dzikuje, e powiedziaa" mi o Gabrielu. aden z nich nie zdobyby si a na tyle. Jesiem wobec ciebie zobowizana.

- Ale skd uzdrowicielko! Nie miaam zamiaru... W glosie Larril brzmiao co jakby nage zawstydzenie. Zaniepokoio to Gad. Zastanawiaa si, czy Larril nie obawia si, e osobiste powody rozmowy z Gada wydaj si podejrzane.

- Nie miaam lego na myli - powiedziaa Gada. - Czy jest co, co mog dla ciebie zrobi ?

Larril potrzsna gow tylko raz, szybko, w gecie zaprzeczenia bardziej sobie, ni Gadzie.

- Obawiam si, e nikt nie jest w stanie mi pomc.

- Powiedz mi.

Larril zawahaa si i usiada na pododze. Ze zoci podcigna nogawk spodni. Gada przykucna obok.

- O bogowie! - powiedziaa.

Larril miaa nad pit przebit nog, miedzy koci a cignem Achillesa. Wygldao na to. e kto zastosowa gorce elazo. Rana zablinia si wok maego kka z czarnego, krystalicznego metalu. Gada jedn rka wzia Larril za pit, a drug pomacaa kko. Nie byo wida ladw spojenia.

Gada zmarszczya czoo.

- To po prostu okruciestwo.

-Jeeli jeste wobec nich nieposuszna, maj prawo ci oznaczy - wyjania Larril. - Prbowaam uciec, powiedzieli wic, e sprawi, abym pamitaa, gdzie jest moje miejsce.

Zo kaleczya agodno jej gosu. Gada wstrzsn dreszcz.

- Przez to zawsze bd niewolnic - powiedziaa Larril.

Gdyby to byy tylko blizny, nie miaabym takich obiekcji. -Zabraa stop z rki Gady. - Widziaa kopuy w grach? To z tego robi te piercienie.

Gada zerkna na jej drug pit, te przebia, te z kkiem. Teraz poznaa szaraw, pprzeroczysta substancj, cho nigdy

przedtem nie widziaa ani jednego zrobionego z niej przedmiotu; tylko kopuy, ktre rozpieray si w nieoczekiwanych miejscach, tajemnicze, niezniszczalne.

- Kowal prbowa to rozci - powiedziaa Larril. - Kiedy nie udao mu si nawet zadrasn powierzchni, tak by zawstydzony, e jednym uderzeniem rozama elazny prt, aby udowodni, co potrafi. - Dotkna mocno napitego cigna uwizionego w delikatnym piercieniu. - Jak ju raz kryszta stwardnieje, zostaje na zawsze, tak jak kopuy. Chyba e si przetnie cigno, ale wtedy kulejesz. Czasem wydaje mi si, e wolaabym to. - Zarzucia z powrotem nogawki, aby zakry piercienie. - Widzisz wic, e nikt nie moe mi pomc. To prno, wiem. Wkrtce bd wolna, bez wzgldu na to, co oznaczaj te kka.

- Tutaj nie mog ci pomc - powiedziaa Gada. - Zreszt byoby to niebezpieczne.

- Mylisz, e mogaby co w ogle zrobi?

- Mona by sprbowa w orodku uzdrowicieli.

- Och, uzdrowicielko...

- Larril, to si wie z ryzykiem. - Na swojej kostce zademonstrowaa, co trzeba by byo zrobi. - Nie przecinalibymy cigna, odcignlibymy je. Wtedy piercie mgby spa. Ale do dugo miaaby nog w gipsie. I nie ma pewnoci, e cigna wygoiyby si prawidowo. Nogi moe ju nie byyby tak mocne jak teraz. Moliwe, e cigna nie chciayby si z powrotem przyczepi.

- Rozumiem... - powiedziaa Larril z nadziej i radoci w gosie. Chyba nawet dobrze nie suchaa lego, co Gada do niej mwia.

- Czy obiecasz mi jedn rzecz?

- Tak uzdrowicielko, oczywicie.

- Nie podejmuj decyzji teraz. Ani ju po tym, gdy skoczy si twoja suba w Podgrzu. Poczekaj kilka miesicy. Upewnij si. Kiedy ju bdziesz wolna, moe si okaza, e nie ma to dla ciebie adnego znaczenia.

Larril spojrzaa na ni dziwnie i Gada czul, e za chwil spyta, jak uzdrowicielka czuaby si na jej miejscu. Poniechaa jednak tego pytania, sdzc zapewne, e byoby to niegrzeczne.

- Obiecujesz?

- Tak, uzdrowicielko. Obiecuj. Wstay.

- No, lo dobrej nocy - powiedziaa Gada.

- Dobrej nocy, uzdrowicielko. Gada posza w kierunku sypialni.

- Uzdrowicielko?

-Tak?

Larril zarzucia jej ramiona na szyj i przytulia.

- Dzikuj.

Pucia ja., zmieszana. Skieroway si kada w swoj stron?, ale Gada jeszcze raz odwrcia si.

- Larril, skd waciciele niewolnikw bior piercienie? Nigdy nie syszaam, eby kto umia pracowa w tym materiale.

- Daj je im ludzie z Miasta - odpara Larril. - adnych uytecznych rzeczy. Tylko piercienie.

- Dzikuj.

Gada wrcia do ka, rozmylajc o Centrum, ktre dawao acuchy dla niewolnikw, a nie chciao rozmawia z uzdrowicielami.

7

Gada obudzia si wczeniej ni Gabriel, tu pod koniec nocy, gdy brzask zaczyna przedziera" si przez ciemnoci. Saba, szara powiata rozwietlia pokj. Dziewczyna pooya si na boku, podpara na okciu i obserwowaa swego kochanka. Gdy spa, by -o ile to w ogle moliwe - jeszcze pikniejszy. Wycigna rk, ale zatrzymaa si w pl geslu, zanim dotkna Gabriela. Lubia kocha si rano, ale nie chciaa go budzie".

Odwrcia si na plecy. Ostatnia noc nie bya najprzyjemniejszym dowiadczeniem erotycznym jej ycia, poniewa Gabriel, moe nie do koca niezdarny, by jednak nieporadny i brakowao mu dowiadczenia. Mimo, e nie doznaa cakowitej satysfakcji, nie uwaaa jednak, i spanie z Gabrielem nie byo w ogle przyjemne.

Zamylia si nad przeyciami ostatnich dni. Ze zdziwieniem stwierdzia, e jednak troch si boi.

Oczywicie - nie czua zagroenia ze strony Gabriela; ju sama taka myl bya mieszna. Ale nigdy przedtem nie bya z mczyzna, ktry nie umia kontrolowa swojej podnoci. Faktem jest, e to wprawiao j w lekkie zakopotanie, nie moga zaprzeczy. Jej samokontrola bya bez zarzutu; miaa do siebie w tej dziedzinie cakowite zaufanie. A zreszt, gdyby przez jaka ironi losu zasza w ci, atwo moga j usun, nie wywoujc takich skutkw ubocznych jak u Lei.

Nie, jej niepokj niewiele mia wsplnego z konsekwencjami tej nocy. To po prostu wiadomo uomnoci Gabriela odpychaa j od niego. Wychowaa si w przekonaniu, e jej kochankowie bd si kontrolowali, wiedzc e ona bdzie czyni to samo. Nie moga mie takiej pewnoci z Gabrielem, chocia kopoty, jakie przeywa, nie byy przeze zawinione. Po raz pierwszy zrozumiaa w peni, jak samotny musia by przez ostatnie trzy lata i jakie reakcje wzbudza w innych ludziach. Westchna smutno i zacza go gaska. Przesuwaa opuszkami palcw po skrze, budzc go agodnie, zapominajc o swoim wahaniu i niepokoju.

Gada schodzia po urwisku, niosc torb z wami. Sza do Byskawicy. Musiaa te zajrz; do kilku swoich pacjentw w miecie, a przez cae przedpoudnie miaa zamiar prowadzi szczepienia. Gabriel zosta w domu ojca, pakowa si i przygotowywa do podry.

Lisek i Byskawica a lniy, tak byy zadbane. Stajennego Rasa nigdzie nie byo wida. Gada wesza do boksu Liska, eby obejrze jego nowo podkut nog. Podrapaa go za uchem. Na stryszku ponad jej gowa zaszelecio siano, ale chocia Gada czekaa, nie usyszaa nic wicej.

- Bd musiaa poprosi stajennego, aby przegoni ci po wybiegu - powiedziaa i znw zacza nasuchiwa.

- Objad go dla pani - wyszeptao dziecko.

- A skyd mog wiedzie, czy potrafisz jedzi?

-Potrafi.

- Chod na d, prosz.

Dziewczynka wyszia powoli przez otwr w suficie, zwiesia si. na rkach i skoczya tai pod nogi Gady. Stana ze spuszczona gow.

- Jak masz na imi?

Maa wymamrotaa jakie dwie sylaby. Gada przyklka i zapaa j za rami.

- Przepraszam, nie usyszaam.

Dziewczynka podniosa wzrok. Siniec schodzi jej ju z twarzy.

- M...Melissa.

Powiedziaa swoje imi tak, jakby chciaa si przed czym obroni lub sprowokowa Gad, aby ta jej zaprzeczya. Gada zastanawiaa si, co dziecko rzeko za pierwszym razem.

- Melissa - powtrzya dziewczynka, jakby wsuchujc si w brzmienie tego sowa.

- Ja mam na imi Gada, Melisso - Gada podaa jej rk, ktr dziecko ostronie potrzsno. - Objedziesz Liska dla mnie?

-Tak.

- Moe troch wierzga.

Melissa zapaa za krawd* drzwi stajni i podcigna si na rkach.

- Widzi pani tego tam?

Na pastwisku za droga sta wspaniay srokary ogier, wysoki na ponad siedemnacie doni. Gada zauwaya go wczeniej; kuli uszy i szczerzy zby, ilekro kto przechodzi obok.

- Jed na nim - powiedziaa Melissa.

- O moi bogowie! - Gada wyrazia najszczerszy podziw.

- Tylko ja potrafi - powiedziaa Melissa. - Ja i jeszcze jeden.

-Kto, Ras?

- Nie - odpara Melissa z pogard. - On nie. Tamten z zaniku, co ma te wosy.

-Gabriel?

- Chyba tak. Ale on nie schodzi tu czsto, wic objedam jego konia. - Melissa zeskoczya na podog. - On jest znakomity. Ale pani kucyk jest bardzo miy.

Wobec kompetencji dziewczynki. Gada nie miaa dalszych obiekcji.

- Dzikuj zatem. Bd szczliwa, e jedzi na nim kto, kto zna si na rzeczy.

Melissa wspia si na b i znikna na stryszku, nim Gada zdoaa zainteresowa czym dziewczynk i jeszcze z ni porozmawia. Bdc na grze, Melissa poprosia niemiao:

- Niech mu pani powie, e mam pozwolenie, dobrze? - Chwilowa pewno siebie znikna z jej gosu.

- Oczywicie, powiem - przyrzeka Gada. Melissa ju si wicej "ie odezwaa.

Gada osiodaa Byskawic i wyprowadzia j na zewntrz, gdzie natkna si na stajennego.

- Melissa ma zamiar objecha dla mnie Liska - poinformowaa go. - Powiedziaam, e moe.

-Kto?

- Melissa.

- Twoja pomocnica  powiedziaa Gada. - Rudowose dziecko.

- Mwi pani o Brzydaku? - Rozemia si. Gada poczua, e czerwieni si ze zoci.

- Jak miesz pitnowa dziecko w ten sposb?

- Pitnowa? J? W jaki sposb? e mwi jej prawd? Nikt nie chce na ni patrze, wic lepiej, eby o tym nie zapominaa. Czy niepokoia pani?

Gada wsiada na konia i spojrzaa na niego z gry.

- A pici uywaj lepiej wobec kogo swoich rozmiarw. Spia obcasami klacz, ktra wyrwaa do przodu, zostawiajc z tyu i Rasa, i zamek, i burmistrza.

Dzie przeszed szybciej, ni Gada si spodziewaa. Kiedy ludzie dowiedzieli si, e w Podgrzu jest uzdrowicielka, zaczli poda do niej z caej doliny. Przyprowadzali mae dzieci, aby je zaszczepia i starszych ludzi z chronicznymi dolegliwociami, ktrym -podobnie jak Grum z jej artretyzmem - nie moga za bardzo pomc. Szczcie jej nie opuszczao, bo mimo, i miaa kilku pacjentw z powanymi infekcjami, guzami, a nawet par przypadkw chorb zakanych, nie byo nikogo, kto by umiera. Ludzie z Podgrza byli niemal tak samo zdrowi, jak pikni.

Spdzia cae popoudnie, pracujc na parterze t&spody, w ktrej pierwotnie miaa si zatrzyma. By to centralny punkt miasta. Wacicielka przywitaa j serdecznie. Wieczorem ostami z rodzicw wyprowadzi! z pokoju ostatnie, zapakane dziecko. Gada aowaa, e nie ma tu Pauli, ktra opowiadaaby maluchom dowcipy i historyjki. Oparta o krzeso, przecigaa si t ziewaa. Zamkna oczy.

Nagle otworzyy si drzwi. Usyszaa kroki i szelest dugiej sukni, a do jej nozdrzy dolar ciepy aromat zioowej herbaty. Lainie, wacicielka, postawia tac na stole obok. Lainie bya przystojn, mi kobiet w rednim wieku, do mocno zbudowana. Przysiada obok, nalaa dwa kubki herbaty i podaa jeden dziewczynie.

- Dziki. - Gada wdychaa par.

Piy herbat przez par minut, a Lainie przerwaa milczenie:

- Ciesz si, e przyjechaa - powiedziaa. - Dawno ju w Podgrzu nie byo adnego uzdrowiciela.

- Wiem - przyznaa Gada. - Nie moemy zbyt czsto zaglda tak daleko na poudnie.

Ciekawio j, czy Lainie tak samo jak ona wie, e te nie odlego midzy Podgrzem a orodkiem uzdrowicieli stanowia problem.

- Gdyby jaki uzdrowiciel si tu osiedli...- zagaia Lainie - miasto chtnie okazaoby sw wdziczno. Jestem pewna, e burmistrz bdzie chcia z tob o tym porozmawia jak nieco wydobrzeje. Ja jestem czonkiem rady i mog ci zapewni, e jego propozycja znajdzie poparcie.

- Dzikuje. Lainie. Bd o tym pamita.

- To znaczy, ze mogaby zosta?

- Ja... - Wpatrywaa si w herbat, zaskoczona.

Nawet jej nie przyszo do gowy, e Lainie kierowaa zaproszenie bezporednio do niej. Podgrze ze swoimi piknymi j zdrowymi mieszkacami byo wietnym miejscem dla uzdrowiciela, ktry chciaby osiedli si po yciu spdzonym na cikiej pracy.

- Nie, ja nie mog. Wyjedam jutro rano. Ale gdy wrc do domu, powiem innym uzdrowicielom o waszej ofercie.

- Jeste pewna, e nie chcesz zosta?

- Nie mog. Nie mam jeszcze seniorstwa, aby mc zaakceptowa tak propozycj.

-1 musisz jutro wyjecha?

- Tak. Szczerze mwic, nie mam zbyt wiele pracy w Podgrzu. Jestecie wszyscy zdrowi - umiechna si. Lainie zamiaa si szybko, ale nadal mwia powanie:

- Jeeli czujesz, e musisz odjecha, bo miejsce, w ktrym si zatrzymaa...bo potrzebujesz czego bardziej stosownego do pracy...- zawahaa si - moja gospoda stoi przed tob otworem.

- Dzikuj. Jeli miaabym zosta duej, to bym si tu przeprowadzia. Nie chciaabym naduywa gocinnoci burmistrza. Ale naprawd musz jecha.

Zerkna na Lainie, ktra znw si zamiaa. Rozumiay si.

- Czy zostaniesz na noc? - spytaa Lainie. - Musisz by zmczona, a droga jest daleka.

- Och nie, to przyjemna przejadka - powiedziaa. - Odpra.

Gada ruszya do rezydencji burmistrza ciemnymi uliczkami. Rytmiczny stukot kopyt Byskawicy tworzy to dla marze. Gada drzemaa, a klacz sza sama. Zamglony ksiyc rzuca cienie na kamienie. Nagle Gada usyszaa zgrzytanie podkutych butw o bruk. Byskawica gwatownie skoczya w bok. Tracc rwnowag. Gada zapaa si za k sioda, a drug rk za grzyw. Prbowaa z powrotem dobrze usi. Kto pochwyci j za koszul i uwiesi si, chcc cign z konia. Jedn rk uderzya napastnika. Pi zelizgna si po szorstkim ubraniu. Uderzya powtrnie, lecz w tym samym momencie spada z konia. Mczyzna zacharcza i puci j. Wdrapaa si na grzbiet Byskawicy i kopna j po bokach. Kort skoczy w przd. Napastnik cigle trzyma si sioda. Gada syszaa

stukot butw, gdy prbowa biec za nimi. Cign siodo do siebie. Przechylia si w drug stron, kiedy mczyzna ja puci.

Uamek sekundy pniej Gada cigna cugle. Nie byo torby z wami. Zawrcia Byskawic i pogalopowaa za uciekajcym zodziejem.

- Stj! - zawoaa.

Nie chciaa na niego najeda koniem, ale mczyzna nie mia zamiaru usucha. Mg w kadej chwili da nura w jaka ciemn uliczk, zbyt ciasn dla konia i jedca, i nim zdyaby zsi i pobiec za nim, ju by go nie byo.

Gada pochylia si. Zapaa go za ubranie. Rzucia si mu na plecy. Obydwoje zwalili si na ziemi. Zodziej padajc zdoa si uchyli, tak te Gada runa sil bezwadnoci na bruk. Jakim cudem udao si jej przytrzyma bandyt.

Z trudem apaa oddech. Chciaa mu powiedzie, eby zostawi torb, ale nie bya w stanie si odezwa. Zamierzy si i poczua ostry bl na czole, na linii wosw. Oddala cios i potoczyli si, szamocc, po ulicy. Cay czas syszaa, jak torba trze o bruk. Podniosa si i zapaa j. To samo zrobi zakapturzony mczyzna. W rodku wciekle grzechota Piasek. Walczcy cignli za torb z obu stron, jak dwoje dzieci podczas zabawy.

- Pu! - wrzeszczaa Gada.

Wydawao si jej, e jest coraz ciemniej. Widziaa niewyranie, cho nie uderzya si w gow.

- Nie ma tu nic, co mogoby ci si przyda'!

Przeciwnik pocign torb ku sobie, jczc desperacko. Gada popucia na chwil, apotem szarpna silnie z powrotem. Wyrwaa torb. Bya tak zaskoczona, i ten dziecinny chwyt poskutkowa, e a zatoczya si do tyu. Wyldowaa na poladkach i okciu. Zajczaa lekko z blu, bo przez rk, uderzon w czue miejsce, przebieg prd. Nim zdoaa si podnie, napastnik uciek w d ulicy. Gada wstaa. okie trzymaa przy boku; drug rk kurczowo ciskaa uchwyt torby. W trakcie walki nie zwracaa uwagi na bl. Otara tware. Widziaa ju nieco lepiej. Jej oczy zalewaa krew z rozcitego czoa. Postpia o krok i zachwiaa si: miaa stuczone prawe kolano. Pokutykaa do klaczy, ktra parskna bojazliwie, ale nie ucieka. Gada poklepaa j.

Nie miaa ju ochoty na konne przejadki, ani w ogle na nic. Bardzo chciaa wypuci Mg i Piaska, eby si upewni, czy nic im si nie stao, ale wiedziaa, e to byoby ponad wytrzymao klaczy. Przytroczya torb z tyu sioda i wspia si na grzbiet.

Po chwili zatrzymaa klacz przed drzwiami stajni, ktre nagle wyrosy przed ni w ciemnoci. Byo jej niedobrze i miaa zawroty gowy. Chocia nie stracia zbyt wiele krwi, a napastnik nie uderzy jej na tyle mocno, aby spowodowa wstrzs mzgu, to wyzwolona adrenalina przestaa dziaa i Gada czuta si cakowicie pozbawiona energii.

Nabraa powietrza w puca.

- Stajenny!

Przez chwil nikt nie odpowiada, a pniej, pi metrw ponad ni, otworzyy si drzwi od stryszku, klekoczce lunymi zawiasami.

- Nie ma go tutaj, prosz pani - powiedziaa Melissa. - On sypia na zamku. Czy ja mog pomc?

Gada spojrzaa w gr. Dziewczynka pozostawaa ukryta w ciemnociach, poza zasigiem wiata ksiyca.

- Miaam nadziej, ze ci nie obudz...

- Prosz pani, co si stao? Pani caa krwawi!

- Nie. Ju przestao. Mogaby pojecha za mn na wzgrze? Moesz si z tyu, a pniej sprowadziaby Byskawic do stajni.

Melissa chwycia za dwa koce liny w maym bloczku, umocowanym nad otworem wiodcym na stryszek i zjechaa na rkach.

- Zrobi wszystko, o co pani poprosi - powiedziaa cicho.

Gada nachylia si, a Melissa chwycia j za rk i wskoczya na ty sioda. Wszystkie dzieci na wiecie pracoway - Gada wiedziaa o tym - ale rka dziesicioletniej dziewczynki bya szorstka i stwardniaa jak u dorosego robotnika.

Gada cisna klacz kolanami i Byskawica ruszya. Melissa trzymaa si tylnego ku; to niewygodny i trudny sposb utrzymania si na koniu. Gada signa do tyu i uoya rce dziecka na swej talii. Melissa bya tak samo sztywna i przeraona jak Gabriel.

Gada zastanawiaa si, czy dziewczynka czasem nie czekaa duej od niego, aby kto dotkn j z czuoci.

- Co si stao? - spytaa Melissa.

- Ko prbowa mnie obrabowa.

- Prosz pani, to okropne. W Podgrza nikt nikogo i nigdy nie okrada.

- Chcia zabra mi moje we.

- To musia by jaki wariat - powiedziaa Melissa. Dreszcz przebiegi Gadzie po plecach, gdy skojarzya fakty.

- O bogowie! - przerazia si. Przypomniaa sobie pustynny strj, jaki nosi napastnik. - To by ten szaleniec!

-Co?

- Szaleniec. Nie, nie szaleniec. Szaleniec nie jechaby za mn tale daleko. On czego szuka. Ale czego? Nie mam nic, co mogoby si komu przyda. Nikomu oprcz uzdrowiciela nie s potrzebne we.

- Moe to z powodu Byskawicy, prosz pani. To dobry ko, a ja nigdy przedtem nie widziaam takiej uprzy.

- Przewrci mj obz do gry nogami zanim jeszcze dostaam Byskawic.

- A wiec to prawdziwy wariat - rzeka Melissa. - Nikt nie okradaby uzdrowiciela.

- Wolaabym, aby mnie nie pocieszaa w ten sposb - powiedziaa cierpko Gada. - Jeli on nie prbuje mnie obrabowa, to czego ode mnie chce?

Melissa mocniej zacisna rce wok talii Gady; jej rka natrafia na rkoje noa.

- Dlaczego go pani nie zabia? - spytaa. - Albo przynajmniej nie porania porzdnie? Gada dotkna gadkiej, kocianej rkojeci.

- Nigdy nawet o tym nie pomylaam - odpara. - Nigdy nie uyam noa przeciwko drugiemu czowiekowi.

Zacza si zastanawia, czy w ogle byaby w stanie to zrobi. Melissa nic nie mwia.

Byskawica wspinaa si traktem. Kamyki wypryskiwaly spod jej kopyt i stukay, toczc si po stromimie urwiska.

- Czy Lisek dobrze si sprawowa? - spytaa w kocu Gada.

- Tak, prosz pani. I ju zupenie nie kuleje.

- To dobrze.

- miesznie si na nim jedzi. Nigdy przedtem nie widziaam konia w takie paski.

- Musiaam zrobi cos" oryginalnego, zanim zostaam pasowana na uzdrowiciela. Zrobiam wic Liska * wyjaniaa. -Nikt przede mn nie wyizolowa tego genu.

Zdaa sobie spraw, e Melissa nie ma zielonego pojcia, o czym jej opowiada. Zastanawiaa si, czy walka nie miaa gorszych skutkw ni przypuszczaa.

- Pani go zrobia?

- Zrobiam... lekarstwo... ktre sprawio, e si urodzi taki, jaki jest. Musiaam zmieni jaka yw istot bez zrobienia jej krzywdy, by udowodni, e jestem dostatecznie dobra, aby pracowa nad dokonywaniem przemian w wach. W ten sposb moemy leczy wicej chorb.

- Chciaabym umie" robi co takiego.

- Melisso, ty potrafisz jedzi konno tak, jak ja nawet w poowie nie potrafi. Melissa nie odzywaa si.

- Co nie tak?

- Miaam by dokejem.

Bya maym, drobnym dzieckiem i potrafia jedzi prawie na wszystkim.

- No to dlaczego... - Gada ucia, bo uwiadomia sobie, dlaczego Melissa nie moe by dokejem w Podgrzu. Po chwili dziewczynka powiedziaa:

- Burmistrz yczy sobie, aby jego dokeje byli tak samo pikni, jak jego konie.

Gada wzia rczk Melissy i ucisna ja lekko.

- Przepraszam.

- W porzdku, prosz pani.

wiata dziedzica ju do nich docieray. Kopyta Byskawicy postukiway na kamieniach. Melissa zelizgna si z konia.

- Melisso?

- Niech si pani nie martwi, prosz pani. Odprowadz pani klacz. Hej! - zawoaa. - Otworzy bram!

Gada zsiada i odwizaa torb z wami. Uzdrowicielka bya caa zesztywniaa. Chore kolano bolao potwornie.

Brama rezydencji uchylia si i wyjrza przez ni sucy w nocnym stroju.

-Kto tam?

- "fo pani Gada - odezwaa si Melissa z ciemnoci. - Jest ranna.

- 'Czaj si dobrze - chciaa powiedzie Gada, ale zamiast tego jkna z blu, poruszywszy stuczonym kolanem.

Sucy odwrci si, by wezwa pomoc. Na dziedzicu sycha byo bieganin.

- Dlaczego nie wjechaycie do rodka? - wycign rk, by podeprze Gad. Dziewczyna lekko j odsuna. Nadbiegli inni ludzie i otoczyli j.

- Chod wzi konia, dumy dzieciaku!

- Zostawcie j w spokoju! - powiedziaa Gada. - Dzikuj, Melisso.

- Nie ma za co, prosz pani.

Gdy Gada wesza do sklepionej sieci, Gabriel wanie schodzi, czapic po ogromnych, krconych schodach.

- Gada, co si dzieje?... Dobrzy bogowie! Co si stao?

- Nic mi nie jest - powtarzaa. - Po prostu miaam utarczk z niekompetentnym zodziejem.

To byo jednak co wicej. Teraz o tym wiedziaa.

Podzikowaa sucym i posza z Gabrielem na gr, do poudniowej wiey. Stal, zaniepokojony i niecierpliwy, gdy ogldaa Mg i Fiaska; nakania j, aby najpierw zaja si sob. We nie odniosy adnych obrae, wic Gada zostawia je w przegrdkach i posza do ani.

Ktem oka dostrzega w lustrze swoje odbicie: twarz pokryta krwi, wosy przylepione do czaszki i dwoje ledwo wyzierajcych spod nich oczu.

- Wygldasz, jakby kto omal ci nie zamordowa. - Gabriel odkrci wod, przynis myjki i rczniki.

- Czyby?

Gabriel zacz obmywa jej ran pod wosami na czole. Gada zobaczya j w lustrze: rozcicie byo pytkie, musiao by zrobione jakim piercieniem, a nie go rk.

- Moe powinna si pooy?

- Rany na gowie zawsze tak krwawi - odpowiedziaa. - To nie takie straszne, jak wyglda. - Spojrzaa po sobie i rozemiaa si smutno. - Nowe koszule nigdy nie s wygodne, ale to nie najlepszy sposb, aby je znosi.

Rami i szew na okciu byy rozdarte. Spodnie rwnie nie byy cale. Przez dziury widziaa wiee siniaki.

- Dam ci nowe - powiedzia Gabriel. - Nie mog uwierzy w to, co si stao. W Podgrzu prawie nie ma rabunkw, t wszyscy wiedz, e jeste uzdrowicielk. Kto zaatakowaby uzdrowiciela?

Gada wyja z rki Gabriela pcienko i dokoifczya obmywanie rany. On robi to zbyt delikatnie, a nie miaa ochoty, aby rana zablinia si z brudem i kawakami wiru.

- Nie zaatakowa mnie nikt z Podgrza - powiedziaa.

Gabriel moczy jej kolano wraz ze spodniami, eby odklei materia, przylepiony zaschnita krwi. Gada opowiedziaa mu o sza-lelicu.

- Dobrze chocia, e nie by to nikt z naszych ludzi - powiedzia. - Obcego atwiej bdzie znale".

- Moe i tak. Ale szaleniec umkn ludziom pustyni. A miasto daje o wiele wicej moliwoci ukrycia si.

Wstaa. Kolano bolaojeszcze bardziej. Pokutykaa do ogromnej wanny i odkrcia gorca wod. Gabriel pomg jej zdj ubranie i usiad obok, podczas gdy ona moczya w wodzie obolae miejsca. Denerwowa si, zy na to, co si stao.

- Gdzie bya, kiedy szaleniec ci zaatakowa? Rozka stranikom miejskim, eby przeszukali tej rejon.

- Gabrielu, zostaw ju to dzisiaj. Mina co najmniej godzina. Jego od dawna tam nie ma. Wszystko, co zdziaasz, to tyle, e wyrwiesz ludzi z ich ciepych ek, eby biegali po miecie i wyrywali innych ludzi z ich ciepych ek.

- Chc co zrobi.

- Wiem. Ale teraz nie mona nic zrobi. - Pooya si i zamkna oczy.

- Gabrielu - odezwaa si nagle po kilku minutach milczenia, - Co si stao Melissie?

- Komu?

- Melissie. Maej pomocnicy stajennego, ktra ma blizny po oparzeniu. Ma z dziesi - jedenacie lat. I rude wosy,

- Nie wiem. Nie sdz, ebym j kiedykolwiek widzia.

- Objeda twojego konia.

- Objeda mojego konia?! Dziesicioletnie dziecko? To komiczne!

- Powiedziaa mi, e go objeda. Nie wygldao na to, e kamie.

- Moe siedzi na grzbiecie, kiedy Ras prowadzi go na pastwisko. Nie jestem jednak pewien, czy kod znisby nawet tyle. Ras nie potrafi na nim jedzi, a co dopiero dziecko.

- Ach, nie ma sprawy - ustpia Gada. Moe Melissa chciaa po prostu wywrze na niej wraenie? Nie zdziwiaby si, gdyby dziecko fantazjowao. Ale nie moga tak atwo zwtpi w stwa Melissy. - To nieistotne - powiedziaa do Gabriela. - Chciaabym tylko wiedzie, jak si poparzya.

- Nie wiem.

Gada, skrajnie wyczerpana, obawiaa si, ze unie, jeli poley w wodzie chwil duej. Wygramolia si z wanny. Gabriel okry j ogromnym rcznikiem; wytar jej plecy i nogi, gdy Gada nie moga si schyli.

- W stajni by poar - powiedzia nagle. - Cztery, czy pi lal temu. Ale nie mylaem, e kto zosta poparzony. Ras zdoa uratowa wszystkie konie.

- Melissa ukrywaa si przede mn - powiedziaa Gada. - Czy moliwe, eby ukrywaa si przez cztery lata? Gabriel milcza przez moment.

- Jeeli ma blizny... - Wzruszy zakopotany ramionami. - Nie lubi o tym myle, ale ja ukrywaem si przed wszystkimi prawie trzy'lata. Myl, ze to moliwe.

Pomg jej doj do sypialni i zatrzyma si tu przed drzwiami. Nagle sta si nieporadny jak dziecko. Gada zorientowaa si natychmiast, e znw go prowokowaa swym zachowaniem, tym razem zupenie niewiadomie. Bardzo chciaa zaoferowa mu miejsce w swoim ku tej nocy. Chtnie zasnaby w czyim towarzystwie. Ale nie bya niezmordowana. W tym momencie nic miaa zupenie siy na seks, nawet na okazywanie sympatii, a nie chciaa podrani go jeszcze bardziej, kac mu lee niewinnie obok przez ca noc.

- Dobranoc... Gabrielu - powiedziaa. - Chciaabym, abymy mogli przey ostatni noc jeszcze raz.

Dobize zapanowa nad rozczarowaniem. Pocaowali si na dobranoc. Wszystko, co wstrzymywao j przed zaproszeniem go do ka, to wiadomo, jak bdzie czua si rano po dzisiejszym fizycznym i emocjonalnym stresie. Dodatkowy wysiek - choby nawet bya nim dajca zadowolenie namitno - mg tylko pogorszy jej stan.

- Cholera! - powiedziaa Gada, gdy Gabriel przesta ja caowa. -Ten szaleniec cigle powiksza swoje konto.

Haasy obudziy Gad z gbokiego, penego snu. Pomylaa sobie, e to Larril przysza wezwa j do burmistrza, ale nikt si nie odzywa. wiato z korytarza rozwietlio na chwil pokj, pniej drzwi si zamkny i znw zapanowa mrok. Gada leaa bez ruchu. Syszaa, jak bije jej serce, kiedy przygotowywaa si do obrony, przypominajc sobie, co Melissa mwia o nou.W obozie zawsze miaa go pod rk, cho bardziej spodziewaa si ataku teraz, kiedy spaa w domu burmistrza. Jednak tej nocy jej pas i n leay gdzie na pododze, tam gdzie je porzucia moe i nawet w azience. Nie moga sobie przypomnie.

" O czym ja myl? - dziwia si - Przecie nawet nie wiem, jak si walczy noem."

- Pani Gado? - odezwa si gos tak cichy, e ledwie go syszaa. Odwrcia si i usiada sztywno, zupenie ju przebudzona, rozluniajc zacinite odruchowo pici.

- Co? Melissa?

- Tak, prosz pani.

- Dziki bogom, e si odezwaa. Omal ci nie uderzyam.

- Przepraszam... Nie miaam zamiaru pani budzi. Ja tylko... chciaam si tylko upewni...

- Czy stao si co zego?

- Nie, ale nie wiedziaam, czy z pani wszystko w porzdku. Zawsze widz tu zapalone wiato i pomylaam, ze nie wszyscy jeszcze poszli spa. Pomylaam, e bd moga kogo spyta. Tylko... e... nie mogam. Lepiej sobie pjd.

- Nie, zaczekaj.

Oczy Gady przywyky do ciemnoci i widziaa sylwetk Melissy, bysk sabego wiata w spowiaych od soca pasmach rudych wosw. Dziecko przyjemnie pachniao sianem i czystymi korimi.

- To cudownie z twojej strony, e przesza laki kawa, aby si o mnie spyta.

Przygarna Meliss ku sobie, schylia si i ucaowaa j w czoo. Gsta, krcona grzywka tylko czciowo przykrywaa nierwnoci blizny.

Melissa zeszywniaa i cofna si.



-Jak pani moe znie mj dotyk.

- Melisso, kochanie.

Gada signa i zwikszya pomie lampy, zanim dziewczynka zdoaa j powstrzyma. Dziecko odwrcio si. Gada wzia j za rami i agodnie okrcia, a stany twarz w twarz. Melissa nie chciaa spojrze na Gad.

- Lubi ci. Zawsze dotykam ludzi, ktrych lubi. Inni ludzie tez bd ciebie lubili, jeeli dasz im szans.

- Ras mwi zupenie co innego. On mwi, e nikt w Podgrzu nie chce patrze na brzydakw.

- Ras to obrzydliwy czowiek. I pewna jestem, e ma inne powody, eby wpaja ci strach przed ludmi. On zbiera pochway za to, co ty robisz, prawda? Stwarza pozory, e lo on umie obaskawia konie.

Melissa wzruszya ramionami. Schylia gwk tak, aby blizna bya mniej widoczna.

- A poar? - spytaa Gada. - Co si naprawd stao? Gabriel mwi, e Ras uratowa konie i jedynie ty odniosa obraenia.

- Kady wie, e omioletnie dziecko nie potrafi wyprowadzi koni z poaru * powiedziaa Melissa.

- Och, Melisso...

- Nie dbam o to!

-Nie?

- Mam gdzie mieszka. Mam co je. Mog by przy koniach, a one nie maj nic przeciwko...

- Melisso, na bogw! Dlaczego taka jeste? Ludzie potrzebuj czego wicej ni jedzenia i kawaka dachu nad gow!

- Nie mog odej. Nie mam czternastu lat.

- Czy on ci powiedzia, e jeste do niego przypisana? Niewolnictwo jest w Podgrzu zakazane.

- Nie jestem niewolnic - odpowiedziaa z irytacj Melissa. -Mam dwanacie la. Pani mylaa, e ile?

- Gdzie tak okoo dwunastu  skamaa Gada, nie chcc przyzna, i sdzia, e Melissa jest o wiele modsza. - Jaka to rnica?

- Czy pani moga pj dokd chciaa, majc dwanacie lat?

- Oczywicie, e mogam. Miaam tyle szczcia, e byam w miejscu, ktrego nie chciaam opuszcza, ale mogam to zrobi.

- No... Tutaj jest inaczej. Jeeli pjdziesz, twj opiekun pjdzie za tob. Raz tak zrobiam i Ras po mnie przyszed.

- Ale dlaczego?

- Bo nie mog si ukry - powiedziaa ze zoci Melissa. -Wydaje ci si, e ludzie nie mieliby nic przeciwko mnie. Ale oni donieli Rasowi, gdzie jestem.

Gada wzita dziewczynk za rk. Melissa zamilka.

- Przepraszam - powiedziaa Gada. - Nie o tym jednak mylaam. Chciaam powiedzie: kto wymyli takie prawo, e nie moesz by tam, gdzie by chciaa? Dlaczego miaaby si ukrywa? Nie moesz po prostu wzi swojej zapaty i pj sobie tam, gdzie ci si podoba?

Melissa rozemiaa si nerwowo.

- Moj zapat? Dzieci nie dostaj zapaty. Ras jest moim opiekunem. Musz go sucha. Musz z nim by. Takie jest prawo.

- To potworne prawo. Wiem, e on ci krzywdzi. Prawo nie moe_ ci zmusi, aby zostaa z kim takim jak on. Pozwl mi, porozmawiam z burmistrzem, moe zaatwi to tak, eby moga robi, co zechcesz.

- Prosz pani, nie! - Melissa rzucia si na kolana obok ka i cisna pociel. - Kto mnie zechce? Nikt! Zostawi mnie z nim, tyle tylko, e bd musiaa powiedzie o nim ze rzeczy. A wtedy on... wtedy on bdzie jeszcze gorszy. Prosz! Niech pani nic nie zmienia!

Gada podniosa dziecko z kolan i otoczya ramionami, ale Melissa skulia si, chcc oswobodzi si z obj. Rzucia si raptowanie w przd z bolesnym krzykiem, kiedy Gada puszczajc j, przesuna rk po opatce.

- Melisso, co to ?

-Nic!

Gada rozwizaa troczki koszuli i obejrzaa dziewczynce plecy. Byy zbite kawakiem skry albo pasem - czym, co sprawia bl, ale nie rozcina skry, eby przypadkiem nie uszkodzi Melissy - bo wtedy nie mogaby pracowa.

- Jak?... - przerwaa. - Niech to szlag! Ras by zy na mnie, tak? Nakrzyczaam na niego i tylko narobiam tobie kopotw.

- Pani Gado, kiedy on chce uderzy, to bije. On tego nie planuje. Tak samo w stosunku do mnie, jak i do koni. - Cofna si, spojrzaa na drzwi.

- Nie id. Zosta na noc. Jutro pomylimy, co zrobi".

- Nie, prosz pani, wszystko w porzdku. To nic. Jestem tutaj przez cae ycie. Wiem, jak sobie radzi". Niech pani nic nie robi. Musz i.

- Zaczekaj...

Ale Melissa wymkna si z pokoju. Drzwi zamkny si za ni. Gada wstaa z ka i wolno ruszya za dzieckiem, lecz Melissa bya ju w poowie drogi do schodw. Gada opara si o futryn, wychylajc na korytarz.

- Musimy o tym porozmawia" - zawoaa, ale dziewczynka zbiega cicho po schodach i znikna.

Gada pokutykaa do swego luksusowego ka, wesza pod ciepy pled, zgasia lamp i pomylaa o Melissie, biegncej gdzie tam - pord ciemnej, chodnej nocy.

Gada leaa bez ruchu, budzc si powoli. Pragna spa jeszcze przez cay dzie. Tak rzadko chorowaa, e miaa trudnoci z przystosowaniem si do sytuacji, w ktrej musiaa lee w ku.

Biorc pod uwag surowe wykady, ktre robia ojcu Gabriela, zrobiaby z siebie idiotk, gdyby nie przestrzegaa wasnych zalece. Westchna. Moga pracowa ciko przez cay dzie, moga robi drugie wycieczki pieszo lub konno i czua si pniej wietnie. Ale zo, adrenalina i gwatowna bjka zupenie wykoczyy jej organizm. Poruszya si powoli. Chwycia powietrze i zamara. Tpy bl w prawej nodze, tam gdzie artretyzm by najgorszy, za-oslrzyt si. Kolano miaa spuchnite i sztywne, bolay j wszystkie stawy. Bya przyzwyczajona do lekkich obrae, ale dzisiaj po raz pierwszy bl by nie do wytrzymania.

Pooya si z powrotem. Jeeli zmusi si dzisiaj do podry, to pniej rozoy si na duej. Gdzie na rodku pustyni...

Potrafia przemc bl, kiedy byo lo konieczne, ale wymagao to wiele wysiku i trzeba byo pniej paci za to z nawizk. A teraz jej ciao nie miao adnych rezerw energii.

Cigle nie pamitaa, gdzie pooya swj pas, ani dlaczego potrzebowaa go noc. Zerwaa si gwatownie - przypomniaa sobie Meliss i o mao nie krzykna. Poczucie obowizku byo silniejsze ni protesty ciaa. Musiaa co zrobi. Jednake konfrontacja z Rasem nie pomoe jej maej przyjacice. Gada ju si o tym

przekonaa. Nie wiedziaa, co mogaby uczyni. W rym momencie nie wiedziaa nawet, czy zdoa dotrze do ani.

Dotara jednak. Tyle przynajmniej udao jej si osign. Jej pas z noem by tam, powieszony na wieszaku. Zawstydzia si troch. O ile pamitaa, zostawia rzeczy porozrzucane na pododze. Zarumienia si lekko, bo z reguy nie bya taka nieporzdna.

Na czole miaa siniaka, a w miejscu rozcicia zrobi si strup. Signa do kieszonki w pasie po aspiryn, wzia spor dawk i pokutykaa z powrotem do ka. Czekajc na sen zastanawiaa si, o ile czstsze stan si ataki artretyzmu, kiedy si postarzeje. To niestety byo nieuniknione.

Szkaratne soce stao wysoko ponad szarymi chmurami, kiedy znw si przebudzia. W uszach dzwonio jej lekko od aspiryny. Ostronie zgia prawe kolano i odczula ulg stwierdziwszy, e nie jest ju tak sztywne i mniej boli. Niepewne stukanie do drzwi, ktre j obudzio, powtrzyo si.

-Prosz!

Gabriel otworzy drzwi i zajrza do rodka.

- Gada? Dobrze si czujesz?

- Tak. Wejd'.

- Przepraszam, jeli ci obudziem, ale zagldaem par razy i nawet si nie poruszya.

Gada odsuna pled J pokazaa mu kolano. Opuchlizna nieco zmalaa, ale kolano nie wygldao normalnie, a stuczenie zrobio si czamo-fioletowe.

- Dobrzy bogowie! - wykrzykn Gabriel.

- Do jutra bdzie wyglda o wiele lepiej - powiedziaa Gada. Posuna si, aby mg usi koo niej. - Mogo skoczy si gorzej.

- Skrciem sobie kiedy kolano i wygldao jak balon przez tydzie. Jutro, mwisz? Uzdrowiciele musz wraca do zdrowia byskawicznie.

- Ja sobie nie skrciam kolana. Ja tylko je stukam. Opucho bardziej od artretyzmu.

- Artretyzm?! Mylaem, e nigdy nie chorujesz.

- Nigdy nie api chorb zakanych, ale uzdrowiciele zawsze maj artretyzm, jeeli nie co gorszego. - Wykonaa w powietrzu nieokrelony ruch rk. - To z powodu systemu odpornociowego,



o ktrym ci mwiam. Czasem jest troch nie tak i komrki odpornociowe atakuj ciao, ktre je wyprodukowao.

Nie widziaa powodu, aby opisywa Gabrielowi naprawd powane choroby, na jakie naraeni byli uzdrowiciele. Gabriel zaproponowa jej niadanie. Ze zdziwieniem stwierdzia, e jest godna.

Gada spdzia dzie na gorcych kpielach i leeniu w ku, senna od aspiryny - przynajmniej ten skutek dziaania leku by pewny. Od czasu do czasu przychodzi Gabriel i siada na chwil albo Larril przynosia tac, albo Brian relacjonowa, jak miewa si burmistrz. Ojcu Gabriela nie bya potrzebna pomoc od tamtej nocy, kiedy prbowa chodzi. Brian by o wiele lepsz pielgniark ni ona.

Niecierpliwia si, bo chciaa ju wyjecha; niecierpliwia si, bo pragna przejecha przez dolin i dosta si do kolejnego acucha gr; niecierpliwia si, bo chciaa ju rozpocz wdrwk w kierunku Miasta,

Ta perspektywa fascynowaa j. I nie moga si ju doczeka, kiedy opuci zamek burmistrza. Warunki byy tu tak komfortowe jak rzadko, nie zaznaa takich nawet w domu, w orodku uzdrowicieli, a mimo to rezydencja bya nieprzyjemnym miejscem; blisze poznanie go pozwalao spostrzec ogromne emocjonalne napicie, wystpujce pomidzy mieszkacami.

Budowla bya zbyt wielka, zbyt mao w niej klimatu rodziny; zbyt wiele poczucia wadzy, a za mao poczucia bezpieczestwa. Burmistrz zachowywa swe prerogatywy wycznie dla siebie, nie przekazujc ich nikomu. Natomiast Ras zdecydowanie naduywa swoich. Gada bardzo pragna wyjecha, jednak nie wiedziaa, czy byaby w stanie zostawi Meliss, nic dla niej nie zrobiwszy. Melissa...

Burmistrz mia bibliotek, z ktrej Larril przyniosa Gadzie kilka ksiek. Uzdrowicielka prbowaa czyta. Zazwyczaj pochaniaa kilka dziennie, czytajc zbyt szybko, aby naleycie si w nich rozsmakowa. Tym razem jednak bya znuona, pena niepokoju; cigle co j rozpraszao lub kto jej przeszkadza.

Pnym popoudniem Gada wstaa i kulejc podesza do krzesa przy oknie. Stamtd moga patrze na dolin. Nie miaa nawet z kim porozmawia, bo Gabriel zjecha do Podgrza, eby poda ludziom rysopis szaleca. Gada pragna, aby kto schwyta czowieka i aby okazao si, e mona mu pomc. Czekaa j duga podr i nie umiechaa jej si myl, ze musiaaby uwaa przez cay czas na

kogo, kto poda jej siadem. O tej porze roku nie napotka adnej

karawany jadcej ku Miastu; albo zdecyduje si jecha sama, albo nie pojedzie wcale.

Teraz propozycja Gram, aby spdzi zim w jej obozie, wydawaa si jeszcze bardziej ncca. Jednake perspektywa spdzenia poowy roku bez moliwoci wykonywania zawodu, bez pewnoci, czy zdoa odpokutowa za swe bdy, bya nie do zniesienia. Pojedzie do Miasta albo wrci do orodka uzdrowicieli i podda si wyrokowi swoich nauczycieli.

Grum. Moe Melissa mogaby do niej pojecha, jeeli Gadzie udaoby si zwolni dziecko spod wadzy Podgrza? Grum ani sama nie bya pikna, ani nie miaa obsesji na tle fizycznej doskonaoci. Blizny Melissy nie byyby dla niej odraajce. Ale potrzeba by wielu dni, eby przesa wiadomo do Grun i otrzyma odpowied, gdy jej wioska leaa daleko na pomocy. Zreszt Gada musiaa sama przed sob przyzna, e nie znaa Grum na tyle, by prosi j o podjcie takiej odpowiedzialnoci.

Westchna i palcami przeczesaa wosy. Chciaaby, aby problem znikn gdzie w podwiadomoci i aby wyoni si ju rozwizany. Wpatrywaa si teraz w przedmioty w pokoju, jakby ktry z nich mg podsun myl, co powinna zrobi.

Na stole pod oknem sta kosz z owocami, talerz z ciasteczkami oraz tacka z pasztecikami serowymi i misnymi. Suba burmistrza przesadzaa z troskliwoci wobec chorych. Przez cay dzie Gada pozbawiona bya tej odmiany, jak daje oczekiwanie na posiki. Nakaniaa Larril, Briana i innych sucych, ktrzy przychodzili, eby pocieli ko, przetrze szyby w oknach, zmie okruszki /nadal nie miaa pojcia ilu ludzi pracowao przy utrzymaniu rezydencji i usugiwaniu Gabrielowi oraz jego ojcu; za kadym razem pojawiaa si nowa twarz i nowe imi/, aby si czstowali. Mimo to i tak wikszo pmiskw bya nadal pena.

Pod wpywem nagego impulsu Gada oprnia kosz ze wszystkich owocw prcz tych najbardziej soczystych i dopenia go ciasteczkami oraz pasztecikami zawinitymi w serwetki. Zacza pisa list, lecz zmienia zamiar i tylko narysowaa na karteczce zwinitego wa. Woya rulonik midzy akocie i przykrya serwetka. Potem zadzwonia na sub.

Pojawi si mody chopak - jeszcze jeden sucy, ktrego dotychczas nie widziaa. Gada poprosia go, aby zanis koszyk do stajni i wsadzi na stryszek nad boksem Liska. Chopak mia trzynacie, czternacie lat, rs szybko i by chudy jak patyk, musiaa wiec wymc na nim, e nie naruszy tego, co jest w koszyku. W zamian obiecaa mu, e dostanie wszystko, co pozostao na stole. Nie wyglda na akomczucha, ale Gada jeszcze nie spotkaa dziecka, ktre w okresie, gdy raptowanie strzela w gr, nie byoby cigle godne.

- Czy to zadawalajcy ukad? - spytaa.

Chopak wyszczerzy zby w umiechu. Byy bardzo due i biae, z lekko zaokrglonymi koficami. Wyronie na bardzo przystojnego mczyzn. Gada spostrzega, e w Podgrzu nawet chopcy maj gtadk cer.

- Tak, prosz pani - odpar.

- Dobrze. Tylko upewnij si, czy nie widzi ci stajenny. On jest w stanie sam zdoby sobie poywienie, o ile si orientuj.

- Tak, prosz pani. - Chopiec znw obnay swoje biae zby, wzi kosz i wyszed.

Z tonu jego gosu Gada wywnioskowaa, e Melissa nie byfa jedynym dzieckiem naraonym na skutki porywczo Rasa.

Chciaa porozmawia z dziewczynk, ale dni mijay, a maa nie pokazywaa si. Gada nie miaa odwagi przesa bardziej jednoznacznej wiadomoci od tej w koszu. Nie chciaa, eby Melissa znw zostaa zbita dlatego, e ona wtrca si w jej ycie.

Byo ju ciemno, kiedy Gabriel wrci do zamku i przyszed do pokoju Gady. Cho by bardzo zajty, pamita, eby wymieni porwang koszul Gady na ca.

- Nic - poinformowa. - Nikogo w stroju pustynnym. Nikogo, kto by si dziwnie zachowywa.

Gada przymierzya koszul, ktra pasowaa na ni wyjtkowo dobrze. Tamta, ktr sobie kupia, bya brzowa, z szorstkiego ptna, tkanego domowym sposobem. Ta bya wykonana z o wiele delikatniejszego materiau. Cieniutka jak jedwab; drukowana w zawie, niebieskie wzorki. Gada wycigna rk, przesuwajc palcami po tkaninie.

- Kupuje nowe ubranie i jest innym czowiekiem. Ma pokj w gospodzie i nikt go nie zauwaa. Prawdopodobnie nie jest ani troch

bardziej niezwyky od jakiegokolwiek obcego, ktry przejeda przez miasto.

- Wikszo obcych przejedaa ldy par tygodni temu - powiedzia Gabriel i westchn. - Ale masz racj. Nawet teraz niczym nie bdzie si wyrnia.

Gada popatrzya przez okno. Wpatrywaa si w nieliczne, rzadko porozrzucane wiateka farm w dolinie.

- Jak twoje kolano?

- Ju dobrze. Opuchlizna zesza, a bl zmniejszy si do takiego, jaki zwykle mnie nka przy zmianie pogody.

To, co lubia w pustyni - jeli nie bra pod uwag upau - to bya niezmienno pogody. Tam nigdy nie budzia si z samopoczuciem niedonej stulatki.

- Bogom dziki! - westchn Gabriel.

- Uzdrowiciele szybko wracaj do zdrowia - wyjaniaa Gada. -Zwaszcza, kiedy maj ku temu powane powody. - Umiechna si i w nagrod spostrzega promienny umiech Gabriela.

Tym razem haas otwieranych drzwi nie wystraszy Gady. Obudzia si i uniosa lekko na okciu.

- Melissa? - zapalia lamp; zmniejszya pomie, bo nie chciaa przeszkadza Gabrielowi.

- Dostaam koszyk - powiedziaa Melissa. - Dobre byo. Lisek lubi ser, ale Byskawica nie bardzo. Gada zamiaa si.

- Ciesz si, e przysza. Chciaam porozmawia.

- Taa... - Melissa powoli wypucia powietrze. - Dokd bym posza? Jak bym moga?

- Nie wiem, czy bdziesz w stanie w to uwierzy po tym wszystkim, co naopowiada ci Ras. Mogaby by dokejem, jeeli naprawd chcesz, prawie w kadym miejscu oprcz Podgrza. Z pocztku musiaaby popracowa nieco ciej, ale ludzie zaczliby ci ceni za to kim jeste i co potrafisz.

Sowa brzmiay pusto, nawet dla Gady. "Ty idiotko - pomylaa -mwisz zastraszonemu dziecku, eby poszo w wiat i zapracowao na swj sukces zupenie samo."

Gabriel, lecy obok z rka przerzucona przez jej biodro, zmieni pozycj i zacz mamrota. Gada zerkna przez rami i pooya do na jego rce.

- W porzdku Gabrielu - powiedziaa. - pij dalej.

Mody mczyzna westchn i znw zapad w sen.

Gada odwrcia si do Melissy. Przez chwil dziecko wpatrywao si w ni oniemiae. Dziewczynka bya blada jak ptno. Raptem okrcia si i wybiega.

Gada wyskoczya z ka i popdzia za ni. kajc Melissa szarpaa za klamk. Otworzya drzwi w chwili, gdy Gada ju j prawie dogonia. Dziewczynka wybiega na korytarz, lecz Gada dopada j i zatrzymaa.

- Melisso, co si stao?

Melissa z paczem odtrcia j okciem. Gada uklka i przytulia dziecko, otaczajc powoli ramionami i gadzc po wosach.

- Ju dobrze... ju dobrze - szeptaa Gada, po to tylko, aby co mwi".

- Ja nie wiedziaam, nie rozumiaam... - Melissa szarpna si. -Mylaam, ze ty jeste silniejsza, e moesz robi to, co chcesz, ale ty jeste taka sama jak ja.

Gada nie pozwolia, by Melissa wyrwaa rk z jej ucisku. Zaprowadzia dziewczynk do jednego z pustych pokoi gocinnych i zapalia wiato. Tu podoga nie bya ogrzewana i wydawao si, e kamie wysysa cae ciepo przez bose stopy Gady. Uzdrowicielka cigna koc ze starannie zasanego ka i narzucia go sobie na ramiona. Poprowadzia Metiss do krzesa przy oknie. Usiady, cho Melissa zrobia to z wyranym ociganiem.

- A teraz powiedz mi, co si stao.

Ze zwieszon gow, podcignwszy kolana pod piersi, Melissa zacza mwi:

- Pani te musi robi to, czego oni chc.

- Nie musz robi nic, czego bym nie chciaa.

Melissa podniosa gow. Z prawego oka zy popyny prosto na policzek, z lewego skrcay w bok, prowadzone kanalikami na pobrudonej skrze. Dziewczynka znowu zwiesia gow. Gada przysuna si bliej i otoczya j ramieniem.

- Odpr si. Nie ma popiechu.

- Oni... Oni robi rzeczy...

Gada zmarszczya czoo, nic nie rozumiejc.

- Jakie rzeczy? Kto to s "oni"?

-On

- Kto? Gabriel?

Melissa szybko kiwna potakujco gow, nie patrzc Gadzie w oczy. Gada nie moga sobie wyobrazi, aby Gabriel wiadomie kogo skrzywdzi.

- Co si stao? Jeeli zrobi ci krzywd, jestem pewna, e przez przypadek. Melissa spojrzaa na ni.

- Mnie nic nie zrobi. - W jej gosie brzmiaa pogarda.

- Melisso, kochanie, nie rozumiem ani sowa z tego, co powie* dziaa. Jeeli Gabriel nie zrobi ci nic zego, to dlaczego bya tak przeraona, gdy go zobaczya? Naprawd on jest bardzo miy.

- On kae ci wej do swojego ka.

- To moje ko.

- To bez rnicy, czyje ko! Ras nie wie, gdzie pi, ale... nieraz...

-Ras?

- Ja i on. Tak jak pani i ten drugi.

- Poczekaj - powiedziaa Gada. - Ras kae ci si ka ze sob do ka? Kiedy ty nie chcesz?

To byo idiotyczne pytanie, Gada wiedziaa o tym, ale nie bya w stanie zada bardziej taktownego.

- Chcesz! Nie chcesz! - Melissa wyda wargi z odraz.

Ze spokojem pyncym z niedowierzania. Gada spytaa ostronie:

- Czy kae robi ci co jeszcze?

- Powiedzia, e pniej przestanie bole, ale nigdy nie przestao... - Ukrya twarz midzy kolanami.

Wreszcie dotaro do Gady to, co Melissa prbowaa powiedzie. Kobieta przytulia dziewczynk i gadzia po wosach, a powoli, jakby w strachu, e kto zobaczy i powstrzyma j, Melissa obja Gad i rozpakaa si, tulc twarz w jej ramionach.

- Nie musisz mwi nic wicej! - rzeka Gada. - Nie rozumiaam z pocztku, ale teraz ju wiem. Och, Melisso, to wcale nie powinno by takie! Czy nikt ci nigdy tego nie wyjania?

- On powiedzia, e mam szczcie - wyszeptaa Melissa. - Powiedzia, e powinnam by mu wdziczna za to, e w ogle chce mnie dotkn. - Wstrzsn) ni gwatowny dreszcz.

Gada koysaa j agodnie.

- To on ma szczcie - powiedziaa. - Ma szczcie, e nikt si wczeniej nie dowiedzia. Drzwi si otworzyy i Gabriel zajrza do rodka.

- Gada? Ach, tutaj jeste.

Podszed do niej. wiato lnio na jego zocistym ciele. Melissa spojrzaa na niego. Gabriel zamar. Na jego twarzy odmalowao si zaskoczenie i przeraenie. Melissa wtulia gow w rami Gady i obja j mocniej. Draa z wysiku, aby opanowa kanie.

- Co...? - zacz.

- Wracaj do ka - powiedziaa Gada bardziej szorstko, ni zamierzaa, ale i tak zbyt agodnie jak na niech*, jak do niego w tej chwili czua.

- Co tu si dzieje? - zapyta! paczliwie. Zmarszczywszy brwi, popatrzy na Melisse..

- Odejd! Porozmawiam z tob jutro - rzucia Gada.

Zacz protestowa. Spostrzeg jednak zmian na twarzy kochanki, urwa w poowie i wyszed. Gada i Melissa przez dusz chwil siedziay w milczeniu. Oddech Melissy powoli si uspokaja; stawa si regularny.

- Widzi pani, jak ludzie na mnie patrz?

- Tak, kochanie. Widz.

Po tym, jak zareagowa Gabriel, Gada czua, ze nie powinna roztacza przed dzieckiem kolorowych wizji ludzkiej tolerancji. Ale teraz miaa wicej nadziei, e Melissa zechce porzuci to miejsce. Wszystko bdzie lepsze ni to. Wszystko.

W Gadzie wzbieraa zo* - powolna, niebezpieczna, nieugita. Pokryte bliznami, skrzywdzone i zastraszone dziecko miao takie samo prawo do agodnej inicjacji seksualnej, jak jego pikni i pewni siebie rwienicy. Nawet wiksze. A Melissa zostaa zraniona, skrzywdzona i zastraszona. I poniona. Gada koysaa dziewczynk. Melissa przylgna do niej w poczuciu bezpieczestwa, jakby bya zupenie maym dzieckiem.

- Melisso...

- Tak.,.prosz pani.

- Ras to zy czowiek. Skrzywdzi si w sposb, w jaki nie postpiby nikt, kto nie jest zym czowiekiem. Obiecuj, e ju nigdy nic ci nie zrobi.

- Co za rnica czy on, czy kto inny?

- Pamitasz, jak bya zdziwiona, e kto chcia mnie obrabowa?

- Ale to by szaleniec. Ras nie jest szalecem.

- Wicej jest szalecw takich jak tamten, ni ludzi takich jak Ras.

- Ten, ktrego widziaam, jest taki jak Ras. Pani musiaa z nim by.

- Nie. nie musiaam., Zaprosiam go, eby ze mn zosta. S rzeczy, ktre ludzie mog dla siebie nawzajem robi...

Melissa zerkna na ni. Gada nie umiaa powiedzie, czy wyraz jej twarzy odzwierciedla ciekawo czy trosk; twarz bya bez wyrazu wskutek okropnych blizn po oparzeniu. Po raz pierwszy Gada zobaczya, e blizny sigay pod konierzyk koszuli dziecka. Poczua, e krew odpywa jej z twarzy.

- Prosz pani, co si stao?

- Kochanie, powiedz mi co. Jak mocno bya poparzona? Dokd sigaj blizny? Oczy Melissy zwziy si.

- Moja buzia. - Odsuna si i dotkna obojczyka po lewej stronie. - Tutaj. - Rk przesuna po klatce piersiowej, do dou, potem w bok - A dotd.

-1 niej ju nie?

- Nie. Miaam dugo sztywn rk. - Pokrcia lewym barkiem: nie mia takiej swobody ruchu jak powinien.  Miaam szczcie. Gdyby byo gorzej, nie mogabym jedzi. Nikomu nie opacaoby si utrzymywa mnie przy yciu.

Gada odetchna z ulg. Widziaa ludzi tak poparzonych. e nic nie pozostao z ich pci, ani narzdy zewntrzne, ani te zdolno do odczuwania przyjemnoci. Dzikowaa wszystkim bogom wszystkich ludzi wiata za to, co usyszaa. Ras zadawa jej bl, ale dlatego, e Melissa bya dzieckiem, a on ogromnym i brutalnym mczyzn, a nie dlatego, e ogie zniszczy w dziecku zdolno odczuwania czegokolwiek prcz blu.

- Ludzie mog robi sobie nawzajem takie rzeczy i oboje odczuwaj przyjemno - powiedziaa Gada. - To dlatego Gabriel i ja

bylimy razem. Ja chciaam, eby on dotyka mnie, a on, ebym dotykaa jego. Ale kto, kto dotyka drugiego czowieka nie dbajc o to, co on czuje... wbrew jego woli... - przerwaa, bo nie bya w stanie poj, e kto moe by tak wynaturzony, eby obraca seks w napa. - Ras to zy czowiek - powtrzya.

- Ten dnigL.nie bolao pani?

- Nie. To byo dla nas mie.

- Aha. To dobrze. - powiedziaa niechtnie Melissa.

- Mog ci pokaza.

- Nie! Prosz, nie!

- Nie bj si - uspokoia j Gada. - Nie bj si. Od tej pory nikt nie zrobi ci niczego, czego nie bdziesz chciaa.

- Pani Gado, pani go nie powstrzyma. Nie da pani rady. Pani musi stad odjecha, a ja musz tu zosta.

"Wszystko byoby lepsze od pozostania tutaj - pomylaa Gada. -Wszystko. Nawet wygnanie."

- A pojechaaby ze mn, gdyby moga?

-Z pani?

-Tak.

- Pani Gado...!

- Uzdrowiciele adoptuj dzieci. Nie wiedziaa o tym?

Nie wpada na to wczeniej, cho dugo szukaa jakiego wyjcia.

- Ale moe pani wzi kogo innego.

- Chc ciebie, jeeli ty zechcesz mnie. Melissa przytulia si do niej.

- Oni mnie nigdy nie puszcz - wyszeptaa. - Jestem z bliznami.

Gada gadzia Meliss po wosach i patrzya przez okno w ciemno. W oddali poyskiway wiata bogatego, piknego Podgrza. Chwil pniej, ju zasypiajc, Melissa wyszeptaa:

- Jestem z bliznami.

8

Gad obudziy pierwsze promienie szkaratnego, porannego soca. Melissa znikna. Musiaa si wymkn i wrci do stajni. Gada baa si o ni.. Rozprostowaa nogi i wolno posza po pokoju, wci owinita w koc.

Wiea bya cicha i zimna. Pokj Gady by pusty. To dobrze, e Gabriel poszed, bo chocia j rozdrani, nie chciaa, aby to on pad ofiar jej wciekoci. To nie on na ni zasugiwa. Umya si i ubraa, spogldajc w dolin. Wschodnie szczyty cigle ocieniay wiksz jej cz. Kiedy patrzya, pezajce ciemnoci odsuway si spod stajni i geometrycznych wzorw padokw, ogrodzonych biaym potem. Wszdzie panowaa cisza.

Nagle na pastwisku pojawi si ko. Jego niewiarygodnie wyduony cie dotyka kopyt, maszerujc niczym olbrzym po poyskujcej trawie. By to ogromny srokaty ogier. Siedziaa na nim Melissa. Wierzchowiec przeszed w cwa i gadko popyn przez pole. Gada bardzo by chciaa te siedzie w tej chwili na koniu i pdzi, czujc na twarzy poranny wiatr. Niemale syszaa guchy ttent galopujcego ogiera, czua wo modej trawy, widziaa lnice krople rosy, rozpryskiwane przez koskie kopyta.

Ogier galopowa przez pole z rozwian grzyw. Melissa bya pochylona nisko nad jego kbem. Przed nimi znajdowa si wysoki, kamienny mur. Gada wstrzymaa oddech, pewna, e ogier ponis. Wychylia si z okna, jakby moga sign i zatrzyma ich, zanim ko zrzuci dziecko prosto na mur. Ale Melissa siedziaa spokojnie i pewnie. Wierzchowiec odbi si i gadko poszybowa nad ogrodzeniem. Par metrw dalej zwolni, podrepta troch w miejscu i powoli, ociale, niemal majestatycznie, ruszy w stron stajni.

Jeeli Gada miaa jeszcze jakie wtpliwoci, czy Melissa mwia prawd, to teraz wszystkie znikny bez ladu. Nie wtpia, e Ras gwaci dziecko. Zakopotanie i rozpacz Melissy byy prawdziwe. Przedtem Gada zastanawiaa si, czy opowieci o jazdach na koniu Gabriela nie s czasem dziecicymi fantazjami, ale okazay si prawdziwe i Gada poja, jak trudne moe by uwolnienie jej maej przyjaciki. Melissa bya bardzo cenna dla Rasa, dlatego stajenny



nie zechce z niej zrezygnowa. Gada obawiaa si pj prosto do burmistrza, z ktrym nie miaa dobrego kontaktu i wyda" Rasa za niegodziwosci, ktre popemiat. Kto by jej uwierzy? W dzie sama miaa trudnoci z uwierzeniem, e co takiego mogo si w ogle zdarzy, a Melissa bya zbyt zastraszona, by oskary Rasa otwarcie. Gada nie winia jej za to.

Posza jednak do drugiej wiey i zastukaa do drzwi burmistrza. Kiedy dwik ponis si echem po kamiennych korytarzach, zorientowaa si, jak jeszcze byo wczenie. Ale nie bardzo ja to obchodzio. Nie bya w nastroju do kurtuazji.

Drzwi otworzy Brian.

- Tak, prosz pani?

- Przyszam porozmawia o burmistrzem o mojej zapacie. Z ukonem wpuci j do rodka.

- Nie pi. Jestem pewien, e zechce pani widzie.

Gada uniosa jedn brew, jakby zdziwiona, e burmistrz mgby jej nie przyj. Ale sucy powiedzia to tak, jak mwi czowiek, ktry uwielbia jak osob, nie dbajc zupenie o konwenanse. Nie byo powodu, by zoci si na Briana.

- Nie spa caa noc - mwi Brian, prowadzc j do pokoju w wiey, - Strup swdzi tak potwornie... moe mogaby pani...

- Jeli nie jest zainfekowany, to sprawa aptekarki, nie moja -odpowiedziaa chodno. Brian zerkn na ni, odwracajc gow.

- Ale, pani...

- Porozmawiam z nim w cztery oczy, Brianie. Czy nie zechciaby posa po stajennego i Melisse?

- Meliss? - Teraz on unis brew. - To rudowose dziecko?

-Tak.

- Pani, czy jeste pewna, e yczy sobie, aby ona tu przysza?

- Prosz, zrb jak powiedziaam.

Skoni si lekko. Jego twarz znowu bya maska sucego. Gada wesza za nim do sypialni burmistrza.

Burmistrz lea w ku. Przecierada i koce walay si, rozrzucone na pododze. Chory zsun bandae i opatrunek, odsaniajc czysty, brzowy strup. Z wyrazem bezgranicznej przyjemnoci drapa metodycznie gojca si ran. Spostrzeg Gad i prbowa nacign banda na powrt, umiechajc si. jak winowajca.

- Swdzi * powiedzia. - Sd?, ze to oznacza, i si. goi.

- Niech pan si drapie, gdzie ma pan ochot - powiedziaa Gada. - Bd ju o dwa dni drogi stad, zanim powtrnie pan zainfekuje ran.

Cofn rk i rzuci si na poduszki. Prbujc niezdarnie poprawi pociel, rozejrza si dookoa. By znw poirytowany.

- Gdzie Brian?

- Robi mi przysug.

- Aha, - Gada wyczula w jego glosie jeszcze wiksze rozdranienie, ale nie wrci do tego tematu.

- Czy chciaa si ze mn widzie z jakiego powodu?

- Mojej zapaty.

- Oczywicie, powinienem by sam to zaproponowa. Nie miaem pojcia, e wyjedasz tak szybko, moja droga. Powiedz, ile dasz?

Gada nie znosia, gdy ludzie, ktrych w ogle nie darzya sympati, zwracali si do niej per "moja droga". Nigdy za sowa te nie zazgrzytay tak jak teraz, gdy wypowiedzia je ten czowiek.

- Nie syszaem, aby jakie miasto nie przyjmowao waluty Podgrza - powiedzia. - Wszyscy wiedz, e nigdy nie faszujemy kruszcu ani nie oszukujemy na wadze monet. Ale jeli wolisz, moemy ci zapaci szlachetnymi kamieniami.

- Nie chc ani lego, ani tego - odpara Gada. - Chc Meliss.

- Meliss? Obywatelk? Uzdrowicielko, dwadziecia lat walczyem, zanim udao mi si przeama z reputacj Podgrza jako ostoi niewolnictwa. My wyzwalamy niewolniczych sucych i nie oddajemy nikogo w niewol.

- Uzdrowiciele te nie trzymaj niewolnych sucych. Powinnam bya powiedzie: chce, eby bya wolna. Ona chce pojecha ze mn, ale paski stajenny Ras, jest...jak !o nazywacie?... jej opiekunem.

Burmistrz wytrzeszczy na ni oczy.

- Uzdrowicielko, nie mog wymaga od czowieka, aby rozbija swoj rodzin!

Gada zmusia si, by nie zareagowa gwatownie. Nie chciaa okaza swojego oburzenia. Nagle burmistrz podskoczy na ku, podrapa si po nodze, po czym cofn rk od banday.

- To bardzo skomplikowane. Czy jeste pewna, e nie chcesz niczego innego?

- Odmawia pan spenienia mojej proby?

Bez sowa dotkn dzwonka i w drzwiach pojawi si Brian.

- Polij po Rasa. Ka mu przyj jak najszybciej. Niech przypro-wadzi ze sob dziecko.

- Uzdrowicielka ju po niego posaa.

- Rozumiem. - Spojrza na Gad, kiedy Brian wyszed. - Co zrobisz, jeli nie zgodzi si na twoje danie?

- Kady ma prawo odmwi zapaty uzdrowicielowi - powiedziaa Gada. - Nosimy bron tylko do obrony J nigdy nikomu nie grozimy. Ale te nie chodzimy tam, gdzie nie jestemy mile widziani.

- Chcesz powiedzie, e bojkotujecie kade miejsce, w ktrym was le potraktowano? Gada wzruszya ramionami.

- Ras jest tutaj, panie - powiedzia Brian od drzwi.

- Kd mu wej.

Gada zeszty wniala; caa napita, prbowaa opanowa pogard i obrzydzenie. Zwalisty, wielki mczyzna wszed do pokoju, wyranie skrpowany. Wosy mia wilgotne i w popiechu przyliza-ne do tylu. Lekko si ukoni burmistrzowi.

Za Rasem, obok Briana, kulia si Melissa. Stary sucy wprowadzi j do pokoju, ona jednak nie podniosa gowy.

- W porzdku, dziecko - powiedzia burmistrz, - Nie przyprowadzilimy ci tutaj, eby kara.

- To nie najlepszy sposb dodawania komu otuchy! - rzucia Gada.

- Uzdrowicielko, prosz, usid - powiedzia burmistrz uprzejmie. - Ras...? - Ruchem gowy wskaza dwa krzesa.

Stajenny usadowi si, spogldajc z niechci na Gad. Brian popchn Meliss do przodu, tak e znalaza si midzy Gada, a Rasem. Wzrok miaa cigle wbity w podog.

- Ras jest twoim opiekunem - powiedzia burmistrz. - Zgadza si?

- Tak - wyszeptao dziecko.

Ras wycign rk, przyoy palec do plecw Melissy i szturchn j lekko.

- Oka troch szacunku, kiedy rozmawiasz z burmistrzem.

- Panie. - Gos Melissy by cichy i drcy.

- Melisso - odezwaa si Gada. - Wezwalimy ci tutaj, aby si dowiedzie, co chcesz robi. Ras odwrci si raptownie.

- Co ona chce robi? A c to ma oznacza?

- Uzdrowicielko! - zwrci si do niej burmistrz. Tym razem w tonie jego gosu byo wicej chodu. - Prosz! Ras, jestem w powanym kopocie i tylko ty, mj przyjacielu, moesz mi pomc.

- Nie rozumiem.

- Uzdrowicielka ocalia moje ycie, wiesz o tym, a teraz przysza pora, aby jej zapaci. Wydaje mi si, e ona i twoje dziecko przypady sobie do gustu.

- Czego ode mnie oczekujecie?

- Nigdy nie prosibym ci o powicenie, gdyby nie chodzio o dobro miasta. A zgodnie z tym, co mwi uzdrowicielka, maa te tego chce.

- A czego ona chce?

- Twoje dziecko...

- Meliss - poprawia Gada,

- Ona nie nazywa si Melissa - rzuci krtko Ras. - Nie nazywa si tak i nigdy si nie nazywaa.

- No (o powiedz burmistrzowi, jak j nazywasz?

- To, jak j nazywam, jest uczciwsze ni atmosfera, jak wok siebie stwarza. Imi "Melissa" sama sobie nadaa.

- Wic tym bardziej jest to jej imi.

- Moment - przerwa burmistrz. - Rozmawiamy o opiece nad dzieckiem, nie o jej imieniu.

- Opiece nad ni? To po to ta rozmowa? Czy chce pan, burmistrzu, abym si jej zrzek?

Ras popatrzy na Meliss, ktra nawet nie drgna, potem na Gad. Zanim znw odwrci si do burmistrza, przez jego twarz przemkn cie pewnoci i triumfu, ktry Gada bez trudu zauwaya.

- Odesa j z obc osob? Jestem jej opiekunem od czasu, gdy skoczya trzy lata. Jej rodzice byli moimi przyjacimi. Dokde mogaby pj, gdzie byaby szczliwsza, a ludzie nie ogldaliby si na jej widok?

- Ona nie jest tutaj szczliwa - wtrcia Gada,

- Ogldali si na jej widok? Dlaczego? - spyta burmistrz.

- Podnie gow - powiedzia Ras do Melissy.

Kiedy nie usuchaa, szturchn j i dziewczynka wolno podniosa gow.

Burmistrz zareagowa z wikszym opanowaniem ni Gabriel, ale i on si wzdrygn. Melissa natychmiast umkna jego spojrzeniu, spuciwszy gow.

- Zostaa poparzona w stajni, panie burmistrzu - powiedzia Ras. - Mao co nie umara. Zaopiekowaem si ni. Burmistrz zwrci si do Gady:

- Uzdrowicielko, nie zmienisz zdania?

- Czy to, e ona chce pojecha ze mn, nie ma znaczenia? Dokdkolwiek. To wszystko, co mam w tej sprawie do powiedzenia.

- Czy chcesz z pani pojecha, dziecko? Ras by dla ciebie przecie dobry, czy nie? Dlaczego chcesz nas opuci?

Zacisnwszy mocno pici za plecami, Melissa nie odpowiadaa. Gada pragna, eby dziewczynka si odezwaa, ale wiedziaa, ze dziecko tego nie zrobi. Za bardzo byo przeraone.! miao ku temu powody.

- To po prostu dziecko - powiedzia burmistrz. - Nie jest w stanie podj takiej decyzji. Odpowiedzialno za decyzj spoczywa na mnie, podobnie jak odpowiadam ju od dwudziestu lat za zapewnienie opieki wszystkim dzieciom z Podgrza.

- Zatem musi pan sobie zdawa spraw, e mog dla niej zrobi wicej ni kady z was - powiedziaa Gada. - Jeli zostanie tutaj, spdzi reszt ycia ukrywajc si w stajni. Pozwlcie jej ze mn jecha, a nigdy ju nie bdzie musiaa chowa si przed ludmi,

- Zawsze bdzie si chowa - powiedzia Ras. - Biedna, maa, pokryta bliznami kruszyna...

- Dopilnowae, aby nigdy o tym nie zapomniaa!

- On niekoniecznie musia zrobi co niemiego, uzdrowicielko -powiedzia agodnie burmistrz.

- Wszystko, co widz pascy ludzie, to pikno! - wykrzykna Gada i poja, e nie rozumiej, o czym mwi.

- Ona mnie potrzebuje - powiedzia Ras. - Prawda, dziecko? Kt inny zaopiekuje si tob tak jak ja? * Potrzsn! gow. - Nie rozumiem, dlaczego miaaby chcie odej? I dlaczego pani na tym zaley?

- To znakomite pytanie, uzdrowicielko - powiedzia burmistrz. -Dlaczego chcesz wzi to dziecko? Ludzie zaczn plotkowa, e

przestalimy sprzedawa adne dzieci po to, eby zarobi na nieudanych.

- Ona nie moe spdzi caego ycia w ukryciu - powiedziaa Gada. - To utalentowane dziecko. Jest inteligentna i odwana. Mog dla niej zrobi wicej ni ktokolwiek tutaj. Mog jej pomc w zdobyciu zawodu. Mog jej pomc zosta kim, kto nie bdzie oceniany ze wzgldu na swoje blizny.

- Uzdrowicielka?

- To jest moliwe, o ile bdzie chciaa.

- Z tego, co mwisz, wynika, e masz zamiar j zaadoptowa.

- Oczywicie. A c by innego? Burmistrz zwrci si do Rasa.

- To przyniosoby niez reklam miastu, gdyby kto z naszych udzi zosta uzdrowicielem.

- Ona nie bdzie szczliwa nigdzie, tylko tutaj - powiedzia Ras.

- Czy nie chcesz zrobi dla dziecka tego, co dla niego najlepsze?

- Gos burmistrza zagodnia, przybierajc przychlebczy ton.

- Czy odesanie jej z domu jest tym, co dla niej najlepsze? Czy pan odesaby swojego...? - Ras urwa i przyblad. Burmistrz pooy si na poduszki.

- Nie, nie odesabym mojego dziecka. Ale gdyby samo tak wy brao, pozwolibym mu odej. - Umiechn si do Rasa smutno.

- Ty i ja mamy podobne problemy, przyjacielu. Dzikuj, e mi to przypomniae.

Pooy sobie rce pod gow i wpatrywa si w sufit przez dug chwil.

- Nie moe pan jej odesa - powiedzia Ras. - To to samo, co sprzeda niewolnego sug.

- Ras, mj przyjacielu - powiedzia burmistrz agodnie.

- Prosz nie przekonywa mnie, e jest inaczej. Wiem lepiej i wszyscy te bd wiedzieli.

- Jadnake korzyci...

- Czy pan naprawd wierzy, e ktokolwiek stworzy temu biedactwu moliwoci, eby zostaa uzdrowicielk? Ten pomys jest szalony.

Melissa zerkna na Gade ukradkiem - jak zwykle krya swoje emocje - pniej spucia wzrok.

- Nie ycz sobie, aby nazywano mnie kamca - powiedziaa Gada.

- Uzdrowicielko, Ras nie chcia, aby zabrzmiao to w ten sposb. Uspokjmy si. Rozmawiamy nie tyle o rzeczywistoci, ile o pozorach. Pozory s istotne, bo s tym, w co ludzie wierz. Musz si z tym liczy. Niech ci si nie wydaje, e atwo jest sprawowa taki urzd. Nie tylko jeden miody podegacz, ale paru ju nie tak modych chtnie wykurzyoby mnie z mojego domu, gdybym tylko da ffn szans. I nie baczyliby na to, ze jestem tu od dwudziestu lat. Oskarenie o robienie z ludzi niewolnikw... - Potrzsn gowa.

Gada obserwowaa, jak sam siebie przekonuje, aby jej odmwi. Bezradna, nie wiedziaa, jak nakoni go do zgody. Ras za doskonale wiedzia, jakie argumenty przemwi do burmistrza najbardziej. Jednake oboenie miasta interdyktem przez uzdrowicieli stanowio powane zagroenie, zwaszcza w wietle tego, jak rzadko w ostatnich latach uzdrowiciele tutaj zagldali.

Gdyby burmistrz zaryzykowa przyjcie jej ultimatum. Gada nie zaryzykowaaby wprowadzenia go w ycie. Nie moga jednak zostawi Melissy z Rasem choby jeszcze jeden dzie, jedn godzin. Naraziaby j na zbyt wielkie niebezpiecestwo. Co gorsza, ujawnia swoj niech do stajennego, wic burmistrz mgby nie wierzy w to, co by o nim powiedziaa. Nawet, gdyby Melissa go oskarya, nie byo dowodw. Gada rozpaczliwie poszukiwaa innego sposobu, by zdoby wolno dla dziecka. Miaa nadziej, e jeszcze nie zniweczya wszystkich szans.

Odezwaa si najspokojniej jak potrafia:

- Wycofuj swoj prob.

Melissa wstrzymaa oddech, ale nie podniosa spojrzenia. Na twarzy burmistrza odmalowaa si ulga, a Ras odchyli si do tylu na krzele.

- Pod jednym warunkiem - dodaa.

Zrobia pauz, aby dobrze dobra sowa i powiedzie tylko to, co mona by udowodni.

- Pod jednym warunkiem. Kiedy Gabriel bdzie wyjeda - a jedzie na pnoc - niech Melissa pojedzie z nim a do Srddroa.

Gada nie powiedziaa nic o planach Gabriela; to bya wycznie jego sprawa i niczyja wicej.

- Mieszka tam doskonaa nauczycielka kobiet i przyjmuje kadego, kto potrzebuje jej pomocy.

Maa, wilgotna plamka poszerzaa si na koszulce Melissy, gdy zy bezszelestnie kapay na szorstki materia.

Gada popieszya z wyjanieniem, o co jej chodzi.

- Niech Melissa pojedzie z Gabrielem. lej szkolenie moe potrwa nieco duej ni normalnie, bo jest ju do dua. Ale to dla jej zdrowia i bezpieczestwa. Nawet, jeli Ras kocha... - omal nie udawia si tym sowem - kocha j tak mocno, e nie chce odda jej uzdrowicielom, przecie nie odmwi jej tego.

Rowa cera Rasa zbielaa.

-rddroe? - zawy burmistrz. - Mamy doskonaych nauczycieli tutaj. Po co miaaby jecha do Srddroa?

- Wiem, e cenicie pikno - powiedziaa Gada - ale myl, e cenicie take samokontrol. Niech Meltssa opanuje t umiejtno, nawet gdyby musiaa gdzie indziej poszuka nauczycielki.

- Czy chcesz mi przez to powiedzie, e to dziecko nigdy nie miao adnej nauczycielki?

- Oczywicie, e miao! - krzykn Ras. - To podstp, eby wydosta dziecko spod naszej kontroli! Wydaje ci si, e moesz przyjecha do jakiego miasta i ksztatowa kadego na swoj mod! - wrzeszcza na Gad. * A teraz mylisz, e ludzie uwierz w to, co ty i ten may dzieciak zmylicie na mj temat. Wszyscy boj si ciebie i twoich otizych gadw, ale nie ja. Rzu na mnie jednego, no dalej, rozgniot go na miazg! - Przerwa nagle i zacz rozgld si na lewo i prawo, jakby nie pamita, gdzie si znajduje. Zabrako mu pomysu na teatralne zakoczenie tej perory.

- Nie przed wami musisz si mie na bacznoci - odpara Gada. Nie zwracajc uwagi na niego, nie zwracajc uwagi na Gad, burmistrz pochyli si nad Melissa.

- Dziecko czy bya u nauczycielki kobiet? Melissa zawahaa si, wreszcie odpowiedziaa:

- Ja nie wiem, co to jest.

- Nikt jej nie chcia przyj - powiedzia Ras.

- Nie bd1 mieszny. Nasi nauczyciele nie odmawiaj ludziom. Zabrae j do nauczycielki, czy nie ? Ras wlepi wzrok w kolana i'milcza.

- atwo mona sprawdzi.

- Nie, panie.

- Nie! Nie ? - burmistrz odrzuci koc i wsta z ka.

Zachwia si, ale zapa rwnowag. Stan na Rasem. Wielki mczyzna naprzeciw wielkiego mczyzny, dwa ogromne, postawne stworzenia, twarz w twarz; jedno bardziej wzburzone, drugie blade ze strachu przed wciekoci pierwszego.

- Dlaczego nie?

- Ona nie potrzebuje nauczycielki.

- Jak omielasz si mwi co podobnegol? Burmistrz pochyla si, a Ras musia - cofajc przed nim -wcisn si w oparcie krzesa.

- Jak miesz naraa j na niebezpieczestwo ! Jak miesz skazywa j na niewiedz i przykroci!

- Jej nie grozi adne niebezpieczestwo. Ona nie musi niczemu zapobiega. Kto by j w ogle dotkn?

- Ty mnie dotykasz! - Melissa podbiega do Gady i rzucia si jej w ramiona. Gada mocno przytulia dziecko.

- Ty...!? - Burmistrz wyprostowa si i cofn. Brian, ktry pojawi si bezszelestnie, podtrzymywa go w obawie, e noga odmwi posuszestwa. - O czym ona mwi. Ras? Dlaczego jest laka przeraona?

Ras potrzsn gfow.

- Ka mu to powiedzie! - krzyczaa Melissa, patrzc im prosto w twarze. - Ka mu!

Burmistrz pokutyka do niej i zatrzyma si niezdarnie. Spojrza Melissie prosto w oczy. Nie drgna.

- Wiem, e si go boisz, Melisso, Dlaczego ona tak boi si ciebie??

- Bo pani Gada mi wierzy.

Burmistrz gboko wcign powietrze.

- Czy ty go chciaa ?

- Nie - wyszeptaa.

- Niewdziczny may bkart - wrzasn Ras. - Wstrtne brzydac-two! Kt inny oprcz mnie chciaby jej kiedykolwiek dotkn ? Burmistrz zignorowa Rasa i uj do Melissy w swoje rce.

- Od tej chwili uzdrowicielka jest twoj prawn opiekunk. Jeste* wolna. Moesz z ni jecha.

- Dzikuj. Dzikuj, panie.

Burmistrz wyprostowa si, chwiejc si na nogach.

- Brian! Znajd mi papiery jej opiekustwa w aktach miejskich., Siadajciejtas... A! Brian, niech posaniec pojedzie do miasta. Do naprawiaczy.

- Ty handlaro ywym towarem! - pieni si Ras. - To w ten sposb wykradasz dzieci. Ludzie bd...

- Zamknij si. Ras!

W gosie burmistrza dao si sysze wyczerpanie, znacznie przerastajce jego chwilowy przypyw energii. By blady.

- Nie mog ci wypdzi. Moim obowizkiem jest chroni innych ludzi. Inne dzieci. Teraz twoje kopoty s moimi Idopotami i musz zosta rozwizane. Pjdziesz porozmawia z naprawiaczami ?

- Nie potrzebuj naprawiaczy.

- Pjdziesz dobrowolnie, czy wolisz proces ?

Ras powoli usiad na krzele i wreszcie pokiwa gow.

- Dobrowolnie - powiedzia.

Gada wstaa, otoczya ramieniem Meliss. Dziewczynka obja Gad w pasie, a gow przechylia tak, e prawie nie byo wida blizny. Skieroway si w stron wyjcia.

- Dzikuj ci, uzdrowicielko - powiedzia burmistrz.

- Do widzenia - powiedziaa Gada i zamkna drzwi. Obie z Melissa szy korytarzem w kierunku drugiej wiey. Echo powtarzao ich kroki.

- Tak strasznie si baam - powiedziaa Melissa.

- Ja te. Przez chwil mylaam, e bd musiaa ci wykra". Melissa spojrzaa na ni.

- Naprawd by to pani zrobia ?

-Tak.

Melissa milczaa przez chwil.

- Przepraszam - powiedziaa.

- Przepraszam ? Za co ?

- Powinnam pani ufa. A nie ufaam. Ale teraz ju bd. Ju si wicej nie bd ba. . Miaa prawo si ba, Melisso.

- Ju teraz si nie boj. I ju nie bd. Dokd pojedziemy ?

Po raz pierwszy od czasu, kiedy Melissa zaproponowaa Gadzie, e bdzie objeda Liska, w jej gosie brzmiaa pewno siebie i entuzjazm, bez odcienia strachu.

- No c - powiedziaa Gada. - Myl, e powinna pojecha na pnoc do orodka uzdrowicieli. Do domu.

-A pani?

- Mam jeszcze jedn rzecz do zrobienia, zanim bd moga pojecha do domu. Nie martw si, prawie poow drogi pojedziesz z Gabrielem. Napisz ci list, wemiesz go ze sob i dostaniesz Liska. Bd wiedzieli, e to ja ci przysaam.

- Wolaabym jecha" z pani.

Widzc jak wstrznita jest Melissa, Gada zatrzymaa si.

- Ja te wolaabym, eby jechaa ze mn. Uwierz mi, prosz, ale musz jecha do Centrum, a to moe by niebezpieczne.

- Nie boj si adnych szalecw. A poza tym jak bd razem z pani, moemy trzyma stra.

Gada zapomniaa o szaleficu. Wspomnienie o nim wywoao w niej ponownie niepokj.

- Tak, szaleniec to jeden problem. Ale nadchodz burze, jest prawie zima. Nie wiem, czy dam rad wrci z Miasta. I lepiej bdzie, jeli zadomowisz si w orodku, zanim wrc z wyprawy. Gdyby miao si to nie uda albo gdybym musiaa opuci orodek, mogaby lam zosta.

- Nie obchodz mnie burze - powiedziaa Melissa - nie boj si.

- Wiem, e si nie boisz. Chodzi o to, e nie ma powodu naraa ci na niebezpieczestwo.

Melissa nie odpowiedziaa. Gada przyklka i odwrcia dziecko do siebie.

- Czy mylisz, e teraz prbuj ci unika ? Po chwili Melissa powiedziaa:

- Nie wiem, co mam myle, pani Gado. Pani powiedziaa, e gdybym nie ya tutaj, to byabym odpowiedzialna za siebie i robia to, co bym mylaa, e jest dobrze. A ja myl, e niedobrze jest, ebym zostawia pani sam z tym szalecem i z burzami.

Gada przysiada na pitach.

- Dokadnie tak powiedziaam. I tak te uwaam.Spojrzaa na swoje poblinione rce, westchna i znw popatrzya na Meliss.

- Lepiej ci powiem, dlaczego tak naprawd chc, eby pojechaa do domu. Powinnam bya powiedzie to przedtem.

- Co to jest ? - Glos Melissy by cinity, iecz opanowany; Gada wzia j za rk.

- Wikszo uzdrowicieli ma po trzy we. Ja mam tylko dwa. Zrobiam co gupiego i ten trzeci zosta zabity.

Opowiedziaa Melissie o ludziach Arevina, o Stavinie, jego modszym ojcu i Mchu.

- Nie ma zbyt wielu wy snu - cigna Gada. - Bardzo trudno je rozmnaa. Waciwie to nigdy nie udao si nam osign tego, eby zaczy si rozmnaa. Po prostu czekamy z nadziej, e kiedy bdzie ich wicej. Sposb, w jaki je zdobywamy, jest podobny do tego, w jaki zrobiam Liska.

- Tym specjalnym lekarstwem? - spytaa Melissa.

- Co takiego. Inna biologia pozaziemska wy nie poddawaa si ani transdukcji wirusowej, ani mikrochirurgii. Ziemskie wirusy nie wchodziy w reakcje z substancjami chemicznymi, jakie we snu miay w miejscu DNA, a uzdrowicielom nie udao si wyizolowa niczego, co mona by porwna z wirusem u pozaziemskich wy. Nie mogli wic przeszczepi genw jadowych wy snu innym wom i jak dotd nikomu nieu dao si zsyntetyzowa wszystkich, spord setek komponentw jadu. Zrobiam Mcha i cztery inne we snu, ale wicej ju nie mog. Za bardzo dr mi rce. Stao si z nimi to samo, co wczoraj dziao si z moim kolanem.

Czasem zastanawiaa si, czy jej artretyzm nie by zarwno psychologiczn, jak i fizyczn reakcja na wielogodzinne siedzenie w laboratorium, delikatne manipulowanie pokrtami mikropipety i wysilanie wzroku, aby znale kade z niezliczonych jder w pojedynczej komrce wa snu. Bya pierwsz uzdrowicielk od wielu lat, ktrej udao si przeszczepi materia genetyczny w niezapo-dnione jajo. Musiaa wypreparowa setki komrek, aby wreszcie uzyska Mcha i czworo jego rodzestwa. By to efekt lepszy od uzyskanego przez kogokolwiek, komu udao si w ogle zrealizowa podobne zadanie.

Nikt nie zdoa stwierdzi, co powodowao dojrzewanie pciowe wy snu, wic uzdrowiciele przechowywali niewielk ilo zamroonych, niezapodnionych komrek jajowych wyjtych z cia martwych wy. Jednak nikomu nie udao si ich sklonowa. Mieli le pewn ilo czego, co prawdopodobnie byo sperm wy snu, jednak komrki - po miksowaniu w wirwce testowej - okazyway ; si zbyt niedojrzae, by zapodni jaja.

Gada wiedziaa, e jej sukces by zarwno kwestia, szczcia, jak i techniki. Bya pewna, e gdyby jej wsppracownicy posiadali dostateczne moliwoci, aby zbudowa mikroskop elektronowy opisany w ksikach, zdoaliby odnale geny niezalenie od cia jdrzastych; molekuy tak mae, e nie mona ich byo zobaczy, zbyt mae, aby je przeszczepi, chyba e mikropipeta zassa je przez przypadek.

- Jad do Centrum, eby zawie wiadomo i poprosi tamtejszych ludzi, eby pomogli nam zdoby wicej wy snu. Obawiam si jednak, e odmwi. A jeli wrc do domu bez opiekuna snu po tym, jak straciam swojego, to nie wiem, co si zdarzy. Moe par wykluo si od czasu, gdy wyjechaam, moe kilka nawet sklonowa-no, ale jeli nie, to mog mi nie pozwoli, abym nadal byfa uzdrowicielk. Nie mog by dobr uzdrowicielk bez wa snu.

- Jeeli nie ma innych, to powinni da jednego z tych, ktre pani zrobia - powiedziaa Melissa. - Tylko takie wyjcie bdzie w porzdku.

- Ale to nie bdzie w porzdku wobec modszych uzdrowicieli, ktrym je daam - powiedziaa Gada. - Musiaabym pojecha do domu i powiedzie siostrze albo bratu, e nie mog by uzdrowicielami, dopki nasze we snu nie rozmno si powtrnie - powiedziaa z dugim westchnieniem. - Chc, eby wiedziaa to wszystko. Dlatego te pragn, aby pojechaa do domu wczeniej, by wszyscy mieli szans ciebie pozna. Musiaam zabra ci od Rasa, ale jeli pojedziesz ze mn, to nie jestem pewna,czy tak bdzie lepiej.

- Gado! - Melissa bya za. - Dla mnie by z pani, to zawsze bdzie lepsze ni... ni by w Podgrzu. Nie obchodzi mnie, co si stanie. Nawet, jeli mnie uderzysz...

- Melisso! - powiedziaa Gada, podobnie zaszokowana, jak przed chwil dziewczynka.

Melissa zamiaa si bezgonie, z prawym kcikiem ust wzniesionym lekko ku grze.

- Widzisz ? - powiedziaa.

- Zgoda.

- Bdzie dobrze - mwia Melissa. - Nie obchodzi mnie, co si stanie w orodku uzdrowicieli. Wiem, e burze s niebezpieczne. Widziaam, jak wygldaa po walce z szalecem, wic wiem, e on

te jest niebezpieczny. Ale cigle chc i z tob. Prosz, nie ka mi i do kogo innego.

- Jeste pewna ? Melissa skina gow.

- Dobrze - powiedziaa Gada. Rozjania twarz w umiechu.-Nigdy przedtem nie adoptowaam nikogo. Teorie to nie to samo, kiedy zaczyna si je wprowadza w ycie. Pojedziemy razem.

W rzeczywistoci mie jej byo bezgraniczne zaufanie, ktrym darzya j Melissa.

Poszy korytarzem, trzymajc si za rce i machajc nimi jak dwoje dzieci. Skrciy w ostatni korytarz i Melissa gwatownie cofna si. Pod drzwiami Gady siedzia Gabriel. Obok leao przygotowane siodo.

- Gabrielu! - zawoaa Gada.

Podnis wzrok i rym razem nie drgn na widok Melissy.

- Cze! - odpowiedzia. - Przepraszam. Melissa odwrcia si w stron Gady tak, eby najbrzydsza cz blizny nie bya widoczna.

- W porzdku. Nie szkodzi. Jestem do tego przyzwyczajona.

- Nie byem jeszcze do koca obudzony ostatniej nocy...-Gabriel spostrzeg spojrzenie Gady i zamilk.

Melissa zerkna na Gad, ktra ciskaa jej rczk, pniej na Gabriela i jeszcze raz na Gad.

- Ja lepiej... pjd przygotowa konie.

- Melisso! - Gada prbowaa j zapa, ale dziewczynka ucieka. Gada popatrzya jak odchodzi, westchna i otworzya drzwi do swojego pokoju. Gabriel wsta.

- Przeprasz am - powiedzia.

-Ty to masz talent!

Wesza do rodka, podniosa juki i cisna na ko. Gabriel wszed za ni.

- Prosz ci, nie bd na mnie za.

- Nie jestem za. - Rozpia sprzczki. - Za byam wczoraj w nocy, ale ju mi przeszo.

- Ciesz si.- Gabriel usiad na ku i patrzy, jak Gada si pakuje - Jestem gotowy do wyjazdu. Chciaem jednak powiedzie : " do widzenia " i podzikowa ci. Przykro mi...

- Ju ani sowa o tym - przerwaa Gada.

-Dobrze.

' Gada zwina wyprany strj pustynny i woya go do skrzanej kieszeni przy siodle.

- Dlaczego nie miabym z tob pojecha ? - Gabriel pochyli si w oczekiwaniu, okcie opar na kolanach. - Musi by atwiej podrowa, gdy ma si z kim porozmawia.

- Nie bd sama, Melissa jedzie ze mn.

- O!- Wida byo, e jest uraony.

- Adoptuj j. Gabrielu. Podgrze nie jest miejscem dla niej, tak samo, jak nie jest dla ciebie w tej chwili. Mog pomc jej, ale nic nie jestem w sianie zrobi dla ciebie. Co najwyej uzaleni ci ode mnie. A tego nie chc uczyni. Nigdy nie odnajdziesz w sobie swej siy. jeli nie odnajdziesz wolnoci.

Woya torebk z proszkiem do zbw, grzebie", aspiryn i mydo w jeden z jukw, zapia i usiada. Uja delikatn i mocn rk Gabriela.

- Tutaj wszystko jest dla ciebie zbyt trudne. Ja mogabym sprawi, e wszystko byoby zbyt atwe. Takie wyjcie te nie jest dobre.

Podnis jej rk i pocaowa opalony,pob!iniony wierzch doni, a potem jej wntrze.

- Widzisz, jak szybko si uczysz ? - Pogadzia go drug rk po lnicych, jasnych wosach.

- Czy jeszcze ci kiedy zobacz ?

- Nie wiem - odpara. - Prawdopodobnie nie. - Umiechna si. -Nie bdziesz potrzebowa.

- Chciabym - powiedzia zadumany.

- Id w wiat. We ycie w swoje rce i uksztatuj je tak, jak bdziesz chcia.

Wsta, nachyli si i pocaowa j. Gada, podnoszc si, te go pocaowaa - delikatniej ni by tego chciaa, aujc, e nie maja wicej czasu, e nie spotkaa go po raz pierwszy na przykad rok temu. Rozoya palce na jego plecach i przycigna mocno ku sobie.

- Do widzenia, Gabrielu.

- Do widzenia... Gado.

Drzwi zamkny si za nim cicho. Gada wypucia Mg i Fiaska z ich przegrdek, aby nacieszyy si troch swobod przed dug

podr. Suny po jej stopach, dookoa ng, kiedy wygldaa przez okno. Rozlego si pukanie do drzwi.

- Chwileczk.

Wpucia Mg na rami i bark, podniosa Fiaska obiema rkami. Jeszcze troch, a bdzie za duy, by wygodnie mieci si na jej talii.

- Mona wej.

Wszed Brian, lecz zatrzyma si gwatownie.

- W porzdku -rzeka Gada. - S spokojne.

Brian nie cofn si, ale bacznie obserwowa we. Ich gowy poruszay si przy kadym ruchu Gady, jzyki migay, gdy kobra i grzechotnik zerkay na Briana i smakoway jego zapach.

- Przyniosem papiery dziecka - powiedzia. - Stwierdzaj, e teraz pani jest jej opiekunk.

Gada owina sobie Fiaska wok prawej rki, a lew signa po dokumenty. Brian wrczy je sztywno. Gada obejrzaa je z ciekawoci. Pergamin by sztywny i szeleszczcy, ciki od woskowych pieczci. Podpis burmistrza, peen zawijasw, widnia w jednym rogu, w drugim bazgray Rasa.

- Czy istnieje moliwo, e Ras go zakwestionuje?

- Mgby - powiedzia Brian - ale myl, e tego nie zrobi. Gdyby stwierdzi), e zosta przymuszony do podpisania, musiaby powiedzie, jaki do by przymus. A wtedy musiaby wyjani... inny przymus. Myl, e woli dobrowoln rezygnacj z praw rodzicielskich, ni wymuszon pod presj publiczn.

- Dobrze.

-1 jeszcze co, uzdrowicielko.

-Tak?

Wrczy jej ma cik sakiewk. Wewntrz wyczuwao si monety pobrzkujce czystym, cikim dwikiem zota. Gada spojrzaa na Briana, rozbawiona.

- Pani zaplata - powiedzia i podsun jej do podpisu rachunek i piro.

- Czy burmistrz nadal obawia si oskarenia o handel niewolnikami ?

- To moe si zdarzy - wyjani Brian. - Lepiej si strzec.

Gada wzia rachunek i naniosa poprawk:" Przyjmuj w imieniu mojej crki, jako zapat za jej usugi polegajce na tresowaniu koni ". Podpisaa dokument i wrczya z powrotem Brianowi.

- Myl, e teraz brzmi to lepiej - powiedziaa Gada. - To sprawiedliwe wobec Melissy, a skoro otrzymaa zapat, to oczywiste jest, ze nie bya niewolmj sug.

- To jeszcze jeden dowd, e pani j adoptowaa - powiedzia Brian. - Myl, e to zadowoli burmistrza.

Gada wsuna sakiewk do kieszeni w siodle i wpucia Mg i Fiaska z powrotem do ich przegrdek. Wzruszya ramionami.

- Nie ma sprawy. To bez znaczenia, skoro Melissa moe wyjecha.

Nagle opado ja przygnbienie i zacza si zastanawia, czy rzeczywicie tak uparcie i arogancko dy do tego, by wszystko dziao si wedle jej wolt, e a dezorganizuje ycie innym, bez adnego dla nich poytku. Nie miaa wtpliwoci, e postpia susznie w przypadku Melissy, przynajmniej jeli chodzi o uwolnienie jej. Spod wadzy Rasa. Ale czy Gabriel bdzie szczliwy ? A burmistrz? Nawet i Ras...

Podgrze byo bogatym miastem i wikszo mieszkacw wydawaa si szczliwa. Oczywicie, byli teraz szczliwsi i bezpieczniejsi ni dwadziecia lat temu, kiedy burmistrz obejmowa urzd, ale jaki poytek z tego miay dzieci w jego wasnym domu ? Gada bya zadowolona, e Gabriel take - na dobre czy na ze - ale wyjeda.

- Uzdrowicielko ?

- Tak, Brianie ?

- Dzikuje.

Kiedy Gada odwrcia si w chwil pniej, zdy ju bezszelestnie zniknd.

Gdy drzwi do pokoju zamkny si cichutko. Gada posyszaa guche dudnienie wielkiej bramy zamykajcej podwrze. Wyjrzaa znowu przez okno. W dole Gabriel dosiad swego ogromnego srokacza. Popatrzy w d, na dolin, a pniej odwrci gow w kierunku okien ojca. Dugo si w nie wpatrywa. Gada nie musiaa spoglda na drug wie, by domyli si, e jego ojciec si nie pokaza. Gabriel zwiesi ramiona, pniej wyprostowa si i kiedy zerkn w stron wiey Gady, na jego (warzy malowa si ju

i spokj. Spostrzeg dziewczyn i posa jej smutny, peen niepewno-i ci umiech. Pokiwaa mu rka. Odpowiedzia jej takim samym gestem.

Przez par minut Gada patrzya, jak aciaty ogier kroczy, wywijajc swoim dugim, czamo-bialym ogonem, a znikn za ostatnim zakrtem szlaku wiodcego na pnoc. Na dziedzicu zastukay inne kopyta. Myli Gady na powrt skupiy si wok wasnej podry. Melissa, jadc na Lisku, prowadzia Byskawic. Spojrzaa w okno i skina gow Gadzie. Ta umiechna si i pokiwaa przytakujco. Zarzucia sioda z jukami na rami, podniosa z podogi torb z wami i zesza, aby przyczy si do crki

9

Chodny, rzeki wiatr owiewa twarz Arevina. Modzieniec wdziczny by za grski klimat wolny od kurzu, upau i wszechobecnego piachu. Na krawdzi przeczy zatrzyma si, stan obok Iconia i rozejrza si po krainie, w ktrej wychowaa si Gada.

Okolica bya jasna i bardzo zielona. Mona byo zarwno odczu, jak i usysze ogromne iloci swobodnie pyncej wody. Rzeka suna meandrami przez rodek doliny u jego stp, a o rzut kamieniem od traktu, pord osuszonych skal, tryskao rdeko.

Poczu jeszcze wikszy szacunek dla Gady. Jego ludzie nie wdrowali, yli tutaj przez okrgy rok. Pewnie niewielkie miaa pojcie o yciu w klimacie o takich kracowych wahaniach, jak na pustyni. Tutaj nie mona si byo przygotowa do ycia na pustkowiu z czarnego piachu. Sam Arevin nie by przygotowany do surowoci centralnej pustyni.

Mia stare mapy - nikt z yjcych czonkw klanu nigdy ich nie uywa - ktre doprowadziy go bezpiecznie na drug stron pustyni wzdu linii oaz. Pora roku bya tak pna, e nikogo po drodze nie spotka. Nikogo, eby spyta o najlepszy szlak; nikogo, eby spyta oGade.

Wsiad na konia i zjecha traktem do doliny uzdrowicieli.

Zanim dotar do pierwszych zabudowa, znalaz si w niezwykym sadzie. Drzewa najbardziej oddalone od drogi byy w peni wyronite, skate, a im bliej, tym byy modsze. Tak, jakby je co roku dosadzano.

Kilkunastoletni modzian wypoczywa w cieniu, zajadajc owoc. Kiedy Arevin si zatrzyma, tamten wsta i zrobi kilka krokw. Arevin popdzi konia po trawiastej pachcie ki.

Spotkali si pod rzdem modych drzew.

- Cze - powiedzia mody czowiek. Zerwa owoc i poda go Arevinowi. - Chcesz gruszk ? Brzoskwinie i winie ju si skori-czyy, a pomaracze jeszcze nie dojrzay.

Arevin spostrzeg, e w istocie, kade drzewo nosio owoce kilku rodzajw, chocia licie byy tego samego ksztatu. Niepewnie

sign po gruszk, zastanawiajc si, czy gleba pod drzewami nie jest skaona.

- Nie martw si - powiedzia mody czowiek - to nie jest radioaktywne. Nie ma tutaj adnych kraterw. - Arevin nie powiedzia sowa, a mimo to rozmwca zdawa si rozumie jego myli. - Sam zrobiem to drzewo, a nigdy nie pracuj z gorcymi mutagenami.

Arevin nie mia pojcia, o czym chopak mwi, z wyjtkiem tego.i chyba go zapewnia, e owoce s bezpieczne. Nie chcc by niegrzecznym, przyj gruszk.

- Dzikuje. - Poniewa chopak patrzy na niego wyczekujco, Arevin ugryz owoc, ktry by sodki i cierpki zarazem. I bardzo soczysty. Ugryz ponownie. - Bardzo dobre - powiedzia. - Nigdy nie widziaem roliny, ktra rodziaby cztery rodzaje owocw.

- Pierwszy projekt - powiedzia chopiec. Wykona gest w kierunku starszych drzew. - Kady robi jedno. To troch mao wyrafinowane, ale taka jest tradycja.

- Rozumiem - powiedzia Arevin.

- Nazywam si Thad.

- Jestem zaszczycony - powiedzia Arevin. - Szukam Gady. Thad zmarszczy brwi.

- Obawiam si, e odbye dug przejadk na darmo. Nie ma jej tu. I nie powinna si zjawi wczeniej, jak za par miesicy.

- Ale niemoliwe, abym si z ni min. Wyraz uprzejmoci na twarzy Thada ustpi miejsca zmartwieniu.

- Chcesz powiedzie, e ona ju wybiera si do domu ? Co si siao ? Czy wszystko z ni dobrze ?

- Byo tak, kiedy ostatni raz j widziaem - powiedzia Arevin. -Oczywicie, powinna ju dawno by w domu, gdyby nic si nie stao.

Naszy go myli o tym, e mg zdarzy si jej jaki wypadek, gorszy ni ukszenie mii. .  - Hej, dobrze si czujesz ?

Thad sta obok, podtrzymujc go za okie.

- Tak - powiedzia Arevin, ale gos mu dra.

- Sabo ci ? Ja jeszcze nie ukoczyem swojego szkolenia, ale kto : z uzdrowicieli moe pomc.

- Nie, nie. Nie jestem chory. Nie mog tylko pojatf, jakim cudem dotarem tutaj przed ni.

- Ale dlaczego ona wraca tak wczenie ? - Arevin popatrzy na modego czowieka, teraz tak samo przejtego jak on.

- Nie powinienem za ni opowiada jej historii - powiedzia. -Musz porozmawia z jej rodzicami. Poka mi, gdzie oni mieszkaj.

- Pokazabym, gdybym mg - odrzek Thad. - Tylko, e ona nie ma rodzicw. Ja ci nie wystarcz ? Jestem jej bratem.

- Przepraszam, e sprawiam ci przykro. Nie wiedziaem, e wasi rodzice umarli.

- Nie umarli. A moe i tak. Nie wiem. To znaczy nie wiem, kim s moi rodzice ani kim s rodzice Gady,

Arevin poczu, e si cakowicie pogubi. Nigdy nie mia kopotw ze zrozumieniem tego, co Gada do niego mwia. A teraz wydawao mu si, e nie poj nawet poowy z tego, co powiedzia mu w czowiek w cigu zaledwie paru minut.

- Jeeli nie wiesz, kim s twoi rodzice, ani kim s rodzice Gady, to jak moesz by jej bratem ? Thad spojrza na niego z rozbawieniem.

- Nie za wiele wiesz o uzdrowicielach, co ?

- Nie - przyzna si Arevin z uczuciem, e konwersacja znowu przybraa nieoczekiwany obrt. - Nie wiem. Oczywicie syszelimy o was, ale Gada jest pierwsz, ktra odwiedzia mj klan.

- Spytaem dlatego - wyjani Thad - bo wikszo ludzi wie, e jestemy adoptowani.Nie mamy adnych rodzin. Wszyscy jestemy jedn rodzin.

- A jednak powiedziae, e jeste jej bratem, tak jakby ona nie miaa innego. - Z wyjtkiem niebieskich oczu, zreszt i tak w innym odcieniu, w Thadzie nie byo ladu podobiestwa do Gady.

- Tak sobie mylimy. Jak byem may, to pakowalem si w tarapaty, a ona zawsze mnie z nich wycigaa.

- Rozumiem. - Arevin zsiad z konia i poprawi mu uzd, rozwaajc, co powiedzia chopak. - Nie jeste krewnym Gady, ale czujesz si z ni szczeglnie zwizany. Zgadza si?

-Tak.

- Jeli ci powiem, dlaczego przyjechaem, to poradzisz mi, co robi, majc na wzgldzie przede wszystkim Gad ? Nawet, gdyby musia zama swoje obyczaje ?

Arevin cieszy si z wahania modego czowieka, gdy nie chciaby polega na natychmiastowej odpowiedzi, wypowiedzianej pod i wpywem emocji. :    - Stao si co naprawd niedobrego, tak ?

- Tak - przyzna Arevin. -1 ona wini za to siebie.

- Ty te czujesz si z ni szczeglnie zwizany, prawda ?

-Tak.

- A ona z tob4-?

- Myl, e te.

i    - Jestem po jej stronie - powiedzia Thad. - Zawsze. :    Arevin rozpi uzd i cign j koniowi z pyska, aby zwierz mogo poskuba traw. Usiad pod drzewem Thada, a chopak przysiad obok.

'/ - Przyszedem tu z drugiej strony zachodniej pustyni - powiedzia Arcvin. - Tam nie ma adnych dobrych wy, tylko mije piaskowe, ktrych ukszenie oznacza mier...

Arevin opowiedzia wszystko, co wydarzyo si w jego obozie i czeka jak Thad na to zareaguje. Miody uzdrowiciel dugo ogiada swe poblinione rce.

- Jej wa snu zosta zabity ? - powiedzia w kocu. W gosie Thada odbija! si szok i bezradno. Jego ton zmrozi !Arevina.

- To nie bya jej wina - powiedzia Arevin powtrnie.

Thad wiedzia ju teraz o strachu, jaki klan odczuwa wobec wy i o okropnej mierci siostry Arevina. Jednak przybysz widzia zupenie wyranie, e Thad niczego nie rozumie. ;   Chopak popatrzy na niego.

:   - Nie wiem, co mam ci powiedzie - odezwa si. - To naprawd okropne. - Przerwa, rozejrza si dookoa i potar czoo doni. -Myl, e najlepiej bdzie, jak porozmawiamy ze Srebrzyst. Bya jedna z nauczycielek Gady, a teraz jest najstarsza z nas. i;   Areyin zawaha si.

'   - Czy jest mdra ? Wybacz mi, ale skoro ty, przyjaciel Gady, nie jeste w stanie poj, jak to si wszystko stao, to czy jaki inny jUzdrowiciel bdzie potrafi ?    - Ja rozumiem, co si stao!

- Ty wiesz, co si stao - powiedzia Arevin - ale nie rozumiesz. Nie chciabym ci obrazi, ale obawiam si, e (o prawda, co powiedziaem.

- To nie ma znaczenia - powiedzia Thad.

- Nadal jednak chc jej pomc. Srebrzysta znajdzie wyjcie.

Przepikna dolina w ktrej yli uzdrowiciele, czya w jedno poacie absolutnie dziewiczej przyrody z obszarami cakowicie ucywilizowanymi. To, co jak si wydawao Arevinowi, byo wybujaym lasem, prastarym i niezmiennym - rozcigao si daleko, jak okiem sign, biorc pocztek na pnocnym stoku doliny. A tu u podna, pord ogromnych, starych drzew, wesoo krcia ramionami grupka wiatrakw. Las drzew i las wiatrakw tworzyy harmonijn cao.

Orodek by jasnym,pogodnym miejscem - maym miasteczkiem zoonym z solidnych domw z drewna i kamienia. Ludzie pozdrawiali Triada, kiwali mu rkoma, a Arevinowi kaniali si. Przytumione odgosy dziecicej zabawy pyny wraz z agodna bryz.

Thad zostawi konia Arevina luzem na pastwisku, a jego samego zaprowadzi do budynku nieco wikszego od innych, stojcego na uboczu, z dala od gwnych zabudowa. Wewntrz, co Arevin spostrzeg ze zdumieniem, ciany nie byy drewniane, ale wyoone kafelkami.

Nawet w pomieszczeniach bez okien wiato byo jasne jak w dzie. Nie byo to niesamowite, bkitne wiato biolampek, ani nie mikkie, tte wiato gazowych pomykw.

Przez wpotwarte drzwi Arevin zobaczy grup modych ludzi, modszych nawet od Thada, pochylonych nad skomplikowanymi instrumentami, cakowicie zaabsorbowanych prac.

Thad wskaza rk w kierunku praktykantw.

- To s laboratoria. Szlifujemy soczewki do mikroskopw. Sami, tu, w orodku. Wasnorcznie produkujemy te nasze szko laboratoryjne.

Prawie wszyscy ludzie, ktrych Arevin widzia (a zobaczy ju jak sdzi wikszo mieszkacw) byli albo bardzo modzi, albo starzy.

-* Ci modzi przechodz przeszkolenie -pomyla * a ci starsi, to nauczyciele. Gada i inni rozjechali si by praktykowa ". Weszli po

IH-

I pehodach, przeszli wycieanym dywanami korytarzem i delikatnie j zastukali do drzwi. Czekali kilka minut. Thadowi wydawao si to zupenie normalne, wcale si nie niecierpliwi. W kocu przyjemny, do wysoki glos powiedzia: " Prosz!"

Wntrze pokoju nie byo tak chodne i surowe jak laboratoria. ciany byy wyoone drewnian boazeri. Due okno ukazywao widok na wiatraki. Arevin sysza o ksikach, ale jak dotd adnej nie widzia. Tutaj dwie ciany byy pokryte plkami, szczelnie wypenionymi ksikami. Stara uzdrowicielka siedziaa w bujanym fotelu i trzymaa jedn na kolanach.

- Thad - powiedziaa, skaniajc gow na powitanie, tonem przyjaznym, ale pytajcym.

- Srebrzysta - wprowadzi Arevina - to jest przyjaciel Gady. Przeby dug drog, aby z nami porozmawia.

- Usidcie - glos kobiety, tak jak i rce, lekko dra.

Bya bardzo stara, stawy miaa opuchnite i powykrcane, skr

 gadk, delikatn, przezroczyst, pooran gbokimi bruzdami. Za przykadem Thada, Arevin usiad na krzele. Byo mu niewygodnie

- przywyk do siedzenia po turecku na ziemi.

- Co chciaby powiedzie ?  - Czy jeste przyjacik Gady? - spyta. - Czy tylko nauczycielk?

 Pomyla, e moe go wymia, ona jednak spojrzaa na niego z

 powag.

 -Przyjacik.

- Srebrzysta nadaa Gadzie jej imi - powiedzia Thad. - Czy

mylisz, e wzibym ci na rozmow do pierwszej lepszej osoby ?

; Mimo to Arevin zastanawia sij>orczkowo, czy powinien opo- wiedzie swoj histori tej uprzejmej kobiecie. Dobrze pamita

sowa Gady: " Moi nauczyciele rzadko daj komu imi, ktre j nosz. Bd bardzo rozczarowani. " Moe rozczarowanie Srebrzy-

stej bdzie na tyle due, e wykluczy Gad spomidzy swoich ludzi?

- Powiedz mi, co si stao - powiedziaa Srebrzysta. - Gada jest moj przyjacik i bardzo j kocham. Nie musisz si mnie obawia, Arevin po raz drugi tego dnia opowiedzia, co przydarzyo si Gadzie, uwanie przypatrujc si twarzy Srebrzystej. Jej wyraz nie

zmieni si. Oczywicie, po wszystkich swoich dowiadczeniach, musiaa zrozumie, co si stao, lepiej ni mtody Thad.

- Ach! - westchna. - Gada przesza pustyni! - Potrzsna gow. - Moje odwane, porywcze dziecko...

- Srebrzysta - odezwa si Thad - co moemy zrobi ?

- Nie wiem, kochanie - odpowiedziaa. - Chciaabym, eby Gada wrcia do domu.

- Przecie na pewno mae we umieraj - powiedzia Arevin. -Na pewno innym te zdarzaj si wypadki. Co si wtedy dzieje:? - One yj bardzo dugo - wyjani Thad. - Czasem duej ni ich uzdrowiciele. Bardzo trudno si rozmnaaj.

- Kadego roku szkolimy mniej ludzi, poniewa mamy zbyt mao wy - powiedziaa Srebrzysta gosem mikkim jak puch.

- Ale doskonao Gady musi upowania" j do tego, eby dosta innego wa - powiedzia Arevin.

.- Nie mona dawa tego, czego si nie ma - odpara smutno Srebrzysta. - Jak dotd wykluo si ich bardzo niewiele. - Thad spojrza w bok.

- Jedno z nas mogoby zdecydowa, e nie ukoriczy swojego szkolenia...

- Thad - Srebrzysta zwrcia si do chopaka - nie mamy do" wy dla nas wszystkich, nawet teraz. Czy sdzisz, e Gada mogaby prosi ci, eby jej oddal wa snu, ktrego ci sama dala?

Thad unis ramiona, nie patrzc ani na Srebrzyst, ani na Arevina.

- Nie moemy decydowa bez Gady - zawyrokowaa Srebrzysta.

' Ona musi wrci do domu.

Arevin oglda swoje donie; rozumia, e nie bdzie atwego rozwizania dylematu, prostego wytumaczenia tego, co si. stao, a tym samym wybaczenia dla Gady.

- Nie wolno wam kara jej za bfd mojego klanu - powtrzy. Srebrzysta potrzsna gow.

- Tu nie chodzi o kar. Po prostu ona nie moe by uzdrowicielk bez wa snu. Nie mam ani jednego, eby jej da.

Thad podnis si i Arevin, z gbokim poczuciem klski i przygnbienia, zrozumia, e rozmowa jest zakoczona.

Wyszli na zewntrz, pozostawiajc laboratoria z ich dziwn maszyneri, dziwnym wiatem, dziwnymi zapachami. Soce zachodzio, zlepiajc dugie cienie w jednolit ciemno.

-I gdzie mam jej szuka? - spyta nagle Arevin.

-Co?

- Przyjechaem tuaj, poniewa mylaem, e Gada jedzie do domu. Teraz nie mam pojcia, gdzie ona moe by. Jest coraz zimniej. Jeeli zaczy si ju burze...

- Ju ona wie, co robi. Nie pozwoli, aby zima uwizia j na pustyni - powiedzia Thad. - Kto na pewno potrzebowa pomocy i ona bya zmuszona zboczy ze szlaku w drodze do domu. Moe jej pacjent by z Gr Centralnych. Jest gdzie na poudniu: w rodkowej Przeczy, Nowym Tybecie czy Podgrzu.

- Dobrze - powiedzia Arevin, wdziczny za jakkolwiek sugesti. ' Pojad na poudnie. - Zastanawia si jednak, czy Thad mwi tak, bo jest tego absolutnie pewien, czy ponosi go modziecza fantazja.

Thad otworzy frontowe drzwi dugiego, niskiego budynku. Wewntrz pokoje wychodziy na centralnie pooone pomieszczenie: salon. Thad rzuci si na obszern kanap, nie zwaajc na dobre maniery. Arevin usiad na pododze.

- Kolacja za moment- powiedzia Thad. - Pokj obok mojego jest w tej chwili wolny, moesz go zaj.

- Moe powinienem jecha dalej? - zastanawia si Arevin.

- Dzi w nocy? To wariacki pomys jedzi tutaj po nocy. Rano znalelibymy ci na dnie przepaci. Zaczekaj przynajmniej do juda.

- Skoro tak mi radzisz...

W rzeczywistoci Arevina ogarna przemona apatia. Poszed z Thadem do wolnego pokoju.

- Przynios twj worek - powiedzia Thad. - Ty odpocznij. Wida, ze tego potrzebujesz. Arevin usiad na brzegu ka. W drzwiach Thad odwrci si.

- Suchaj, chciabym ci pomc. Czy mog co dla ciebie zrobi?

- Nie - odpowiedzia Arevin. - Dzikuj. Tu bdzie bardzo wygodnie. Thad wzruszy ramionami.

- Dobra.

     Czarny piach pustyni rozlewa si a po horyzont, paski i pusty.

Nie byo adnego znaku, ktry by wskazywa, e kto po nim

]

kiedykolwiek przeszed. Fale gorca unosiy si jak dym. Nie wiao jeszcze bezustannie, ale wszystkie siady po przejciu handany zostay ju zatarte, rozwiane albo zasypane przez ostre powiewy wiatru poprzedzajcego zim.

Na grzbiecie wschodniego acucha gr centralnych Gada i Me-lissa spoglday w kierunku swego niewidocznego celu. Zsiady z koni, aby da im odpocz. Melissa poprawia rzemyk przy nowym siodle Liska i spojrzaa w ty, na dolin, gdzie kiedy by jej dom.

- Nigdy przedtem nie byam tak daleko - powiedziaa Melissa pena podziwu. - Przez cae moje ycie. - Odwrcia si plecami do doliny, w stron Gady. - Dzikuj, Gada.

- Prosz uprzejmie, Melisso.

Melissa spucia wzrok. Prawy policzek, ten nieokaleczony, spur-purowia pod opalenizn.

- Powinnam ci co na ten temat powiedzie.

-Na jaki temat?

- Mojego imienia. To prawda, co Ras powiedzia, tak naprawd...

- To nie ma znaczenia. Nazywasz si Melissa. Jeeli chodzi o mnie, to to jest twoje imi. Ja te jako dziecko miaam inne ni teraz.

- Ale oni ci twoje imi nadali. To dla ciebie zaszczyt Ty go sobie nie przywaszczya, jak ja swoje.

Wsiady znw na konie i poczy zjeda czsto uywanym, grskim traktem.

- Ale mogam odrzuci imi, ktre mi proponowali - powiedziaa Gada.- Gdybym to zrobia, mogabym sobie sama wybra dorose imi, tak jak inni uzdrowiciele.

- Mogaby je odrzuci?

-Tak.

- Ale oni daj je bardzo rzadko! Tak syszaam.

- To prawda.

- Czy kto kiedy powiedzia, e go nie chce?

- O czym takim syszaam. Ja jestem jednak dopiero czwarta, wic niezbyt wielu ludzi miao tak moliwo. Czasem auj, e je przyjam.

- Ale dlaczego?

- Ze wzgldu na odpowiedzialno.

Pooya rk na torbie z wami. Od czasu napaci szaleca dotykaa jej czciej. Zabraa rk z gadkiej skry. Uzdrowiciele

!jtfmerj albo bardzo modo, albo yj do pnej staroci. Gad, fctry y bezporednio przed ni, mia zaledwie czterdzieci trzy lala, gdy umar, ale dwoje pozostaych yo ponad sto lat. Gada chciaa sprosta ich niezwykym osigniciom, a jak na razie ponosia same klski. Szlak prowadzi na d wrd wiecznych lasw; skatych, brzowych pni i ciemnych drzew iglastych, o ktrych tegenda giosi, e nigdy nie rodz nasion ani nie umieraj. Ich ywica nasycaa powietrze ostr, soczyst woni.

- Gada...- powiedziaa Melissa.

-Tak?

- Czy jeste...czy jeste moj mam?

Zaskoczona Gada wahafa si przez chwil. Jej ludzie nie cz si w rodziny w taki sam sposb, jak robi to inni. Ona sama nigdy do nikogo nie mwia: "mamo" czy "tato", chd midzy ni, a wszystkimi starszymi uzdrowicielkami taka wanie bya relacja. Ale w tonie Melissy brzmiao tyle pragnienia...

- Wszyscy uzdrowiciele s rodzin - powiedziaa Gada - ale ja ciebie zaadoptowaam, a to, tak myl, czyni mnie twoja matk.

- Ciesz si.

-Ja te.

Poniej wskiego pasa rzadkiego lasu, na stokach gr nie roso nic, oprcz mchu, i chocia wysoko nadal bya dua, a cieka Stroma, Gada i Melissa mogy rwnie dobrze by ju na poziomie pustyni. Poniej linii drzew upal i sucho powietrza rosy jeszcze bardziej.

Kiedy w kocu dotary do piaskw, zatrzymay si, aby zmieni ubrania. Gada naoya na siebie strj, ktry dostaa od ludzi Arevi-na, Melissa - ubranie pustynne, ktre kupiy w Podgrzu. Przez cay dzie nikogo nie widziay. Gada od czasu do czasu zerkaa w ty przez rami i zachowywaa szczegln ostrono, gdy konie przejeday midzy wydmami, gdzie kto mgby si ukry i zaczai na niczego nie podejrzewajcych podrnych. Jednak nigdzie nie byo Sadu szaleca. Gada zastanawiaa si nawet, czy te dwa ataki nie byy zbiegiem okolicznoci. A jeli to by szaleniec, to moe jego dziaania przeciwko niej zostay ju teraz wyparte przez jaki inny cel?

 Przed wieczorem gry zostay daleko za nimi, wznoszc si. Kaczym ciana. Cisza panujca wok bya niezmcona, wrcz nie-

ziemska. Zapady ciemnoci. Cikie chmury zasaniay ksiyc. Nieustannie arzce si komrki wietlne w latarce Gady - teraz stosunkowo janiejsze - daway dostateczn ilo wiata, aby podrniczki mogy posuwa si naprzd. Latarenka wiszca u sioda koysaa si z kadym krokiem konia. Czarny piach odbija wiato niczym lustro wody.

Lisek i Byskawica szy blisko siebie. Gada i Melissa rozmawiay coraz ciszej, a wreszcie zamilky zupenie. Kompas Gady, ledwo dostrzegalny ksiyc, kierunek wiatru, ksztat piaszczystych wydm - wszystko to pomagao i we waciwym kierunku, a jednak Gada nie moga wyzby si strachu towarzyszcego nieodcznie wdrowcowi na pustkowiu; obawy, e kry w kko. Odwracajc si w siodle, patrzya przez kilka minut na niewidoczny szlak, ktry zostawiy za sob. Nie podao za nimi adne wiateko. Byy same. Nie byo nic, prcz mroku. Gada odwrcia si.

- Ale strasznie! - wyszeptaa Melissa.

- Wiem. Wiele daabym, ebymy mogy podrowa za dnia.

- Moe bdzie pada.

- Dobrze by byo.

Deszcz zrasza pustyni tylko raz na rok - dwa, ale jeli przychodzi, to zwykle przed nadejciem zimy. Wtedy drzemice nasiona wybuchay, rosnc i rodzc nowe nasiona, a gruboziarnista pustynia mika, ubrana w ziele i rnobarwne kwiaty. W cigu trzech dni delikatne rolinki kurczyy si w brzowe koronki i obumieray, zostawiajc nasiona w twardych upinach. Ale tej nocy powietrze byo suche i spokojne, bez najmniejszych oznak odmiany.

Gada drzemaa. W oddali zamigotao wiateko. Kobieta gwatownie obudzia si ze snu, pewna, e to wanie dogania j szaleniec. A dotd nie zdawaa sobie sprawy, jak bardzo bya pewna, e on jednak cignie za nimi, cigle jest gdzie w pobliu, gnany niepojt i chor dz. Ale to wiato nie byo przenon lampka. Trwao nieruchomo przed nimi. Wraz z fal sabego wiatru dolecia je szelest suchych lici: byy w pobliu pierwszej oazy na szlaku wiodcym do Centrum.

Nawet jeszcze nie witao. Gada wycigna rk i poklepaa Byskawic.

- Teraz moemy jecha szybciej - powiedziaa.

. Co? - Melissa takie zaczynaa si budzi. - Gdzie?...

     - Wszystko w porzdku - rzeka Gada. - Niedugo bdzie postj.

   Melissa mrugajc rozgldaa si dookoa.

- Zapomniaam, gdzie jestem.

, Dojechay do letnich drzew okalajcych oaz. Latarka Gady Owietlaa licie, ktre byy ju porozrywane i pokurczone od gnanego wiatrem piachu. Gada nie widziaa namiotw, nie syszaa 'adnych odgosw - ani ludzi, ani zwierzt; wszyscy karawaniarze ju wycofali si na bezpieczne, grskie tereny.

- Gdzie jest to wiato?

- Nie wiem - powiedziaa Gada.

Zerkna na Meliss, bo jej gos brzmia dziwnie: tumi go rg chusty nacignitej na buzie. Kiedy nikt si nie pojawia, dziewczynka pozwolia mu opa, odkrywajc twarz. Gada spia Byskawic, zaniepokojona brakiem wiata.

- Patrz! - powiedziaa Melissa.

Na tle ciemnoci wznosia si kolumna wiata. Podjechawszy bliej, Gada moga zobaczy, co lo byo. Pieri martwego, letniego drzewa, stojcy na tyle blisko wody, e gni, zamiast usycha. Komrki wietlne zaatakoway kruche drewno, przeksztacajc je w lnicy sup. Gada odetchna z ulg.

Pojechay dalej, okrajc nieruchomy, czarny staw, a znalazy miejsce, gdzie drzewa byy dostatecznie gste, aby dawa schronienie. Gdy tylko Gada cigna lejce, Melissa zeskoczya i zacza rozsiodlywa Liska. Gada zsiada nieco wolniej, bo mimo suchego, pustynnego klimatu, jej kolano znowu zesztywniao od dugiej jazdy. Melissa wycieraa Liska garci lici, przemawiajc do niego ledwie dosyszalnym gosem. Wkrtce wszyscy, konie i ludzie, uoyli si, aby przeczeka dzie.

Gada podreptaa boso w kierunku wody, przecigajc si i ziewajc. Spaa wietnie przez cay dzie i teraz chciaa popywa przed dalsza drog. Cigle byo za wczenie, aby opuszcza kryjwk z gstych drzew. W nadziei, e znajdzie kilka dojrzaych owocw na gaziach, patrzya to tu, to tam, ale zbieracze zamieszkujcy pustyni okazali si bardzo dokadni.

 Zaledwie kilka dni temu, po drugiej stronie gr, listowie oaz byo soczyste i mikkie, ale teraz, tutaj, licie obumieray i schy. Szele-

ciy, gdy je dotykaa, amliwe pirka kruszyy si w jej doni. Zatrzymaa si na skraju play.

Czarny pas mia zaledwie kilka metrw szerokoci, piach ukada si pkolem wok mikroskopijnej laguny, w ktrej odbija si wiszcy wieniec gazi. Melissa klczaa pnaga na piachu.Pochy-lia si nad wod i w milczeniu wpatrywaa si w jej tafl. lady po uderzeniach Rasa znikny, a ogie omin plecy, nie pozostawiajc blizn. Jej skra bya janiejsza, ni si spodziewaa Gada, widzc mocno poparzone rce i twarz. Melissa wycigna powoli rk i dotkna powierzchni ciemnej wody. Spod jej palcw rozeszy si piercienie drobnych fal. Melissa patrzya zafascynowana, jak Gada wypuszcza z torby Mg i Fiaska. Mga przesuna si po stopach Gady, smakujc zapachy oazy. Gada uniosa j delikatnie. Gadkie, biae uski chodziy jej do.

- Chc, eby ci powchaa - powiedziaa do Melissy. - Instynktownie reaguje w ten sposb, e uderza we wszystko, co j zaniepokoi. Jeeli nauczy si rozpoznawa twj zapach - bdziesz bezpieczniejsza. Dobrze?

Melissa z namysem kiwna gow. Wida byo, e si boi.

- Ona jest bardzo jadowita, tak? Bardziej ni ten drugi?

- Tak. Jak tylko bdziemy w domu, bd moga zacz ci uodpornia, ale tutaj nie chc zaczyna. Musz najpierw zrobi testy, a nie mam przy sobie potrzebnych rzeczy.

- Mwisz, e moesz sprawi, e ona mnie ugryzie i nic si nie stanie?

- Moe niezupenie nic, ale uksia mnie przez pomyk par razy i cigle jeszcze chodz.

- Myl, e lepiej pozwol jej, eby mnie powchaa - powiedziaa Melissa. Gada usiada obok.

- Wiem, e trudno si jej nie ba, ale oddychaj gboko i sprbuj si rozluni. Zamknij oczy i suchaj po prostu mojego gosu.

- Konie te wiedz, kiedy si boisz - powiedziaa Melissa i zrobia to, co kazaa jej Gada.

Rozwidlony jzyk kobry mign po rkach Melissy, ale dziecko trwao w milczeniu. Gada przypomniaa sobie, jak po raz pierwszy zobaczya kobry: przeraajcy i podniecajcy moment, kiedy caa ich masa, spltana w niekoczce si wzy wyczua jej kroki i

jednoczenie podniosa gow jak wielogowa bestia lub niesamowita rolina w czasie gwatownego, obfitego kwitnienia. Gada trzymaa rk Mg, gdy kobra suna po ramionach Melissy.

- Ona jest mia w dotyku - powiedziaa dziewczynka.

Gos jej dra, ale mimo to brzmia szczerze. Melissa widziaa ju grzechotniki. Zagroenie z ich strony byo jej znane, wic nie tak straszne. Piasek pez po jej rkach i dziewczynka pogaskaa go lekko. Gada bya zadowolona: talenty jej crki nie ograniczay si tylko do opieki nad komi.

- Myl, e dogadacie si z Mg i Piaskiem - powiedziaa. - To wane dla uzdrowiciela. Melissa spojrzaa zdziwiona.

- Ale ty nie mylaa, e... - urwaa.

-Co?

Melissa wzia gboki oddech.

- To, co mwia burmistrzowi - powiedziaa z wahaniem - o tym, co mogabym robi. Ty tak naprawd nie mylaa? Musiaa tak powiedzie, eby mi pozwoli pj.

- Wszystko, co powiedziaam, to bya prawda.

- Ale ja nie mogabym by uzdrowicielk.

- Dlaczego nie? - Melissa nie odpowiedziaa, wiec Gada cigna dalej. - Mwiam ci, e uzdrowiciele adoptuj sobie dzieci, bo nie moemy mie swoich. Pozwl, powiem ci o nas co jeszcze. Wielu uzdrowicieli ma partnerw, ktrzy maj inny zawd. I nie wszystkie nasze dzieci zostaj uzdrowicielami. Nie jestemy zamknit spoecznoci. Ale gdy decydujemy si na adopcj, to zwykle wybieramy kogo, o kim sdzimy, e bdzie jednym z nas.

-Ja?

- Tak. Jeeli zechcesz. To bardzo wana rzecz dla ciebie, eby robia to, co pragniesz robi. Nie to, co kto inny chce, aby robia.

- Uzdrowicielka... - rozmarzya si Melissa.

Podziw w glosie crki sta si dla Gady jeszcze jednym, wakim powodem, aby nakoni ludzi z Miasta do pomocy w zdobyciu wy snu.

Drugiej nocy Gada i Melissa miay cik jazd. Nie byo adnej oazy i rano Gada nie zatrzymaa si o brzasku, cho byo zbyt

gorco na podrowanie. Pot spywa po mej strumieniami. Lepkie krople toczyy si po bokach i plecach, zasychajc w son skorup

- Prosz pani... - ten zwrot zaskoczy Gad. Zerkna na Melisse. z trosk.

- Melissa, co si stao?	:<

-Ile jeszcze, zanim si zatrzymamy?	|

- Nie wiem. Musimy jecha tak dugo, jak dugo damy rad. -i Gada wskazaa palcem niebo, na ktrym zwisay chmury, niskie i grone. - Tak wanie wygldaj przed burza.	i

- Wiem. Ale nie moemy ju duej jecha. Lisek i Byskawica i musz odpocz.

- Powiedziaa, e Miasto ley porodku pustyni.

- Tak, ale gdy si lam dostaniemy, bdziemy te chciay kiedy" wrci, a te konie bd musiay nas nie. Gada odchylia si w siodle do tyu.

- Musimy jecha; zbyt niebezpiecznie jest si teraz zatrzyma.    :

- Gada... Gada, ty si znasz na ludziach i burzach, i na uzdrawianiu, i na pustyniach, i na miastach, a ja nie. Ale ja znam si na koniach. Jeli pozwolimy im si zatrzyma i odpocz kilka godzin, to noc ponios nas daleko. Jeli teraz bd musiay i, to pod wieczr bdziemy musiay zostawi je po drodze.

- Dobrze - ulega Gada. - Zrobimy postj, gdy dojedziemy do tamtych skaek. Bdzie przynajmniej troch cienia.

W domu, w orodku uzdrowicieli. Gada nie mylaa o Miecie.

Ale na pustyni i w grach, gdzie zimowali karawaniarze, ycie toczyo si wok niego. Gada zacza wierzy, e i jej ycie zaley od niego, kiedy wreszcie o brzasku, po trzech nocach, wysoka gra ze citym szczytem, ktra odsaniaa Centrum, pojawia si przed jej oczami.

Soce wstao dokadnie spoza niej, rzucajc na ni szkaratn powiat. Konie, czujc wod i koniec dugiej podry, podniosy by i przyspieszyy. Kiedy soce wznioso si wyej, niskie, tuste chmury rozproszyy wiato w czerwony poblask, ktry zala horyzont. Kolano Gady bolao przy kadym kroku Byskawicy, ale niepotrzebny by jej sygna z opuchnitego stawu, aby moga stwierdzi zblianie si burzy. Zacisna donie na lejcach, ktre bolenie

wbiy si jej w skr. Pogadzia wilgotny kark konia. Nie miaa wtpliwoci, ze Byskawica te bya obolaa.

Letnie drzewa * zrudziae i zeschnite badyle  otaczay ciemny staw i porzucone paleniska. Wiatr poszeptywa wrd suchych lici i na ziarenkach piasku, nadlatujc to z jednej, to z drugiej strony. Wreszcie oczom amazonek ukazao si Miasto.

- Jest duo wiksze ni mylaam - powiedziaa cicho Melissa. -Czsto wyszukiwaam sobie miejsce, gdzie mogabym si ukry, suchaam, o czym mwi ludzie, ale zawsze sdziam, e zmylaj.

- Myl, e ja te - powiedziaa Gada.

Jej gos by jaki daleki, zagubiony. Kiedy podjedaa pod urwist cian, zimny pot uderzy jej na czoo, a rce zrobiy si lepkie i zimne mimo upau.

Okresy, gdy orodek uzdrowicieli odczuwa dominacj Miasta nastpoway kolejno wtedy, kiedy Gada miaa siedem lat i pniej, gdy ukoczya siedemnacie. W kadym z tych lat uzdrowiciel-se-nior wyrusza w dug podr do Centrum. Kady taki rok rozpoczyna nowe dziesiciolecie, w ktrym uzdrowiciele proponowali mieszkacom Miasta wymian wiedzy i pomocy. Zawsze odsyano ich z kwitkiem.

-Gada?

Zamylona kobieta drgna i spojrzaa na Melisse.

-Co?

- Dobrze si czujesz? Wygldaa tak nieprzytomnie i ja nie wiem...

- Myl, e "przepraszam" byoby dobrym sowem - powiedziaa Gada.

- Wpuszcz nas?

Ciemne chmurzyska staway si gstsze i cisze z kad minut.

- Mam nadziej - odrzeka Gada.

Znajdujcy si u podna gry, na ktrej leao Centrum, ciemny, rozlegy staw nie mia adnych dopyww, ani odpyww. Woda tryskaa do od spodu, a potem bez ladu wnikaa w piach. Letnie drzewa obumary, a trawa i niskie krzewy, ktre pokryway ziemi, rosy bujnie. wiea trawa wanie kiekowaa w zadeptanych miejscach porzuconych obozowisk i na czcych je ciekach, ale omijaa szerok drog prowadzc pod bram Miasta. Gada nie

miaa sumienia przejecha na koniu obok wody. Na brzegu stawu wrczya lejce Melissie.

- Przyjed za mn, kiedy si napij. Nie wejd do rodka bez ciebie, nie bj si. A gdyby zerwa si wiatr, szybko przybiegnij, dobrze?

Melissa kiwna gow.

- Burza nie moe przyj chyba tak szybko, co?

- Obawiam si, e moe - powiedziaa Gada.

Napia si popiesznie i spryskaa woda twarz. Ocierajc krople rogiem chusty, kroczya pust drog. Tu pod warstw czarnego piachu podoe byo gadkie i twarde. Staroytna droga? Widziaa jej pozostaoci w niektrych miejscach; rozkadajce si, betonowe pyty, a nawet rdzewiejce stalowe prty. Gada stana przed bram Centrum, ktra bya od niej pi razy wysza. Burze piaskowe wypoleroway metal, nadajc mu lustrzany poysk. Nie byo adnej klamki, linki do dzwonka czy koatki - adnego sposobu, aby Gada moga wezwa kogo, kto by j wpuci.

Podesza do bramy, uniosa pi i uderzya w metal. Cikie dudnienie - zupenienie niespodziewanie  nie brzmiao gucho. Walia w drzwi, sdzc e musz by bardzo grube. Kiedy wzrok przyzwyczai si do przymionego wiata panujcego we wgbionym portalu, spostrzega, e paszczyzna bramy bya wyranie naruszona przez wcieke burze.

- Chyba ju pora, eby przestaa haasowa.

Gada a podskoczya, syszc gos. Odwrcia si w jego kierunku, ale nie byo tam nikogo. Zamiast tego w jednej ze cian ukazao si okno. Blady mczyzna ze zmierzwionymi, rudymi wosami spoglda na ni ze zoci.

- Co ty sobie wyobraasz, eby tak wali w drzwi, kiedy ju je zamknlimy?

- Chc wej - powiedziaa Gada.

- Nie jeste mieszkank Miasta.

- Nie. Nazywam si Gada. Jestem uzdrowicielk.

Wbrew dobrym obyczajom, ktre wpojono Gadzie, nie poda swojego imienia. Prawie nie zwrcia na to uwagi, gdy powoli przyzwyczajaa si do rnic, ktre z grzecznoci w jednym miejscu robiy obraz w innym. Ale kiedy odwrci gow w ty, zanoszc

si od miechu, bya zaskoczona. Zmarszczya czoo i poczekaa, a skoczy.

- Co przestali ju przysya stare fajtapy, eby ebray? Teraz pora na mode! Ale mogli wybra kogo adnego...

Z tonu jego gosu Gada wywnioskowaa, e zostaa obraona. Wstrzsna ramionami.

- Otwieraj bram. Przesta si mia.

- Nie wpuszczaniu obcych.

- Przyniosam wiadomo od przyjaciki dla jej rodziny. Chc j przekaza. Nie odpowiada przez chwil, spogldajc w d.

- Wszyscy ludzie, ktrzy wyszli, powrcili w tym roku.

- Ona opucia Miasto dawno temu.

- Nie wiesz o Miecie zbyt wiele, skoro spodziewasz si, e zaczn biega w poszukiwaniu rodziny jakiej wariatki.

- Nie wiem nic o waszym miecie, ale sdzc z twojego wygldu, jeste krewnym mojej przyjaciki.

- A c to ma oznacza - po raz pierwszy by zbity z tropu.

- Mwia mi, e jej rodzina jest spokrewniona ze stranikami bramy. I faktycznie, wosy, czoo... tylko oczy masz inne. Ona miaa piwne. - Oczy mieszkaca Miasta byy jasnozielone.

- A czy przypadkiem nie wspomniaa - miody czowiek sili si na sarkazm - do ktrej dokadnie rodziny miaaby nalee?

- Do panujcej.

- Jedn chwil - powiedzia wolno.

Spojrza niej, a jego rce poruszyy si poza zasigiem wzroku Gady. Kiedy podesza bliej, nie widziaa nic wicej poza framug okna. W istocie nie byo to okno, tylko szklana pyta dajca ruchomy obraz. Chocia Gada bya zaskoczona, nie pozwolia sobie na adn reakcj. Wiedziaa w koricu, e mieszkacy Miasta maj lepszy poziom techniki ni jej przyjaciele. To by jeden z powodw, dla ktrych tu przysza. Mody czowiek patrzy na ni, unoszc powoli w zdziwieniu brew.

- Bd musia wezwa kogo innego, eby z tob porozmawia.

Obraz na szklanej pycie rozmaza si i przeszed w kolorowe linie. Przez jaki czas nic si nie dziao. Gada opara si o cian pytkiej niszy i rozejrzaa si.

- Melissa!

Ani dziecka, ani koni nie byo nigdzie wida. Gada miaa przed oczami pikna cz pobliskiego stawu ukryt za pprzeroczyst zason obumarych letnich drzew, jednak w kilku miejscach rolinno bya na tyle gsta, aby ukry dwa konie i dziecko.

- Melissa! - zawoaa powtrnie Gada.

I znw nie byo adnej odpowiedzi, ale wiatr mg znosi sowa w drug stron. Faszywe okno znieruchomiao i poczerniao. Gada ju miaa odej, aby poszuka crki, kiedy znw zamigotao i wrcio do ycia.

- Gdzie jeste? - zawoa nowy glos. - Wracaj tutaj. Gada po raz ostatni zerkna na zewntrz i niechtnie powrcia do nonika obrazw.

- Do mocno rozdrania mojego kuzyna - powiedzia obraz.

Gada patrzya na pyt oniemiaa, gdy mwica osoba bya zaskakujco podobna do Jesse, o wiele bardziej ni mody czowiek. To musiaa by jej bliniaczka, albo w rodzinie Jesse dochodzio do zwizkw midzy bliskimi krewnymi, co daje czasami efekty rozmnoenia wegelatywanego. Kiedy posta znw si odezwaa. Gadzie przypomniao si, e klonowanie do dobry sposb koncentrowania i ustalania podanych cech, o ile eksperymentator przygotowany jest na kilka spektaktularnych bdw w efektach swej dziaalnoci. Gada nie bya przygotowana na ewentualna konieczno zaakceptowania spektakularnych bdw w przypadku ludzkich noworodkw.

- Halo? Czy to dziaa? - rudowosa posta spogldaa na ni niespokojnie, a jej gosowi towarzyszy ostry, nieprzyjemny trzask.

Gada poja, e rozmawia z mczyzn, a nie z kobiet, jak sadzia z pocztku. Zastanawiaa si, czy mieszkacy Miasta rzeczywicie klonowali istoty ludzkie. Jeeli robili to czsto i radzili sobie nawet z klonami odmiennej pci, to moe znaj metody, ktre pozwalaj im stwarza we snu.

- Sysz ci, jeli o to chodzi  powiedziaa Gada.

- Dobrze. Czego chcesz? To musi by co nieprzyjemnego, sdzc po wygldzie Ryszarda.

- Mam wiadomo dla ciebie, jeeli jeste najbliszym krewnym poszukiwaczki Jesse - powiedziaa Gada. Rowe policzki gwatownie zblady.

- Jesse? - potrzsn gow i opanowa si. - Czy ona zmienia si tak bardzo przez te lala, e wygldam na kogo innego ni bliski krewny?

- Nie - powiedziaa Gada. - Wygldasz na krewnego.

- Ona jest moja starsz siostr - powiedzia. I teraz, przypuszczam, chce wrci t odzyska swoje starszestwo, a ja znowu bd nikim innym jak tylko modszym?

W jego gosie brzmiaa gorycz. Zaszokowao to Gad. Wiadomo o mierci Jesse nie zasmuciaby jej brata, przeciwnie - przysporzya mu radoci.

- Ona wraca, czy nie tak? - powiedzia. - Wie dobrze, e rada przywrci jej pozycj gowy naszej rodziny. Niech j cholera wemie! Rwnie dobrze mgbym w ogle nie istnie przez ostatnie dwadziecia lat.

Gada suchaa, a gardo ciskao si jej z alu. Pomimo niechci brata, gdyby Gada byta w stanie utrzyma Jesse przy yciu, jej ludzie przyjliby j i ucieszyliby si z jej powrotu.

- To tej radzie prawdopodobnie powinnam przekaza wiadomo. Chciaa porozmawiali z kim, kogo by to obchodzio, kto kocha Jesse, a nie z kim, kto byby wdziczny za za wiadomo.

- To sprawa rodzinna, a nie sprawa rady. Mnie powinna przekaza wiadomo od Jesse.

- Wolaabym porozmawia z tob w cztery oczy.

- Jestem tego pewien - powiedzia* ale to niemoliwe. Moi kuzyni maja okrelone reguy co do wpuszczania obcych... Oczywicie, w tym przypadku... A ponadto nie mgbym, nawet gdybym chcia. Brama jest zamknita a do wiosny.

- Nie wierz ci.

- To prawda.

- Jesse by mnie ostrzega.

- Ona nigdy w to nie uwierzya. Wyjechaa stad, kiedy bya dzieckiem, a dzieci nigdy tak naprawd nie wierz. Bawi si za murami do ostatniej minuty, udajc, e mogyby zosta na zewntrz po zamkniciu. W ten sposb czasami tracimy jakie.

- Ona przestaa wierzy prawie we wszystko, co mwicie. Zo nadawaa gosowi Gady ostrzejsze brzmienie. Brat Jesse

spojrza w bok, obserwujc przez chwil co innego. Znw spojrza

na Gad.

- C, mam nadziej, e uwierzysz w to, co ci teraz powiem. Zbiera si na burz, wic proponuj, eby przekazaa mi wiadomo i zostawia sobie do czasu na znalezienie schronienia.

Nawet jeli kama, to na pewno nie mia zamiaru wpuci jej do rodka. Gada ju na to nie liczya.

- Wiadomo jest nastpujca - powiedziaa. - Ona bya szczliwa na zewntrz. Chc, abycie przestali okamywa swoje dzieci, kiedy mwicie im, jaki jest wiat poza waszym Miastem.

Brat Jesse wpatrywa si wyczekujco w Gad, potem wytrzeszczy zby w umiechu i rozemia si, krtko i ostro.

- To wszystko? Czy chcesz przez to powiedzie, e ona nie wraca?

- Ona nie moe wrci - powiedziaa Gada. - Nie yje. Dziwna i niesamowila mieszanka ulgi i smutku przemkna po twarzy, ktra tak bardzo przypominaa Jesse.

- Nie yje? - powiedzia sabo.

- Nie mogam jej uratowa. Zamaa sobie krgosup...

- Nigdy nie yczyem jej mierci. - Zrobi gboki wdech, a pniej wolno wypuci powietrze. - Zamaa krgosup... szybka mier.

- Nie umara w momencie, gdy wydarzy si wypadek. Jej partnerzy i ja chcielimy przywie ja do domu, bo moe wy moglibycie j wyleczy.

- Moe i bymy mogli - powiedzia. - Jak umara?

- Prowadzia poszukiwania w kraterach wojennych. Nie moga przyj tej prawdy, e s niebezpieczne, bo powiedzielicie jej tyle kamstw. Umara na chorob popromienn. Byam przy niej. Zrobiam wszystko, co mogam, ale nie mam wa snu. Mogam jedynie pomoc jej umrze.

- Mamy wobec ciebie dug, uzdrowicielko - powiedzia brat Jesse. - Za zasug dla czonka rodziny. - Mwi nieprzytomnym, przygnbionym gosem. Nagle popatrzy na ni wciekle. - Nie chc, eby moja rodzina pozostawaa wobec ciebie duna. Pod ekranem jest szczelina do pacenia. Pienidze...

- Nie chc pienidzy - powiedziaa Gada.

- Nie mog ci wpuci! - krzykn.

- Ju to zaakceptowaam.

- To czego chcesz? - Potrzsn szybko gow.



- Wa snu.

- Dlaczego nie chcecie uwierzy, e adnych nie mamy? Nie mog uregulowa naszego dugu wami snu - nie mam ochoty zamienia dugu wobec ciebie na dug wobec pozaziemskich. Pozaziemscy... - urwa; wydawa si rozdraniony.

- Jeli pozaziemscy mogliby mi pomc, to pozwl mi z nimi porozmawia.

- Nawet gdybym mg, oni by ci odmwili.

- Jeli s ludmi, wysuchaj mnie.

- S... pewne wtpliwoci co do ich czowieczestwa - odrzek mczyzna. - Kto to moe powiedzie bez testw? Ty tego nie rozumiesz, uzdrowicielko. Nigdy ich nie spotkaa. Oni s niebezpieczni, nieobliczalni.

- Pozwl mi sprbowa - wycigna donie do gry w szybkim, bagalnym gecie, prbujc sprawi, eby j zrozumia. - Inni ludzie umieraj tak samo jak Jesse, poniewa nie ma dostatecznej liczby uzdrowicieli. Nie ma dosy wy snu. Chc porozmawia z pozaziemskimi.

- Pozwl, e ci leraz zapac, uzdrowicielko - powiedzia smutno brat Jesse, a Gada pomylaa, e znw znalaza si w Podgrzu. -Wadza w Centrum jest starannie rozdzielona. Rada nigdy nie zgodziaby si, eby kto z zewntrz rozmawia z pozaziemskimi. Napicia s zbyt wielkie i nie bdziemy ryzykowa jakiejkolwiek zmiany. Przykro mi, e moja siostra umara w blu, ale to, o co prosisz, narazioby zbyt wiele istnie.

- Jake to moe by prawd? - zapytaa Gada. - Zwyke spotkanie, jedno pytanie...

- Nie potrafisz zrozumie, mwiem ci ju. Trzeba wyrosn pord si, ktre tutaj panuj. Cale ycie spdziem na nauce.

- Zdaje si, e cale ycie spdzie uczy si, jak si wykrcali od zobowiza - powiedziaa ze zoci Gada.

- To kamstwo! - Brat Jesse by rozwcieczony. - Gotw jestem da ci wszystko, co ley w moich kompetencjach, ale ty dasz rzeczy niemoliwych! Nie mog ci pomc w zdobyciu nowego wa snu.

- Poczekaj! - powiedziaa nagle Gada. - Moe bdziesz mg nam pomc inaczej.

Brat Jesse westchn i spojrza w bok.

- Nie mam czasu na plany i intrygi - powiedzia.  Ani ty tez. Nadchodzi burza, uzdrowicielko.

Gada zerkna w ty przez rami. Melissy cigle nie byo wida. Ciemne chmury w oddali przysaniay horyzont, a tumany gnanego wiatrem piachu tarzay si w te i z powrotem midzy ziemi a niebem. Robio si chodno, ale Gada wstrzsny dreszcze z innych powodw. Stawka bya zbyt wysoka, aby si teraz podda. Dziewczyna bya pewna, e gdyby udao jej si dosta do Miasta, mogaby poszuka pozaziemskich na wasn rk. Odwrcia si do brata Jesse.

- Pozwl mi tu wej wiosn. Macie takie metody, ktrych nie odkryje nasza mao rozwinita technologia. - Nagle Gada umiechna si. Jesse nie mona ju pomc, ale innym - tak. Na przykad Melissie. - Gdybycie mogli nauczy mnie, jak spowodowa regeneracj...

Zaskoczyo j to, e wczeniej o tym nie pomylaa. Tak bardzo pochaniaa j egoistyczna myl o wach snu, o wasnym prestiu i zaszczytach. A tylu ludzi mogoby skorzysta, gdyby uzdrowiciele umieli regenerowa minie i nerwy... Ale przede wszystkim mogaby nauczy si., jak regenerowa skr, aby jej crka nie musiaa y duej z bliznami. Gada przygldaa si bratu Jesse i ku swojej uciesze spostrzega, e na jego twarzy widniaa ulga.

- To moliwe - powiedzia. - Tak. Omwi to z rad. Bd stara si ich przekona.

- Dzikuj - powiedziaa Gada. Nie moga uwierzy, e nareszcie ludzie z Miasta przychylili si do proby uzdrowiciela. - To pomoe nam bardziej, anieli mylisz. Jeli bdziemy mogli ulepszy swoje technologie, nie bdziemy musieli martwi si o zdobywanie naszych wy snu, bdziemy je mogli sami klonowa.

Brat Jesse spochmurnia. Gada zamilka, zaniepokojona nag zmiana.

- Zaskarbicie sobie wdziczno uzdrowicieli - powiedziaa szybko. Nie rozumiejc, co zego byo w jej sowach, staraa si to naprawi. -1 wszystkich ludzi, ktrym pomagamy.

- Klonowanie! - powiedzia brat Jesse. - Dlaczego sdzisz, e pomoglibymy wam w klonowaniu?

- Mylaam, ze ty i Jesse... - powstrzymaa si w obawie, e to moe rozdrani go jeszcze bardziej. - Po prostu, przypuszczaam, e z wasz zaawansowan...

- Ty mwisz o manipulacjach genetycznych! - Twarz brata Jesse nie wrya niczego dobrego. - Obraca nasz wiedz w produkowanie potworw?!

- Co? - spytaa Gada, zaskoczona.

- Manipulacje genetyczne... Bogowie, mamy do kopotw z mutacjami, ktrych nie wywoujemy celowo! Masz szczcie, e nie mogem ci wpuci, uzdrowicielko! Musiabym ci zadenun-cjowa. Spdziaby reszt ycia na wygnaniu wraz z innymi dziwakami.

Oniemiaa Gada wpatrywaa si w ekran, podczas gdy mczyzna przeistacza si w jej oskaryciela. Jeeli nie by klonem z Jesse, to czonkowie jego rodziny musieli krzyowa si ze sob w tak bliskiach stopniach pokrewiertstwa, e deformacje byy nieuniknione bez manipulacji genetycznych.

- Nie chc, aby moja rodzina miaa dugi wobec wynaturzecw

- powiedzia nie patrzc na ni, manipulujc przy czym rkoma. Monety zadwiczay w szparze pod ekranem. - Zabieraj swoje pienidze i odejd!

- Ludzie na zewntrz umieraj dziki wiedzy, ktr handlujecie!

- krzykna. - Pomagacie handlarzom robi z ludzi niewolnikw przy pomocy waszych krysztaowych piercieni, ale nie chcecie pomc ludziom, ktrzy s okaleczeni i poblinieni! Brat Jesse rzuci si do przodu z wciekoci.

- Uzdrowicielko... - przerwa, patrzc poza Gad. Na jego twarzy malowao si przeraenie. - Jak omielasz si przychodzi tutaj z odmiencem? Czy skazuj u was na wygnanie zarwno matk, jak i jej potomstwo? I ty robisz mi wykady na temat czowieczestwa?

- O czym ty mwisz?

- Chcesz regeneracji, a nawet nie wiesz, e nie mona naprawi mutantw! Wychodz takie same. - Zamia si gorzko, histerycznie. - Wracaj tam, skd przysza, uzdrowicielko. Nie mamy sobie nic do powiedzenia.

W chwili, kiedy obraz zaczyna znika, Gada zgarna monety i cisna je we. Zadwiczay na ekranie, a jedna utkwia w pokrywie ochronnej. Zawarczay dwignie, ale pokrywa nie moga si

domkn. Gada odczua przekorn satysfakcj. Odwrcia si tyem do ekranu i Miasta, aby rozejrze si za Meliss i stana twarz w twarz ze sw crk. Dziewczynka pochwycia Gad za rk i gwatownie wycigna j z niszy.

- Melisso, musimy sprbowa znale jakie" schronienie... Byo ciemno, mimo wczesnej pory. Chmury nie byy ju szare, ale czarne i Gada spostrzega dwie trby powietrzne. Meliss pakaa.

- Ja... ja chciaam, eby ci wpucili do rodka, ale baam si, e nie zechc, to przyszam zobaczy.

Gada sza za ni, prawie zupenie olepiona piachem porywanym przez silny wiatr. Byskawica i Lisek niechtnie szry ze zwieszonymi gowami i stulonymi uszami. Melissa wprowadzia konie do pytkiej rozpadliny w skale pod urwiskiem. W chwil potem wiatr przybra na sile; wy i jcza, ciskajc im w twarze piachem.

- S przeraone! - Meliss przekrzykiwaa skowyt wiatru. - Klapki na oczy...

Odkrya twarz i zawizaa oczy swoj chust. Gada zrobia to samo z Byskawic. Gdy odkrya usta i nos, podmuch pozbawi j tchu. Ze zami, wstrzymujc oddech, cigna klacz ladem Liska do jaskini. Wewntrz wiatr zamar jak noem uci. Gada nie moga otworzy oczu. Miaa wraenie, e wpluca wpompowano jej piach. Metissa zdja Liskowi chust z oczu i kajc, zarzucia Gadzie ramiona na szyj.

- To moja wina - powiedziaa. - Zobaczy mnie i ci odesa.

Brama bya zamknita - powiedziaa Gada. - Nie mgby nas wpuci, nawet jeliby chcia. Gdyby nie ty, zostaybymy tam, wrd burzy.

- Ale oni nie chc, eby wrcia. Przeze mnie.

- Melisso, on od razu zdecydowa, e nam nie pomoe. Uwierz mi. Przerazio go to, o co prosiam. Oni nas nie rozumiej.

- Ale ja go syszaam. Widziaam, jak na mnie patrzy. Ty prosia o pomoc dla... dla mnie, a on powiedzia, eby sobie posza.

Gada wolaaby, eby Melissa nie zrozumiaa tej czci rozmowy, bo nie chciaa, aby dziewczynka miaa nadziej na co, co mogo si nigdy nie zdarzy.

- On nie wiedzia, e jeste poparzona - powiedziaa Gada. -1 nic go to nie obchodzio. Szuka wymwki, eby si mnie pozby.



Nie przekonana, Melissa machinalnie pogadzia Liska po szyi, zdja mu uzd i rozpia siodo.

- Jeeti to czyja wina - powiedziaa Gada - to tylko moja. To ja zacignam ci tutaj... - Saba powiata komrek wietlnych tylko odrobin rozjaniaa pieczar, w ktrej byy uwizione. Gos zaama si Gadzie ze strachu i strapienia. - To ja przy wlokam nas obie tutaj i teraz jestemy odcite.

Melissa odwrcia si i wzia Gad za rk.

- Gado... Gado, ja wiedziaam, co moe si sta. Ty nie zmusia mnie, ebym za tob posza. Wiedziaam, jak podli mog by ludzie tutaj. Tak mwi kady, kto z nimi handluje.

Przytulia Gad i pocieszaa j tak samo, jak Gada pocieszaa j kilka dni temu.

Nagle Byskawica zerwaa si i przemkna obok uzdrowicielki, przewracajc j. Kiedy Gada prbowaa wsta i pochwyci uzd, ktem oka zobaczya czarn panter, walc ogonem o ziemi u wejcia do jaskini. Kot zarycza i Byskawica cofna si ponownie, przewracajc Gad. Melissa prbowaa trzyma Liska, cofajc si w kt. Pantera skoczya w ich stron. Gada wstrzymaa oddech, gdy zwierz, rozgarniajc powietrze, przeleciao obok, a jego gadkie futro musno jej rk. Pantera wyldowaa cztery metry przed tyln cian i zniknla w wskiej szczelinie. Melissa zamiaa si drcym gosem, dajc upust przeraeniu. Byskawica wypucia oddech, rc gono ze strachu.

- O, dobrzy bogowie! - szepna Gada.

- Syszaam... syszaam, jak kto mwi, e dzikie zwierzta s tak samo przeraone tob, jak ty nimi - powiedziaa Melissa. - Ale myl, e nie bd ju w to wierzya.

Gada odczepia lamp od sioda Byskawicy i podniosa j wysoko, w stron szczeliny, zaciekawiona, czy czowiek mgby przej tam, gdzie schowa si wielki kot. Wspia si na siodo swojej klaczy. Melissa chwycia za uprz Byskawicy, uspokajajc wierzchowca.

- Co robisz?

Gada opara si o cian jaskini. Wycigna si, eby owietli wntrze korytarza.

- Nie moemy tu zosta - powiedziaa. - Umrzemy z pragnienia albo z godu. Moe tu jest przejcie do Miasta? - Nie wiedziaa co

jest w gbi. Pantera jednak znikna. Gada syszaa, jak jej fasny gos odbija S!Q echem i wraca, jakby za wsk szczelin byo wiele komr. - Albo moe jest to przejcie do jakiego innego miejsca? -obrcia si i zelizna z sioda.

- Gada... - cicho powiedziaa Melissa.

-Tak?

- Zobacz. - Melissa wskazaa na ska nad wejciem do jaskini. Gada osonia wiato lampy. Niewyrany, wieccy obiekt zbliy si jakby w jej kierunku. Poczua zimny dreszcz wzdu krgosupa. Podniosa lamp i przybliya do ksztatu na cianie.

- To rysunek - powiedziaa.

Byo to zudzenie. Pajczasty ksztat peza po cianie, ale to bya tylko farba, sprytnie wywoana iluzja.

- Ciekawe, po co to ? - szept Melissy rozpywa si po skaach.

- Moe, aby odstraszy udzi. To oznaczaoby, e tam naprawd co jest

- Ale co z Byskawica i Liskiem? Nie moemy ich tutaj zostawi.

- Jeeli nie znajdziemy dla nich czego do jedzenia - powiedziaa agodnie Gada - to i tak padn z godu.

Melissa spojrzaa w stron korytarza, w ktrym znikna pantera; bkitne wiato rzucao refleksy na jej poblinion twarz.

- Melisso - powiedziaa nagle Gada. - Syszysz co?

- Wiatr usa! - powiedziaa Melissa.

Pobiega do wyjcia. Gada ruszya za ni, gotowa w kadej chwili osoni dziecko przed uderzeniem burzy. Ale jej crka miaa racj. Nic si nie stao. Na zewntrz powietrze byo absolutnie nieruchome. Niskie chmury pyu przeleciay przez pustyni i znikny, zostawiajc na bkitnym niebie poszarpane, sigajce wysoko zawizki chmur burzowych.

l nagle zacz si deszcz. Gada wbiega pod krople, wznoszc w ich kierunku ramiona, jak dziecko. Lisek podrepta obok niej i puci si galopem. Byskawica popdzia za nim i dwa konie zaczy bryka i wierzga niczym rebaki.

Melissa staa nieruchomo, wpatrujc si w gr; pozwalaa, by krople obmyway jej twarz.

W kocu Gada z crk wrciy do schronienia w skaach - przemoczone, zmarznite i szczliwe. Potrjna tcza rozpia si na niebie, Gada westchna i siada na pitach, eby na ni popatrze.

Tak byfc pochomr* podziwianiem kolorw, ktre zmieniay si bezustannie jak w kalejdoskopie, e nawet nie zauwaya, kiedy Melissa osiada obok niej:

Gada otoczya rk ramiona crki.

Chmury przepyny, tcza przyblaka, a Lisek przydreptal z powrotem do Gady; by tak mokry, e faktura jego paskw i ich kolor stay si nierozpoznawalne. Gada podrapaa go za uchem i pod brod, a pniej spojrzaa na pustyni. Tam, skd przyszy chmary, blada delikatna ziele zdya zmikczy zarysy niskich, czarnych wzgrz. Roliny pustynne rosy lak szybko, e wydawao si, i mona zobaczy, jak fala zieleni niby morski przypyw posuwa si w lad za deszczem.

10

Gada z niechci uwiadomia sobie, e nie moe zosta w Centrum. Po prostu byo to zbyt niebezpieczne - spdza czas na przeszukiwaniu grskich jaski - cho bardzo ja do tego cigno. Mogo si w kocu okaza, e prowadza do Miasta, ale rwnie dobrze mogy by puapk, w ktrej ona i Melissa utknyby, zagubione w pltaninie kamiennych tuneli. Deszcz stwarza im jedyn okazj wyjazdu: gdyby jej nie wykorzystaa, ona i jej crka mogyby ju nie mie drugiej szansy.

Wydawao si to Gadzie niesprawiedliwe, e jej powrt w gry bdzie tak atwy. Po deszczu pustynia przemienia si w lak. Przez cay dzie konie skubay po drodze mikkie listki, a podrniczki zryway ogromne bukiety jasnoty i wysysay z biaych kwiatw sodki nektar. W powietrzu byo a gsto od pyku.

Gada i Melissa wdroway gbok noc, w wietle zorzy polarnej. Pustynia bya cala roziskrzona i ani one, ani konie nie czuy zmczenia. Gada i Melissa podjaday od czasu do czasu w trakcie jazdy, przeuwajc suche owoce albo miso. Przed witem rzuciy si w mikk, wybuja traw, gdzie jeszcze kilka godzin temu by tylko piach. Przespay si nieco i obudziy o brzasku, odwieone i wypoczte.

Roliny, na ktrych spay, zdyy ju zakwitn. Po poudniu wydmy pokryy si kwiatami, ktre wystrzeliy plamami kolorw, jedno wzgrze biae, inne jasnorowe, a jeszcze inne w rnobarwne smugi, spywajce ze szczytw w doliny. Dziki kwiatom agodnia upa i nawet niebo byo janiejsze. Take zarys wydm zosta zmieniony przez deszcz: z mikko zaokrglonych fal w ostrokrawe-dziste, przearte erozj granie.

Trzeciego dnia chmury pyu znowu zaczy si. zbiera. Woda zupenie wsika w ziemi albo wyparowaa. Teraz susza malowaa licie na brzowo, roliny kurczyy si i obumieray. Nasiona dryfoway, unoszone podmuchami wiatru.

Rozlegy spokj pustyni ukoi nieco al Gady, ale podna wschodnich wzniesie acucha centralnego, wznoszce si przed

jej oczami, znw przypominay jej o klsce. Nie miaa ochoty wraca do domu.

Byskawica, wyczuwajc jaki niewiadomy ruch Gady, jej niech" dojazdy w tamt stron, zatrzymaa si nagle. Dziewczyna nie popdzaa jej. Par krokw dalej Melissa cigna cugle Lisica i obejrzaa si.

-Gada?

- Och, Melisso, dokd ja ciebie prowadz?

- Jedziemy do domu - powiedziaa Melissa, prbujc j pocieszy.

- Moe ja ju nie mam domu.

- Nie odel ci. Nie mog.

Gada ze zoci otara zy rkawem. Poczucie beznadziejnoci i przygnbienie nie dopuszczay adnego pocieszenia, adnej ulgi. Opara czoo o kark Byskawicy i zacisna pici w dugiej, czarnej grzywie.

- Powiedziaa, e to twj dom, powiedziaa, e s twoj rodzin, wic jak mogliby ci odesa?

-Nie odel - szepna Gada. - Ale jeli powiedz, e nie mog by uzdrowicielk, to jak bd moga zosta? Melissa poklepaa j nieporadnie.

- Wszystko bdzie dobrze. Wiem, e bdzie. Co mog zrobi, eby nie bya taka smutna?

Gada westchna, pena niepokoju. Podniosa wzrok na Meliss. Crka patrzya na ni spokojnie, bez ruchu. Gada odchylia si i pocaowaa do dziecka.

- Masz do mnie zaufanie - powiedziaa. - I moe tego wanie potrzeba mi najbardziej.

Melissa nieznacznie umiechna si, zakopotana, ale podniesiona na duchu. Ruszyy do przodu, lecz po paru krokach Gada znw zatrzymaa B yskawic. Melissa zatrzymaa si take, patrzc na ni z trosk.

- Cokolwiek by si stao * powiedziaa Gada - cokolwiek by moi nauczyciele zadecydowali o mnie, ty nadal bdziesz ich crk, tak samo jak i moj. Nadal moesz zosta uzdrowicielk. Jeeli bd musiaa odjecha...

- Nie obchodzi mnie to. Nigdy nie chciaam by uzdrowicielk -powiedziaa Melissa wojowniczo. - Chc by dokejem. Nie chciaabym mieszka wrd ludzi, ktrzy zmusili ci?, eby sobie posza.

Lojalno Melissy wzbudzia w Gadzie niepokj. Nigdy dotd nie znaa nikogo, kto by tak absolutnie nie dba o swj wasny interes. By moe Melissa nie przywyka jeszcze do mylenia o sobie, nie uwiadamiaa sobie, e ma prawo do kierowania swym losem; by moe tak wiele z jej marze zostao zniweczonych, e ju nie ma na nie odwagi. Gada miaa nadziej, e w jaki sposb zdoa przywrci crce pewno siebie.

- Nie ma o czym mwi - powiedziaa. - Jeszcze nie jestemy w domu. Nie ma co teraz si tym martwi.

Maska zdecydowania na twarzy Melissy powoli znika. Pojechay dalej.

Pod koniec trzeciego dnia delikatne roliny zamieniay si ju w pyl pod koskimi kopytami. Gsta, brzowa mga pokrya pustyni. Raz po raz w powietrzu fruna chmura pierzastych nasion, niesiona przez prdy powietrza. Kiedy wiatr by mocniejszy, cisze nasiona muskay piach niczym przypyw wody. Wraz z zapadniciem nocy Gada i Melissa byy ju u podna szczytw, a czarna i naga pustynia zostaa za nimi.

Wrciy w gry, jadc prosto na zachd, najkrtsz drog do bezpiecznego schronienia. Tutaj wzniesienia byy agodniejsze ni strome urwiska Podgrza daleko na pnocy.

Podjazd by atwiejszy, ale o wiele duszy ni przez pnocn przecz. Pokonay pierwsz grart, a potem pojechay w kierunku dalszych, wyszych wzniesie. Melissa wstrzymaa Liska i odwrcia si, wpatrujc w mroczniejc pustynie. Po chwili rozpromienia si w umiechu.

- Udao si nam - powiedziaa do Gady. Kobieta odpowiedziaa umiechem.

- Masz racj. Udao si.

Strach przed burzami przemija powoli w czystym, chodniejszym powietrzu gr. Chmury wisiay niepokojco nisko, znieksztacajc kopu nieba. Nikt: ani karawaniarz, ani mieszkaniec gr nie zobaczy nawet skrawka bkitu ani gwiazdy, ani ksiyca a do

przyszej wiosny, a dysk soneczny bodzie matowia coraz bardziej i bardziej.

Soce, tonce za grskimi szczytami, wyduao cieri Gady i rzucao go na ciemn i pust, piaszczyst rwnin. Poza zasigiem najgwatowniejszych wiatrw, poza zasigiem upau i pozbawionego kropli deszczu gruntu. Gada popdzia Byskawic w kierunku gr, do ktrych wszyscy naleeli. Przez cay czas wypatrywaa miejsca na obz. Nim konie zapuciy si niej w dolin, usyszaa szmer pyncej wody. Szlak prowadzi obok niewielkiej niecki, w ktrej bio rdeko; miejsce wygldao, jakby kto w nim obozowa, cho ju dawno temu. Woda podtrzymywaa przy yciu kilka skarowaciaych wiecznych drzewek i troch trawy dla koni. Porodku zdeptanej ziemi walay si zwglone kawaki drewna, ale Gada nie miafa nic na opa. Dobrze wiedziaa, e nie ma sensu prbowa cina wiecznych drzew. Nie wiedzieli o tym podrni, ktrzy zostawili lady swojego niepowodzenia w postaci dawno zablinionych naci od siekiery na szorstkim pniu. Drewno pod spodem byo twarde i spryste jak stal.

Nocna wdrwka w grach bya rwnie trudna jak podr zadnia po pustyni. Gada zsiada z konia. Zatrzymaj si na noc, a o brzasku...

O brzasku - co? Przez tyle dni si spieszya, na przekr chorobie, mierci i oceanom piachu, e teraz musiaa si zatrzyma i uwiadomi sobie, i nie ma ju powodw do popiechu. Co wicej - nie ma ju potrzeby, eby wyrusza std dokdkolwiek ani by po przespaniu kilku godzin wstawa o wicie. Czeka na ni dom, co do ktrego nie bya wcale pewna, czy cigle jeszcze jest jej domem. Nie przywozia ze sob nic prcz klski, zych wiadomoci i jednej bardzo agresywnej mii piaskowej, ktra wcale nie musi okaza si uyteczna. Odpia torb z wami i delikatnie pooya j na ziemi. Melissa, oczyciwszy konie, klkna przy pakunkach i zacza wyjmowa jedzenie i kuchenk parafinow. Po raz pierwszy od czasu, gdy wyruszyy, rozbijay prawdziwy obz. Gada przysiada na pitach obok crki, aby pomc jej przy kolacji.

- Ja to zrobi - powiedziaa Melissa - a ty sobie odpocznij.

- To nie jest chyba sprawiedliwe - zaoponowaa Gada.

- Nie mam nic przeciwko temu.

- Nie o to chodzi.

- Lubi co dla ciebie robi - powiedziaa Melissa. Gada pooya rce na ramionach crki. Nie zmuszaa ani nawet nie nakaniaa go, eby si odwrcia.

- Wiem, e lubisz. Ale ja te lubi co dla ciebie robi. Palce Melissy zajte byy sprzczkami i rzemykami.

- To nie jest w porzdku - powiedziaa wreszcie. - Ty jeste uzdrowicielka, a ja... ja pracuj w stajni. Mnie bardziej przystoi, ebym ciebie obsugiwaa.

- A gdzie jest powiedziane, e uzdrowiciel ma wiksze prawa ni ten, kto pracuje w stajni? Jeste moj crk, jestemy wic zwizkiem partnerskim.

Melissa rzucia si w ramiona Gady i mocno j przycisna, ukrywajc twarz w jej koszuli. Gada obja crk i koysaa pocieszajc j, jakby bya maym dzieckiem, ktrym sama nigdy nie miaa okazji by. Po paru minutach ucisk Melissy rozluni si i dziewczynka - znw opanowana - odsuna si, spogldajc z zakopotaniem w bok.

- Nie lubi nic nie robi,

- A czy kiedykolwiek miaa szans tego sprbowa? Melissa wzruszya ramionami.

- Moemy pracowa na zmian - zaproponowaa Gada - albo dzieli obowizki kadego dnia. Co wolisz? Melissa podniosa na ni wzrok z przelotnym umiechem ulgi.

- Dzieli obowizki kadego dnia.

Rozejrzaa si po obozie, jakby widziaa go po raz pierwszy.

- Moe jest jakie" suche drewno na ognisko - powiedziaa. -1 potrzebujemy troch wody. - Signa po pacht na drewno i po bukak.

Gada wzia bukak.

- Spotkamy si za par minut. Jeeli nic nie znajdziesz, nie szukaj za daleko. Wszystko, co spada w czasie zimy, zostaje pewnie zuyte przez pierwszego podrnego kadej wiosny.

Miejsce nie tylko sprawiao wraenie, nie nikt tu si nie pojawi od wielu lat, ale jeszcze unosia si nad nim jaka nieuchwytna aura opuszczenia.

Gada podesza kilka krokw w gr strumienia. W pobliu jego rda pooya bukak i wspia si na szczyt ogromnego gazu, z ktrego miaa widok na prawie caa okolic. Nikogo nie byo w polu



widzenia - adnych koni, obozowisk, dymu. W kortcu Gada skonna bya uwierzy, e szaleniec znikn albo e to by zwyky zbieg

okolicznoci: raz spotkanie z prawdziwym szalecem, araz z pomylonym, nieudolnym zodziejem. A nawet jeli to by ten sam czowiek, to nie dawa adnego znaku obecnoci od czasu walki na ulicy. Nie byo to tak dawno, jak si wydawao, ale chyba naleao ju do przeszoci.

Gada zesza znw do potoku i przytrzymaa bukak tu pod srebrzyst powierzchnia. Woda bulgotaa, puszczajc baki, gdy wpadaa do otworu. Przelizgiwaa si Gadzie przez rce i midzy palcami, zimna i wartka. Woda bya odrbnym bytem w grach. Bukak napeni si po brzegi. Gada oplataa kilkakrotnie rzemie wok szyjki i zarzucia ciar na rami.

Melissa jeszcze nie wrcia do obozu. Gada krztaa si dookoa przez kilka chwil, przygotowujc posiek z rnych produktw, ktre wyglday jednakowo nawet po namoczeniu. I smakoway te identycznie, ale w ten sposb atwiej byo je spoywa.

Rozwina koce. Otworzya torb z wami, lecz Mga pozostaa w rodku. Kobra czsto nie chciaa wychodzi ze swojej ciemnej przegrdki po dugiej podry i robia si zoliwa, gdy jej przeszkadzano.

Gada czul si nieswojo, kiedy nie miaa Melissy w polu widzenia. Nie moga odpdzi niepokoju pomimo tego, i pamitaa, jak Melissa bya samodzielna i niezalena. Zamiast otworzy przegrdk Fiaska, aeby grzechotnik mg wyj, czy zamiast sprawdzi, co ze mij piaskow - zapia z powrotem torb i wstaa, eby zawoa crk. Nagle Byskawica i Lisek uskoczyy gwatownie, parskajc ze strachu.

- Gada! Ratunku! - krzyczaa Melissa gosem penym przeraenia. W d potoczyy si kamienie. Gada pobiega w stron odgosw szamotaniny, z noem do poowy wycignitym z pochwy. Okrya gaz i zatrzymaa si.

Melissa szarpaa si z caych si w ucisku wysokiej, trupiobladej postaci w pustynnym stroju. Napastnik jedn rk zatyka jej usta, drug obejmowa dziewczynk, przytrzymujc jej rce. Wyrywaa si i kopaa* ale mczyzna nie reagowa ani blem ani zoci.

- Powiedz jej, eby przestaa - powiedzia. - Nie zrobi jej krzywdy.

Mwi ciko, bekotliwie, jakby by czym odurzony. Ubranie mia podarte i brudne, a wtosy dziko sterczay mu na gowie. Tczwki oczu wydaway si bledsze od nabiegych krwi biaek, co nadawao twarzy nieludzki wyraz. Gada wiedziaa od razu, e to by "jej" szaleniec - nawet zanim zauwaya piercie, ktry rozci jej czoo w czasie walki na ulicy w Podgrzu.

-Pu j.

- Pohandluj z tob - powiedzia.

- Nie mamy wiele, ale jest twoje. Czego chcesz?

- Wa snu - powiedzia. - Nic wicej.

Melissa szarpna si znowu i mczyzna wykona szybki ruch, ciskajc j mocniej, bardziej okrutnie.

- W porzdku - powiedziaa Gada. - Chyba nie mam wyboru, co? Jest w mojej torbie.

Poszed za ni do obozu. Stara tajemnica zostaa wyjaniona, teraz pojawia si nowa.

Gada wskazaa torb.

- Grna przegrdka - powiedziaa.

Szaleniec podchodzi bokiem, cignc niezdarnie Meliss za sob. Sign do sprzczki, szarpn rk do tylu. Dra.

- Ty to zrb! - rozkaza Melissie. - Dla ciebie to bezpieczne. Nie patrzc na Gad, Melissa signa do sprzczki. Bya bardzo blada.

- Stj! - zawoaa Gada. - Tu nic nie ma. Melissa opucia bezwadnie rk, patrzc na Gad z ulg i strachem jednoczenie.

- Pu j - powiedziaa znowu Gada. - Jeeli w snu jest tym, czego szukasz, to nie mog ci pomc. Zabio go, zanim jeszcze znalaze mj obz.

Wpatrywa si w ni zwonymi oczami, a potem obrci si i sign po torb z wami. Odpi sprzczk i kopniciem wywrci torb.

Groteskowa mija piaskowa czaia si w rodku, wijc si i syczc. Na moment podniosa gow, jakby chciaa uderzy z zemsty za swrj niewol ale zarwno szaleniec, jak i Melissa zastygli w bezruchu. Zir.ija zakrcia si dookoa i wlizna si midzy skay. Gada skoczya w przd i odcigna Meliss od szaleca, ale on nawet tego nie zauway.

- Oszukaa! - Nagle rozemia si histerycznie i podnis rce do nieba. - Ona da mi to, czego potrzebuj! - miejc si i paczc,

opad na ziemi.

Gada pobiega szybko w stron ska, ale mija piaskowa ju zniknla. Przeklinajc, ciskajc rkoje noa, stana nad szalecem. mije byy stosunkowo rzadkie na pustyni, wrd wzgrz w ogle nie wystpoway. Teraz nie moe zrobi szczepionki dla ludzi Arevina i nie ma ju nic, co mogaby pokaza nauczycielom.

- Wstawaj - powiedziaa szorstko. Zerkna na Meliss. - Nic ci nie jest?

- Nie - powiedziaa Melissa. - Ale on wypuci mij. Szaleniec lea zwinity w kbek; wci cicho paka.

- Co z nim? - Melissa stana obok Gady, spogldajc na kajcego mczyzn.

- Nie wiem. - Gada trcia go w bok czubkiem buta. - Ty! Uspokj si. Wsta.

Mczyzna poruszy si u ich stp. Jego nadgarstki wystaway z postrzpionych rkaww, rce mia chude jak suche gazie.

- Powinnam da rad wyrwa si "takiemu" - powiedziaa Melissa z odraz.

- On jest silniejszy, ni wyglda - rzeka Gada. - Na wszystkich bogw, czowieku, przesta zawodzi. Nie zamierzam ci nic zrobi.

- Ju nie yj - wyszepta. - Bya moj ostatni szans, wic jestem teraz martwy.

- Ostatni szans na co?

-Na szczcie!

- To paskudny rodzaj szczcia, skoro musisz innym niszczy dobytek i rzuca si na ludzi - powiedziaa Melissa.

Spojrza na ni wciekle. zy lniy na zapadnitych policzkach. Skra mczyzny poorana bya gbokimi bruzdami.

- Dlaczego wrcifas"? Nie mogem ju dalej za tob jecha. Chciaem wrci do domu, eby umrze, o ile by mi na to pozwolili. Ale ty wrcia prosto w moje rce. - Ukry twarz w zlachmanionych rkawach pustynnego stroju.

Gada przyklka i zmusia go do powstania. Musiaa go podpiera, biorgc cay ciar jego ciaa na siebie. Melissa przez chwil staa obok w gotowoci, potem wzruszya ramionami i przysza z pomoc. Kiedy si podnosili, Gada namacaa twardy, prostoktny

ksztat pod ubraniem szaleca. Rozchylia mu ubranie, gmerjc w warstwach materiau lepkiego od brudu.

- Co robisz? Przesta!

Mocowa si z ni, szturchajc kocistymi okcami, prbujc nacign ubranie na swe ylaste ciao.

Gada znalaza wewntrzn kiesze. Gdy tylko dotkna ukrytego przedmiotu, wiedziaa, e to jej dziennik. Wyszarpna go i pucia szaleca. Cofn si o krok, dwa i stan, poprawiajc gorczkowo swoje achy. Gada nie zwracaa ju na niego uwagi, zaciskajc mocno rce na ksice.

- Co to jest? - spytaa Melissa.

- Dziennik mojego prbnego roku. Ukrad mi go z obozu.

- Miaem zamiar go zniszczy - powiedzia szaleniec. - Zapomniaem, e go mam. Gada rzucia na niego wcieke spojrzenie.

- Mylaem, e mi pomoe. Na nic si jednak nie przyda.

Gada westchna.

W obozie pooyy szaleca na ziemi, a pod gow woyy mu siodo. Lea i tpo gapi si w niebo. Za kadym razem, gdy mruga oczyma, kolejna za toczya mu si po twarzy i zmywaa py i brud. zostawiajc janiejsze smugi. Gada daa mczynie wody, usiada na pitach i przygldaa mu si, zastanawiajc si, co oznaczay jego sowa. O ile w ogle co znaczyy. By w kocu szalecem, ale niezupenie bezmylnym; dziaa pod wpywem depsperacji

- On chyba nie ma zamiaru nic zego zrobi, jak mylisz? - spytaa Melissa. Z wyranym obrzydzeniem posza w stron ska.

- Melisso... Obejrzaa si.

- Mam nadziej, e mija piaskowa odesza daleko, ale rwnie dobrze moe gdzie" tu by. Lepiej, jeli dzisiaj obejdziemy si bez ognia.

Melissa wahaa si tak dugo, a Gada zacza podejrzewa, e za chwil powie, i woli towarzystwo mii piaskowej ni szaleca, ale w kocu wzruszywszy ramionami, dziewczynka posza do koni.

Gada ponownie podniosa wod do ust mczyzny. Przekn raz i pozwoli, by woda wyciekaa mu z fcaciw ust na kilkudniowy zarost.

- Jak masz na imi?

Gada czekaa, ale nie odpowiedzia. Zacza zastanawia si, czy czasem nie jest katalonikiem, kiedy wzdrygn si i westchn gboko.

- Musisz mie jakie imi.

- Przypuszczam - odpar. Dwie kolejne by zaczy si przedziera przez brud na jego twarzy. Jego rce dray. - Przypuszczam, e kiedy miaem.

- Co miae na myli, mwic o lym caym szczciu? Do czego jest ci potrzebny mj wa snu? Umierasz?

- Powiedziaem ci, e tak.

-Na co?

- Z pragnienia.

Gada zmarszczya czoo.

- Pragnienia czego ?

- Wa snu.

Gada westchna, kolana j bolay. Zmienia pozycj i usiada po turecku obok ramienia szaleca.

- Nie bd moga ci pomc, jeeli ty nie powiesz mi, co ci trapi Poderwa si i usiad, rozdrapujc ubranie, ktre tak starannie

uoy na sobie. Odcign sfatygowany materia, a go rozdar.

Obnay szyj, unoszc brod.

- To wszystko, co musisz wiedzie!

Gada przyjrzaa si bliej. Wrd szorstkich, ciemnych wosw zarostu zobaczya liczne, drobne, podwjne blizny, skupione wok arterii szyjnych. Odchylia si w ty, zaskoczona. lady pochodziy od zbw wa snu - co do tego nie miaa najmniejszych wtpliwoci, ale nie potrafia sobie wyobrazi choroby na tyle powanej i bolesnej, e wymagaaby takiej iloci jadu do umierzenia blu. Blizny powstaway w stosunkowo dugim czasie, gdy niektre byy stare i biae, a niektre tak wiee rowe i lnice, e jeszcze musiay by na nich strupy, kiedy szaleniec przeszukiwa jej obz.

- Teraz rozumiesz ?

- Nie - powiedziaa Gada. - Nie rozumiem. O co tu chodzi ?-przerwaa, marszczc czoo. - Czy bye uzdrowicielem ?

Ale to byo niemoliwe. Musiaaby go zna albo przynajmniej o nim sysze. Poza tym jad wa snu nie oddziaywaby na uzdrowiciela inaczej, ni jad jakiegokolwiek wa.



Potrzsajc gow, szaleniec opad na ziemi,

- Nie, uzdrowiciel... nigdy... nie ja. My nie potrzebujemy uzdrowicieli w puknitej kopule.

Gada czekaa niecierpliwie, ale nie chciaa ryzykowa adnego gestu, aby go nie denerwowa. Szaleniec obliza usta i znw zacz mwi.

- Wody... prosz.

Gada podniosa manierk do jego ust, a on pi apczywie Ju nie rozlewa i nie plu, jak poprzednio. Prbowa znowu usi, ale okie mu si polizn i mczyzna zastyg nieruchomo na ziemi, nie prbujc nawet mwi. Cierpliwo Gady skoczya si.

- Dlaczego bye tyle razy ukszony przez wa snu ? Spojrza na ni bladymi, przekrwionymi oczyma.

- Bo byem dobrym i uytecznym blagalnikiem i przynosiem duo skarbw do pknitej kopuy. Czsto dostawaem nagrod.

- Nagrod ?

Twarz mu zagodniaa.

- O tak! * Jego oczy zamgliy si; wydawao si e poprzez Gad patrzy gdzie w dal. - Nagrod. Szczcie i zapomnienie, i rzeczywisto snw.

Zamkn oczy i nie chcia si wicej odzywa, mimoz Gada szturchaa go co chwila.

Gada przyczya si do Melissy, ktra znalaza suche gazie po drugiej stronie obozu i siedziaa teraz przy malekim ognisku, czekajc a dowie si, o co chodzi.

- Kto ma wa snu - powiedziaa Gada. - Uywaj jadu jako narkotyku.

- To gupie stwierdzia Melissa. - Dlaczego nie uywaj po prostu czego, co ronie tutaj ? Tu peno rnych rzeczy.

- Nie wiem - powiedziaa Gada. - Nie wiem te, jak dziaa jad. Nie dostali go od uzdrowiciela, przynajmniej nie da im go dobrowolnie.

Melissa pomieszaa zup. wiato ogniska zocio jej rude wosy.

- Gado - powiedziaa w kocu. - Tamtej nocy, gdy z nim walczya, on zabiby ci, gdyby mg. Dzisiaj zabiby mnie, gdyby mia okazj. Jeeli ma jakich przyjaci, to oni te zechc odebra uzdrowicielowi wa snu.

- Wiem.

Uzdrowiciele zabijani dla wy snu - to byo trudne do przyjcia.

Zjady kolacj. Szaleniec spal zbyt gboko, aby go nakarmi, chocia wbrew temu, co mwi, daleko mu byo do umierania. W rzeczywistoci by zaskakujco zdrowy pod t pokryw brodu i podartych achw; szczupy, ale tors uminiony mia prawidowo, a na skrze nie byo adnych oznak niedoywienia. Musia by bez wtpienia bardzo silny.

" Ale wszystko zasadzao si na przyczynie - mylaa Gada  dla ktrej uzdrowiciele nosili ze sob we snu Jch jad nie zabija i nie sprawia, e mier bya nieunikniona. Raczej uatwia przejcie od ycia do mierci i pomaga umierajcemu czowiekowi przyj ostateczno."

Gdyby da mu czas, szaleniec bez wtpienia doprowadziby si do mierci. Ale Gada nie miaa zamiaru pozwoli mu, aby zrealizowa swoje zamiary, zanim obcy nie powie, skd przyszed t co tam si dzieje. Nie miaa te ochoty zarywa nocy i peni przy nim wart na zmian z Melissa. Obie musiay porzdnie si wyspa.

Rce szaleca byy tak wiotkie, jak zachmaniony strj pustynny, ktry je okrywa. Gada podniosa jego rce nad gow i przywizaa nadgarstki do sioda. Nie skrpowaa go ciasno, lecz po prostu na tyle mocno, eby moga go usysze, gdyby chcia uciec. Wieczr zrobi si chodny, wic zarzucia na niego dodatkowy koc, a pniej z Melissa rozoyy swoje koce na ziemi i poszy spa.

Musiao by koo pnocy, kiedy Gada znowu si obudzia. Ogie wygas, pograjc obz w absolutnej ciemnoci. Gada leaa bez ruchu, nasuchujc, czy szaleniec nie prbuje ucieka.

Melissa krzyczaa przez sen. Gada przysuna si, szukajc po omacku crki i dotkna jej ramienia. Usiada obok, gadzc dziecko po wosach i twarzy.

- Ju dobrze, Melisso - szepna. - Zbud si. To tylko zy sen. Po chwili Melissa zerwaa si i usiada.

- Co...?

- To ja, Gada. Mczy ci koszmar. Gos Melissy dra.

- Mylaam, e znowu jestem w Podgrzu - powiedziaa. - Mylaam, e Ras...

Gada przygarna j, nadal gadzc po mikkich, krconych wosach.

-Ju nic. Ju dobrze. Nigdy nie bdziesz musiaa tam wrci; Poczua, e Melissa kiwna gow.

- Czy chcesz, ebym zostaa obok ciebie ? - zapytaa Gada. - Czy to moe z powrotem przywoa koszmar ? Melissa wahaa si.

- Zosta, prosz - wyszeptaa.

Gada pooya si i nacigna na siebie oba koce. Noc zrobia si zimna, ale bya szczliwa, e nie jest ju na pustyni, w miejscu, gdzie grunt dugo przetrzymywa ar dnia. Melissa wtulia si w ni.

Byo zupenie ciemno, ale Gada, sdzc po oddechu Melissy, moga przypuszcza, e dziewczynka znowu pi. Sama nie zasypiaa jeszcze przez jaki czas. Syszaa ponad szeptaniem wody w strumieniu chrapliwy oddech szaleca. Czua te wibracj kopyt Liska i Byskawicy na twardo ubitej ziemi, gdy konie zmieniay pozycj.

Gios szaleca by gony i jkliwy, ale o wiele mocniejszy ni zeszej nocy.

- Pozwl mi wsta. Rozwi mnie. Chcesz mnie torturowa, a umr ? Musz si odla. Chce mi si pi.

Gada odrzucia koce i usiada. Z pocztku chciaa mu poda picie, ale zdecydowaa, e to bez sensu tak dawa si budzi o wicie. Wstaa i przecigna si ziewajc. Pniej pomachaa do Melissy, stojcej midzy Byskawic i Liskiem, ktre trcay j pyskami, domagajc si niadania. Melissa zamiaa si i kiwna rk Gadzie.

- No co ? Dasz mi wsta ? - odezwa si znowu szaleniec.

- Za moment.

Skorzystaa z prowizorycznej toalety za pobliskimi krzakami i posza do strumienia opryska wod twarz. Chciaa si wykpa, ale w strumieniu nie byo do wody, a nie zamierzaa te zmusza szaleca, by czeka zbyt dugo. Wrcia do obozu i rozplataa wzy wok nadgarstkw mczyzny. Usiad, rozcierajc rce i mamroczc, po czym poderwa si.

- Nie chciaabym narusza twojej prywatnoci - powiedziaa Gada - ale nie znikaj mi z oczu.

Warkn co niezrozumiale, lecz wykona jej polecenie. Wrci do Gady powczc nogami, kucn obok i rzuci si na manierk. Pil

chciwymi hawMami, Otar usta rkawem i zacz imgfeda siej za jedzeniem.	                                                !

-Jest niadanie?	-          

- Mylaam, e planujesz umrze.

Prychn.

- Kady w moim obozie musi zapracowa na posiek -powiedziaa Gada. - Ty na swj moesz zarobi mwieniem.

Mczyzna popatrzy w ziemi i westchn. Mia ciemne, krzaczaste brwi, ktre ocieniay jego jasne oczy.

- Dobra - powiedzia.

Usiad po turecku i opar ramiona na kolanach; donie zwisay mu luno, palce dray.

Gada czekaa, ale on si nie odzywa.

W cigu ostatnich kilku lat znikny dwie uzdrowicielki. Gada cigle mylaa o nich, uywajc ich dziecicych imion, ktre nosiy, zanim wyruszyy na okres prbny. Nie bya zbyt blisko z Filipa, ale Jennelh byy jej ulubion starsz siostr, jedn z trzech najbliszych jej osb. Cigle jeszcze pamitaa t zim i wiosn, gdy dobiegi koca prbny rok Jenneth: mijay dni i wsplnota powoli zaczynaa zdawa sobie spraw, e ona ju nie wrci. Nigdy nie dowiedzieli si, co si stao. Czasami kiedy umar uzdrowiciel, posaniec przynosi z wiadomo do orodka, a czasami nawet przywoono we. Ale nigdy nie byo adnej wiadomoci o Jenneth. A moe szaleniec omdlewajcy teraz przed Gada rzuci si kiedy na jej siostr i zabi j z powodu jej wa snu?

- No ? - powiedziaa ostro Gada. Szaleniec zlk si.

-Co?

Gada pohamowaa si.

-Skd jeste?

- Z poudnia.

- Z jakiego miasta ?

Na jej mapach bya zaznaczona poudniowa przecz, ale nic poza ni. Tak w grach, jak i na pustuni, ludzie mieli suszne powody, aby unika obszarw daleko wysunitych na poudnie.

Wzruszy ramionami.

- Z adnego. Nie zostao tam adne miasto, tylko pknita kopua.

- Skd miae wa snu ?

Wzruszy ramionami.

Gada zerwaa si na nogi i chwycia go za brudne ubranie. Materia przy szyi cign si przy jej piciach, gdy pocigna go w gore.

- Odpowiadaj!

za stoczya mu si po policzku.

- Ale jak ? Nie rozumiem ci. Skd go miam ? Ja nigdy adnego nie miaem. One zawsze tam byy, ale nie moje. Byy tam kiedy przyszedem i byty, kiedy odchodziem. Po co by mi byUwoj, gdybym mia par swoich ?

Szaleniec znowu znalaz si na ziemi, gdy Gada powoli rozkurczya palce.

- Par swoich ?

Wycign rce i podnis je, aby opady mu rkawy. Take na przedramionach po wewntrznej stronie, na nadgarskach, wszdzie tam, gdzie yy byy widoczne, widniay blizny po ukszeniach.

- Najlepiej, jak ksaj ci wszyskie naraz, wszdzie -powiedziaJ wzruszony. - Gardo to szybkie i pewne, to w nagych przypadkach, eby przetrwa'. To to, co Polarny daje normalnie. A po caym ciele, jak zrobisz dla niego co ekstra. Wtedy daje ci to.

Szalenie skuli si, obnay ramiona i zaczai je rozciera, jakby mu byo zimno. Zarumieni si, podekscytowany.

- A wtedy czujesz, czujesz... wszystko zaczyna pon, jeste cay w ogniu, wszystko... i to trwa...

-Przestali!

Rce opady mu na ziemi j znw popatrzy na ni niewidzcymi oczami.

-Co?

- Ten Polarny ? On ma we snu ? Szaleniec gorliwie pokiwa gow.

-Duo?

- Ca jam. Czasami spuszcza na d kogo do przepaci, nagradza ich... Ale mnie nigdy... nie od pierwszego razu.

Gada usiada, wpatrujc si w szaleca;wyobraa!a sobie delikatne stworzenia uwizione w gbokiej czelusci,naraone na dziaanie ywiow.

- Skd je bierze ? Czy hadluj z nim ludzie z Miasta? Czy ma kontakty z pozaziemskimi ?

- Bierze je ? One tam s. Polarny je ma.

Gada wstrzsay dreszcze tak samo silne, jak te, ktre trzsy szalecem. Mocno zacisna rce wok kolan, potem powoli je rozlunia. Przestaa drze.

- Roztosci si na mnie i mnie odesa - powiedzia szaleniec. -Taki byem chory... Wtedy usyszaem o uzdrowicielce i poszedem ciebie szuka, ale ci tam nie byo, a wa snu zabraa ze sob... -mwi coraz goniej i szybciej. - A ci ludzie cigali mnie, ale ja jechaem za tob i jechaem, i jechaem, a znowu wrcia na pustynie. Nie mogem ju tam za tob jecha, po prostu nie mo-gem.Prbowaem wrci do domu, ale nie mogem, no to pooyem si, eby umrze, ale tego te nie mogem zrobi. Dlaczego przyjechaa" prosto do mnie, skoro nie masz wa snu ? Dlaczego nie pozwolisz mi umrze ?

- Jeszcze daleko ci do mierci - powiedziaa Gada.-Bdziesz y tak dugo, a zaprowadzisz mnie do Polarnego i do wy snu. Potem to, czy bdziesz y, czy umrzesz, to ju twoja, zupenie prywatna sprawa.

Szaleniec wlepi w niq wzrok.

- Ale Polarny mnie odesa.

- Nie musisz ju go wicej sucha - powiedziaa Gada.-Ju nie ma nad tob wadzy, skoro nie chce ci da tego, czego potrzebujesz. Twoja jedyna szansa, to pomc mi w zdobyciu kilku wy snu.

Szaleniec wpatrywa si w ni przez dug chwil, mrugajc oczami i marszczc czoo w gbokim zamyleniu. Niespodziewanie twarz mu si rozjania. Staa si pogodna i radosna. Ruszy w jej stron, potkn si, zacz pezn na kolanach, a chwyci j za rce. Jego donie byy brudne i szorstkie. Piercie, ktry rozci jej czoo, okaza si tylko pust kaseta, z ktrej wypad kamie.

- Mwisz, e pomoesz mi zdoby wa snu dla mnie? Umiechn! si. - eby uywa go, kiedy zechc ?

- Tak - powiedziaa Gada przez zacinite zby.

Wyrwaa rce, gdy szaleniec nachyli si, aby je ucaowa. Teraz ju mu obiecaa i chocia wiedziaa, e to jedyny sposb, aby wymusi jego wspprac - czua si, jakby popeniaa potworny grzech.

11

Przymione wiato ksiyca sczyo si na wspania drog prowadzca w stron Podgrza. Arevin by tak pochonity mylami, e nie zauway, kiedy zapad zmierzch. Cho orodek uzdrowicieli lea sporo drogi za nim, cigle nie spotka nikogo, kto miaby jakie wieci o Gadzie. Podgrze byo ostatnim miejscem, w ktrym moga by, bo ju nic nie byo dalej na poudnie. Mapy Arevina przedstawiajce gry centralne miay zaznaczone wszystkie szlaki uzdrowicieli, star, nie uczszczan przecz, ktra przecinaa wschodni ailcych i na tym si koczyy. Podrnicy w grach, jak i w kraju Arevina, nie odwaali si zapuszcza daleko w poudniowe rejony swojego wiata.

Arevin prbowa nie myle, co zrobi, jeeli nie znajdzie tutaj Gady. Nie by jeszcze dostatecznie blisko grzbietw gr,aby mc spojrze na wschodni pustyni i by z tego zadowolony. Skoro nie widzia, jak rozpoczynaj si burze, mg sobie wmawia, e spokojna pogoda potrwa duej ni zwykle..

Przejecha przez wielkie zakole, spojrza w gr i osoni lamp. Z przodu dostrzeg wiata: mikkie, te wiata gazowe. Miasto wygldao jak kosz iskier rozsypanych na stoku,wszystkie zbite w gromad, z wyjtkiem kilku rozproszonych na dnie doliny.

Cho widzia wiele miast, to cigle zaskakiwao go, ile pracy i krztaniny byo w nich po zmroku. Zdecydowa si wjecha do Podgrza jeszcze tej nocy - moe zbierze jakie informacje o Gadzie do rana ? OtulU si szczelniej peleryn przed chodem nocy.

Wbrew wasnej woli Arevin zasn j zbudzi si dopiero wtedy, gdy kopyta koskie zadwiczay na bruku. Nie wida byo, aby kto tu jeszcze nie spal, wic Arevin pojecha dalej, a do centrum miasta z jego tawemami i innymi miejscami rozrywki. Byo tu prawie tak jasno jak w dzie, a ludzie zachowywali si, jakby to wcale nie bya noc. Przez drzwi tawerny zobaczy kilku robotnikw. Zaoyli sobie rce na ramiona i piewali. Tawema ssiadowaa z zajazdem, zatrzyma wic konia i zsiad. Sugestia Thada. aeby rozpytywa po zajazdach, bya cakiem suszna, cho na razie aden

z wacicieli, z ktrymi Arevin rozmawia, nie mia dla niego adnych informacji.

Wszed do rodka. Pieniarze nadal piewali, zaguszajc melodi, ktr im wygrywaa flecistka. Odoya instrument na kolana, signa po gliniany kufel i popia. "Piwo " - pomyla Arevin. Przyjemny zapach drody wypenia tawernPieniarze zaczli now pie", ale dziewczyna dmuchna faszywie we flet i wlepia wzrok w Arevina. Jeden z mczyzn zerkn na ni. Pie ucicha, gdy on i inni biesiadnicy zaczli patrze w t sam stron. Melodia fletu podjechaa piskliwie w gr, opada nisko t urwaa si. Uwaga wszystkich skierowana bya na Arevina.

- Witam was - powiedzia oficjalnie. - Chciabym porozmawia z wacicielem, jeli jest to moliwe.

Nikt si nie poruszy. Wtedy muzykantka zerwaa si na nogi, przewracajc swj stoek.

- Zaraz... ja... zobacz, czy j znajd. - Znikna za zason.

Nikt si nie odzywa, nawet barman. Arevin nie wiedzia, co powiedzie. Nie przypuszcza, e jest taki brudny, eby a wszystkim odjo mow, a na pewno w miecie handlowym ludzie powinni by przyzwyczajeni do stroju, w jaki by ubrany .Wszystko, na co go byo sia, to te gapi si na nich i czeka. Moe znowu zaczn piewa albo pi piwo, albo spytaj go, czy nie chce mu si pi.

Nie zrobili nic.

Poczu si idiotycznie. Zrobi krok do przodu, zachowujc si jak gdyby nigdy nic, ale gdy tylko si poruszy, wydawao mu si, e wszyscy w tawernie wstrzymali oddech i ze zgroz odsunli si od niego. Napicie w gospodzie nie byo takie, jak zwykle, gdy ludzie ogldaj obcego przybysza, ale jak miedzy wojownikami czekajcymi na wroga.

Zasona w tylnym wyjciu rozsuna si i w cieniu ukazaa si jaka posta. Wacicielka wysza do wiata i spojrzaa na Arevina spokojnie, bez cienia strachu.

- yczye sobie ze mn rozmawia ?

Bya wzrostu Arevina, elegancka i przystojna. Nie umiechna si. Ludzie z gr atwo uzewntrzniali swoje uczucia, wic Arevin zastanawia si, czy czasem nie naruszy prywatnoci czyjego domu albo nie zama obyczaju, ktrego nie zna.

- Tak - powiedzia. - Szukam uzdrowicielki o imienin Gada. Mylaem, e moe uda mi si znale j w waszym miecie.

- Czemu mylisz, ze j tutaj znajdziesz ?

" Jeeli ze wszystkimi podrnymi rozmawiano w Podgrzu tak niegrzecznie, to w jaki sposb to miasto mogo tak wietnie prosperowa ?" - dziwi si w duchu Arevin.

- Jeeli nie ma jej tutaj, to znaczy, e nigdy nie dotara do gr i jest gdzie na zachodniej pustyni. Burze ju nadchodz.

- Dlaczego jej szukasz ?

Arevin pozwoli sobie na lekkie zmarszczenie brwi, bo to pytanie przekraczao ju granic dobrego wychowania.

- Nie wydaje mi si, eby to by twj interes - powiedzia. - Jeli normalne zasady grzecznoci i dobrego wychowania nie nale do obyczajw twojego domu, pjd popyta gdzie indziej.

Odwrci si i omal nie wszed na dwoje ludzi z insygniami na konierzach, trzymajcych w doniach acuchy.

- Prosz z nami - powiedziaa kobieta.

- Z jakiego powodu ?

- Podejrzenie o napa - powiedzia mczyzna. Arevin spojrza na niego oniemiay, z najwyszym zaskoczeniem.

- Napa ? Nie jestem tutaj duej ni dwie minuty.

- To si sprawdzi - powiedziaa kobieta.

Ztapaia go za przegub, by zaoy kajdanki. Odcign^ rk w przeraeniu, ale trzymaa mocno. Zacz si szarpa i tych dwoje rzucio si na niego. Po chwili oboje polecieli na siebie, a wacicielka baru krzykna, dopingujc przeciwnikw Arevina. Tan ruszy na swoich napastnikw i zgi si prawie do ziemi. Co uderzy-o go z boku w gow. Poczu, jak kolana mu mikn i zemdla.

Ocnl si w maym kamiennym pomieszczeniu z jednym, umieszczonym bardzo wysoko oknem. Gowa bolaa go potwomie.Nie rozumia, co zaszo, bo handlarze, z ktrymi klan prowadzi interesy, mwili o Podgrzu jako o miecie ludzi uczciwych. Moe ci miejscy bandyci napadali lylko na samotnych podrnych, a zostawiali w spokoju dobrze chronione karawany ? Jego pas wraz ze wszystkimi pienidzmi i noem znikn. Dlaczego jeszcze nie lea martwy gdzie w rowie ? Tego nie mg poj. Ale przynajmniej nie by ju zakuty w acuchy.

Usiad powoli. Prbowa pozosta w bezruchu, gdy wiat zawirowa mu przed oczami. Rozejrza si dookoa. Posysza kroki na korytarzu; wsta, zatoczy si, potem podcign, eby zajrze przez kraty w maym otworze w drzwiach. Szybkie kroki oddaliy si.

- To lak traktujecie goci odwiedzajcych wasze miasto? - krzykn.

Jego agodne usposobienie zostao poddane trudnej prbie. Nikt nie odpowiedzia. Rozluni uchwyt w kracie i opuci si na podog. Nie widzia ze swego wizienia nic, prcz drugiej kamiennej ciany. Okno byo zbyt wysoko, eby do niego dosign, nawet gdy podsun cikie drewniane ko i stan na nim. Cae owietlenie w pomieszczeniu stanowia rozlega, soneczna plama na cianie naprzeciw okna. Kto zabra Arevinowi strj pustynny i wysokie buty, zostawiwszy jedynie dugie, lune spodnie do konnej jazdy.

Uspokaja si powoli; postanowi czeka. Usysza nierwne kroki i stukot laski. Kto schodzi w d kamiennym korytarzem. Szczkn klucz i drzwi otworzyy si szeroko. Stranicy, nioscy te same insygnia, co jego napastnicy poprzedniej nocy, weszli pierwsi, zachowujc pena ostrono. Byo ich troje, co wydawao si Arevinowi dziwne, gdy wczeSniej nie zdoa pokona nawet dwjki. Nie by zbyt dowiadczony w walce. W jego klanie doroli agodnie rozdzielali szamoczce si dzieciaki i prbowali agodzi spory przy pomocy sw. Wielki, czarnowosy mczyzna wszed do celi, podparty na towarzyszcym mu funkcjonariuszu i na lasce. Arevin nie przywita go ani si nie podnis. Patrzyli na siebie sztywno przez kilka chwil.

- No, nareszcie uzdrowicielce nic nie grozi z twojej strony -powiedzia zwalisty mczyzna.

Pomocnik zostawi go na chwil, aby przycign krzeso z korytarza. Kiedy mczyzna usiad, Arevin zauway, e nie by on trwale kulawy, tylko ranny - mia zabandaowan praw nog.

-1 tobie te pomoga - powiedzia Arevin. - To dlaczego zasadzacie si na tych, ktrzy chcieliby jej pomc ?

- Udajesz normalnego cakiem niele. Ale spodziewam si, e jak poobserwujemy ci przez par dni, to wrc ci napady szau.

- Nie wtpi, e jak potrzymacie mnie tu duej, to dostan szau - powiedzia Arevin.

- Czy sdzisz.e pucimy cic wolno, aby mg znowu ledzi uzdrowicielk ?

- Czy ona jest tutaj ? - spyta z niecierpliwoci Arevin. - Musiaa bezpiecznie przejecha pustyni, skoro j widziae.

Ciemnowosy mczyzna przypatrywa mu si przez kilka sekund.

- Zaskoczony jestem, e ty mwisz ojej bezpieczestwie - powiedzia. - Ale przypuszczam, e braku logiki naley si po szalericu spodziewa.

- Szalecu ?

- Uspokj si. Wiemy, e na ni napade.

- Napade...? Czy kto na ni napad ? Nic jej nie jest ? Gdzie ona jest?

- Myl, e bezpieczniej dla niej bdzie, jeli nic ci nie powiem.

Arevin spojrza w bok, prbujc zebra myli. W gtowie mia zamt, ktry paradoksalnie miesza mu si z uczuciem ulgi. Przynajmniej Gadzie udao si przeby pustyni. Musi by bezpieczna.

Na skaz w kamiennym bloku pado wiato. Arevin wpatrywa si w migajcy punkt, uspokajajc si.

Podnis wzrok niemal z umiechem.

- Ta caa rozmowa jest gupawa. Popro ja, eby si ze mn zobaczya. Ona powie ci, e jestemy przyjacimi.

- Doprawdy? A kto si chce z ni widzie ?

- Powiedz jej...e kto, czyje imi zna. Zwalisty mczyzna warkn.

- Wy barbarzycy i wasze przesady...

- Ona wie, kim jestem - powiedzia Arevin, nie poddajc si jego zoci.

-1 chciaby konfrontacji z uzdrowicielk?

-Tak.

Wielki mczyzna pochyli si do tylu na krzele i spojrza na swego asystenta.

- No c, Brianie, ten czowiek na pewno nie mwi jak szaleniec.

- Nie, panie - powiedzia starszy czowiek. Wielki mczyzna popatrzy na Arevina, ale tak naprawd jego wzrok koncentrowa si gdzie za nim, na cianie.

- Ciekaw jestem, co by Gabriel...- uci i zerkn na pomocnika. - Czasem mia dobre pomysy w takich sytuacjach. -Wydawao si, e jest troch zakopotany.

- Tak, panie burmistrzu, mia.

Zapanowaa cisza dusza i jeszcze bardziej intensywna. Arevin wiedzia, e za chwil stranicy, burmistrz i stary czowiek o imieniu Brian wstan i zostawi go samego w ciasnej, nieprzyjemnej celi. Poczu, jak kropla potu spywa mu po boku.

- C... - powiedzia burmistrz.

- Panie...- odezwaa si z wahaniem straniczka. Burmistrz odwrci si do niej.

- No miao! Mw. Nie umiecha mi si zamykanie niewinnych. Ale mielimy tu ostatnio szaleca na swobodzie.

- Ostatniej nocy, kiedy go aresztowalimy, wyglda na zaskoczonego. Teraz wierz, e jego zaskoczenie byo szczere.Pani Gada walczya z szalecem, burmistrzu. Wygraa walk, ale wrcia porzdnie poturbowana. A ten czowiek nie ma nawet siniaka.

Usyszawszy, e Gada zostaa poraniona, Arevin musia powstrzyma si, aby nie spyta ponownie, czy nic jej nie jest;wola raczej nie ponia si przed tymi ludmi.

- Tak, wydaje si, e to prawda. Jeste bardzo spostrzegawcza -powiedzia burmistrz do straniczki. - Czy masz jakie sice ? -spyta Arevina.

-Nie.

- Wybacz, ale bd nalega, aby to udowodni.

Arevin wsta. Bardzo nie podobaa mu si konieczno rozbierania si do naga przed obcymi. Rozpi jednak spodnie i pozwoli, aby opady na podog. Obraca si powoli, a burmistrz go oglda. Nagle przypomnia sobie, e przecie bii si zeszej nocy i moe by gdzie posiniaczony. Nikt jednak nic nie powiedzia, wiec obrci si do koca i woy spodnie.

Starszy czowiek podszed do niego. Stranicy zesztywnieli.

Arevin nie poruszy si. Ci ludzie mog kady nich uzna za atak.

- Ostronie, Brianie - powiedzia burmistrz.

Brian uj rk. Arevina, spojrza na wierzch doni, obrci je, przyjrza si palcom. Puci. Powrci na swoje miejsce u boku burmistrza. - On nie ma adnego piercienia. Wtpi, aby kiedykol-

wiek jaki nosi. Rce ma opalone i nie ma na nich ladu. Uzdrowicielka powiedziaa, e napastnik rozci jej czoo piercieniem. Burmistrz prychn.

- Co zatem mylisz ?

- Tak jak rzeke, panie, on nie mwi jak szaleniec. A poza tym szaleniec niekoniecznie musi by gupi. A to gupie, eby pyta o uzdrowicielk i nosi strj pustynny, jeeli si nie jest bez winy. Skonny bybym nalega, aby zwolni tego czowieka za sowem honoru.

Burmistrz spojrza na swego pomocnika i na straniczk.

- Mam nadziej - powiedzia tonem, w ktrym nie byo ani krzty kpiny - e ostrzeecie mnie uczciwie, zanim ktre z was zdecyduje si ubiega o mj urzd. - Zwrci si do Arevina: - Gdybymy pozwolili ci zobaczy uzdrowicielk, zgodzisz si pozosta w kajdankach, zanim ona ci rozpozna ?

Arevin cigle pamita z zeszej nocy dotyk elaza na skrze, ktre chwytao go, zniewalao, przenikao chodem a do koci. Ale Gada wymieje ich, gdy zaproponuj acuchy. Tym raeni si ju umiechn.

- Przekacie uzdrowicielce wiadomo o mnie - powiedzia - a potem zdecydujecie, czy trzeba mnie zakuwa w acuchy.

Brian pomg burmistrzowi wsta. Burmistrz zerkn na straniczk, ktra wierzya w niewinno Arevina.

- Bdcie w gotowoci. Przyl po niego.

-Tak, prosz pana.

Straniczka wrcia z acuchami. Arevin wlepi przeraone spojrzenie w pobrzkujcy metal. Mia nadziej, ze nastpn osob, ktra przekroczy te drzwi, bdzie Gada. Wsta machinalnie, gdy straniczka podchodzia do niego.

- Przykro mi - powiedziaa.

Umocowaa mu zimn, elazn obrcz wok pasa, zakua lewy przegub i przecigna acuch przez kko obrczy. Nastpnie zakua prawy przegub. Poprowadzili go korytarzem.

Wiedzia, e Gada by do tego nie dopucia. Jeeli to ona wydaa polecenie, to znaczy, e osoba z jego pamici nigdy nie istniaa w rzeczywistoci. atwiejsza do zaakceptowania byaby jej mier.

Moe stranicy le zrozumieli ? Rozkaz, jaki im przekazano, mg zosta znieksztacony. Albo przesano go tak szybko, e kto



zapomnia powiedzie im, e acuchy nie s potrzebneJ\revin postanowi znie ten poniajcy bd z dum i poczuciem humoru.

Stranicy wyprowadzili go na wiato dzienne, ktre olepio go zupenie. Po chwili znw byli pod dachem, ale jego oczy wci nie mogy si przystosowa, nawet do pmroku. Nic nie widzc, wchodzi po schodach, potykajc si raz po raz.

Pokj, do ktrego zosta wprowadzony, by prawie zupenie pogrony w ciemnoci. Arevin zatrzyma si w drzwiach, z trudem rozpoznajc owinit w koc posta, siedzc na krzele tyem do niego.

- Uzdrowicielko - powiedzia jeden ze stranikw - oto ten, ktry twierdzi, e jest twoim przyjacielem.

Kobieta nie odezwaa si ani nie poruszya,

Arevin zamar z przeraenia. Jeeli kto j zaatakowa, jeli j tak porani, e nie moga ani mwi, ani si porusza, ani wymia ich, kiedy mwili o acuchach... W przeraeniu zrobi krok w jej kierunku, potem jeszcze jeden. Tak bardzo chcia do niej podbiec i powiedzie, e bdzie si ni opiekowa. Tak bardzo chcia od niej teraz uciec i ju nigdy nie pamita jej inn ni wtedy, gdy bya w peni zdrowa i silna.

Zobaczy jej rk, zwisajc bezwadnie. Pad na kolana obok otulonej caunem postaci.

- Gado...

acuchy powodoway niezdamo ruchw. Wzi jej rk i pochyli si, aby j pocaowa.

Gdy tylko jej dotkn, a nawet ju wczeniej, zanim zobaczy jej woln od blizn skr; wiedzia, e to nie Gada. Rzuci si w ty z okrzykiem przeraenia.

-Gdzie ona jest?

Okryta posta w fotelu odrzucia koc z okrzykiem wstydu. Uklka przed Arevinem i wycigna do niego rce. zy ciekry jej po policzkach.

- Przepraszam - zawodzia. - Prosz, wybacz mi...

Osuna si niej. Dugie wosy okalay jej pikn twarz.

Ogromny mczyzna wykutyka z ciemnego kta pokoju. Tym razem Brian pomg wsta Arevinowi i za moment acuchy z brzkiem opady na podog.

- Musiaem mie jaki pewniejszy dowd ni* siniaki i piercienie - powiedzia burmistrz. - Tetaz ju ci wierz.

Do Arevina docieray gosy, ale nie rozumia znaczenia sw. Wiedzia, e Gady tutaj nie ma. Ona nigdy by si nie zgodzia wzi udziau w tej farsie.

- Gdzie ona jest? - wyszepta.

- Odjechaa. Pojechaa do Miasta. Do Centrum.

Arevin siedzia na luksusowej kanapie w jednym z gocinnych pokojw burmistrza. Bya to ta sama komnata, w ktrej mieszkaa Gada. Rozsunite story ujawniay ciemno za oknami. Arevin nie poruszy si od czasu, gdy wrci z punktu obserwacyjnego, skd patrzy na zachodni pustyni i przetaczajce si masy burzowych chmur. Zabjcze wiatry zamieniay ostrokrawdziste ziarnka piasku w mierteln bro. W czasie burzy grube ubranie nie bdzie dostatecznie chronio Arevina; nie ochroni go te najwiksza nawet odwaga i desperacja. Par chwil na pustyni i bdzie martwy, po godzinie wiatr obedrze jego ciao do nagich koci. Wiosna nie bdzie po nim ladu.

Jeeli Gada przebywaa na pustyni, to ju nie ya.

Nie paka. Gdyby wiedzia, e Gada nie yje, pogryby si w aobie, ale nie chcia wierzy w jej mier. Zastanawia si, czy to gupio by przekonanym, e gdyby Gada umara, musiaby o tym wiedzie. Rozmaicie ju sobie myla, ale jeszcze nigdy, e jest gupcem.

Kto" zastuka do drzwi.

- Prosz - powiedzia niechtnie.

Larril, suca, ktra udawaa Gad, wesza do pokoju.

- Dobrze si czujesz?

-Tak.

- Chciaby kolacj?

- Mylaem, e jest bezpieczna - powiedzia. - A ona jest na pustyni, a burze ju si zaczy.

- Miaa czas, aby dosta si do Centrum - pocieszaa go Larril. -Wyruszya, majc jeszcze sporo czasu.

. Duo dowiedziaem si o Miecie - powiedzia Arevin. - Ludzie stamtd potrafi by okrutni. A co by byo, gdyby jej nie wpucili?

- Miaa do czasu, nawet eby wrci.

- Ale: jesacze jej id nie ma. Nik jej nie widzia. Gdyby to wszyscy by wiedzieli.

Wzi milczenie Larril za potwierdzenie i oboje patrzyli pospnie w okno.	t

- Moe... - ucia Larril.

-Co?

- Moe powiniene odpocz i poczeka na ni; szukae jej w tylu miejscach.

- Nie to chciaa powiedzie.

-Nie...

- Prosz ci, powiedz.

- Jest jeszcze jedna przecz, na poudniu. Nikt ju jej teraz nie uywa, ale jest bliej Centrum.

- Masz racj - powiedzia powoli, prbujc odtworzy w pamici map. - Czy moga tamtdy pj?

-Tak.

- Dzikuj ci - powiedzia Arevin. - Mogem to sam wczeniej zauway, patrzc na map. Mogem le straci ju nadziej. Wyrusz tam jutro. - Wzruszy ramionami - Prbowaem ju raz na ni czeka i nie mogem. Jeeli sprbuj jeszcze raz, rzeczywicie oszalej. Jestem twoim dunikiem.

Spojrzaa w bok.

- Kady w tym domu ma wobec ciebie dug, ktrego nigdy nie bdzie w stanie spaci.

- Nie ma o czym mwi - powiedzia. - Ju o tym zapomniaem. Wydawao si, e te sowa przyniosy jej ulg. Arevin zacz znowu patrze w okno.

- Uzdrowicielka bya dla mnie dobra, a ty jeste jej przyjacielem - powiedziaa Larril. - Czy jest co, co mog dla ciebie zrobi?

- Nie - powiedzia Arevin. - Nic. Zawahaa si, odwrcia i odesza.

Szaleniec cigle nie mg, czy te nie chcia sobie przypomnie swojego imienia.

"A moe - mylaa Gada - pochodzi z takiego klanu jak Arevin i nie chce poda swojego imienia obcym?"

Gada nie potrafia wyobrazi sobie szaleca w klanie Arevina. Jego ludzie byli spokojni i opanowani. Szaleniec by uzaleniony i

chwiejny. W jednym momencie dzikowa jej za obiecanego wa snu, a za chwil paka i jcza, e Polarny na pewno go zabije. Nic nie mogo go uspokoi.

Gada cieszya si, e jest znowu w grach, gdzie mona podrowa za dnia. Poranek by zimny i tajemniczy, szlaki wskie i zasnute mga.

Melissa jechaa tu obok niej: rozgldaa si w milczeniu. Nie zbliaa si do szaleca, jeli nie byo to konieczne. Jego stary kori nie mg dotrzyma kroku Byskawicy i Liskowi, ale przynajmniej Gada nie bya zmuszona do jazdy we dwjk na jednym wierzchowcu.

Ko powczy nogami we mgle; powieki mia opadnite, uszy opuszczone. Szaleniec nuci co na faszyw nut.

- Czy trakt nie wydaje ci si ju znajomy? Szaleniec gapi si na ni z umiechem.

- Dla mnie to wszystko jednakowe - powiedzia i rozemia si.

Uderzy! go, zbeszta, pogrozi mu - wszystko to nie przynosio adnego efektu. Wydawao si, e nie czuje blu, nie ma adnych potrzeb. Od czasu, gdy Gada obiecaa mu wa snu - jakby sama nadzieja wystarczaa, aby go utrzyma przy yciu. Podpiewywa i pomrukiwa z zadowoleniem, mwi niezrozumiae dowcipy, a czsem prostowa si, rozglda dookoa i wykrzykiwa: "Zawsze na poudnie", po czym znw oddawa si nuceniu pozbawionych melodii piosenek. Gada westchna i przepucia przodem zmarnowanego konia szaleca.

- Nie wydaje mi si, eby nas w ogle dokd prowadzi - powiedziaa Melissa. - Wydaje mi si, e jedzi z nami w kko, ebymy si nim opiekoway. Powinnimy go (u zostawi i pojecha swoj drog.

Szaleniec zesztywnia. Odwrci si powoli. Stary ko stan. Gada, zaskoczona, spostrzega zy pynce z oczu.

- Nie zostawiajcie mnie - powiedzia. Wyraz jego twarzy i ton gosu wzbudzay lito. Przedtem nie wydawao si, eby cokolwiek go obchodzio. Spojrza na Meliss, mrugajc pozbawionymi rzs powiekami. - Masz racj, e mi nie ufasz, maa - powiedzia. -Ale prosz, nie porzucajcie mnie. - Oczy mu si zamgliy, a sowa pyny jakby z oddali. - Zosta ze mn w pknitej kopule i oboje bdziemy mieli swoje we snu. Na pewno twoja pani da ci jednego. - Pochyli si w jej stron., wycigajc szponiasto rozczapierzone

palce. - Zapomnisz o zych wspomnieniach i kopotach, zapomnisz o swoich bliznach...

Melissa szarpna si w ty, odsuna si od niego z niezrozumiaym przeklestwem, zaskoczona i za. cisna nogami Liska i ruszya galopem, kadc si nisko na karku tygrysiego kucyka. Za chwil drzewa przysoniy wszystko i sycha byo tylko stumiony ttent kopyt.

Gada rzucia na szaleca wcieke spojrzenie.

- Jak moge powiedzie jej co takiego?

- Co zego powiedziaem?

- Jed za nami, rozumiesz? Nie zbaczaj ze szlaku. Odnajd j i poczekamy na ciebie.

Pitami uderzya Byskawic po bokach i pocwaowaa za Melissa. W lad za ni bieg zdziwiony gos szaleca:

- Ale dlaczego ona tak zrobia?

Gada nie martwiJa si o bezpieczestwo Melissy czy Liska. Crka potrafia jedzi na kadym koniu po tych grach, nie naraajc na niebezpieczestwo ani siebie, ani swojego wierzchowca. Na ulegym tygrysim kucyku bya podwjnie bezpieczna. Chodzio o to, e szaleniec urazi dziecko i Gada nie chciaa zostawi crki w samotnoci.

Nie odjechaa daleko. Tam, gdzie szlak znowu pia si w gr po zboczu doliny na kolejn przecz, Melissa staa obok Liska, tulc si do jego szyi, a on trca ja nosem w rami. Usyszawszy zbliajc si Byskawic, Melissa otara twarz rkawem i rozejrzaa si. Gada zsiada i podesza do niej.

- Baam si, e odjedziesz gdzie daleko - powiedziaa. - Ciesz si, e zaczekaa.

- Nie mona wymaga od konia, eby wbiega na gr, skoro tak niedawno przesta kule - wyjania rzeczowo, cho z odcieniem urazy Melissa.

Gada podaa jej lejce Byskawicy.

- Jeli masz ochot pojedzi szybko, we Byskawic.

Melissa wpatrywaa si w jej twarz, jakby chciaa si w niej dopatrzy cienia sarkazmu, ktrego brakowao w gtosie Gady. Nic takiego nie dostrzega.

- Nie - powiedziaa dziewczynka. - Nie trzeba. Moe to by pomogo, ale ju wszystko ze mn w porzdku. Po prostu...ja nie chc zapomnie. Na pewno nie w taki sposb.

Gada pokiwaa gow.

- Wiem.

Melissa objt j tym swoim nagym, sfclopotanym gestem. Gada przytulia dziewczynk i poklepaa po ramieniu.

- On jest szalony.

- Wiem, e on moe ci pomc. Przepraszam, e nie mog pohamowa nienawici do niego. Prbowaam.

- To tak samo, jak ja - powiedziaa Gada. Usiady, eby poczeka, a mczyzna nadjedzie na swoim powolnym koniu.

Zanim jeszcze szaleniec zacz rozpoznawa okolic, czy szlak. Gada zobaczya pknit kopu. Patrzya dugo na cikie ksztaty, zanim zorientowaa si, co to byo. W pierwszym momencie kopua wygldaa jak jeszcze jeden szczyt w acuchu grskim, tyle e bya nie czarna, lecz szara - i to zwrcio uwag Gady. Spodziewaa si zobaczy idealn pkul, a nie ogromn, nieregularn powierzchni, ktra rozpinaa si na stoku niczym znieruchomiaa ameba. Dominujca, pprzeroczysta szaro bya nakrapiana plamami koloni. Czy kopua zostaa skonstruowana jako asymetryczna forma, czy tez bya z pocztku regularn, plastikow bak, ktr nadtopiy i deformoway dziaania poprzedniej czywilizacji - tego Gada nie potrafia powiedzie. Ale istniaa w swoim obecnym ksztacie przez dugi, dugi czas. Py zagniedzi si we wgbieniach i rowkach powierzchni, a drzewa, krzewy i trawa gsto rozrastay si w zagbieniach.

Gada jechaa przez minut czy dwie w milczeniu, nie mogc uwierzy, e wreszcie dojechaa do celu. Dotkna ramienia Melis-sy. Dziecko spojrzao przed siebie, odrywajc wzrok od karku Liska, w ktry usilnie si wpatrywaa. Gada wskazaa palcem. Melissa dojrzaa kopu i cicho zakrzykna, potem umiechna si z ulg i podnieceniem zarazem. Gada odpowiedziaa umiechem.

Szaleniec podpiewywa za ich plecami, niewiadomy, e s niedaleko punktu przeznaczenia. Pknita kopua. Zestawienie stw byo dziwne. Kopuy nie pkay, nie podlegay erozji, nie zmieniay

si. Po prostu trway, tajemnicze i niedostpne. Gada zatrzymaa si, by poczeka na szaleca. Kiedy stary ko dowlk si do niej i ^stan, wskazaa w gr. Mczyzna skierowa wzrok za jej palcem. Mruga, jakby do koca nie mg uwierzy swoim oczom.

- To ju tu? - spytaa Gada.

- leszcze nie - odpowiedzia szaleniec. - Nie, jeszcze nie. Nie jestem gotowy.

- Jak si tam dostaniemy? Mona podjecha?

- Polarny nas zobaczy...

Gada wzruszya ramionami i zsiada z konia. Droga do kopay bya stroma i nie byo wida adnego traktu.

- Podejdziemy zatem - rozlunia poprgi przy siodle klaczy. -Melisso, popilnujesz koni.

- Nie - ostro rzucia Melissa. - Nie zostan na dole, gdy ty bdziesz sza z nim sama. Lisek i Byskawica dadz sobie rad, a nikt nie przyjdzie grzeba w torbie. No, moe z wyjtkiem jakiego szaleca, ale nawet jeli, to dostanie to, na co zasuy.

Gada zaczynaa rozumie, dlaczego jej wasny upr tak czsto irytowa starszych uzdrowicieli, kiedy bya w wieku Melissy. Ale w orodku nigdy nie grozio jej adne powane niebezpieczestwo i mogli jej pofolgowa.

Gada przysiada na zwalonym pniu i kiwna na crk, aby usiada obok. Melissa posuchaa, nie patrzc na Gad. Przybraa wojownicz postaw.

- Potrzebuj twojej pomocy - powiedziaa Gada. - Nie dam sobie rady, nie uda mi si. Gdyby cokolwiek mi si stao...

- To nie bdzie zwycistwo!

- Na swj sposb bdzie, Melisso... I ciebie moe uzdrowi znalezienie wy snu. Tam w kopule maj ich tyle, e uywaj ich dla rozrywki. Musz wiedzie, skd je bior. Gdyby mi si nie udao, gdybym nie wrcia, ty jeste jedyn szans, eby inni uzdrowiciele dowiedzieli si, co si ze mn stao. I dlaczego. Tylko dziki tobie bd mogli usysze o wach snu.

Melissa patrzya w ziemi, pocierajc doni o do.

- To dla ciebie bardzo wane, prawda?

-Tak.

Melissa westchna. Donie zacisna w pici.

- Dobrze - powiedziaa. - Co chcesz, ebym zrobia?

Gada przytulia j.

- Jeeli nie wrc za dzie lub dwa, we Byskawice i Liska, i jedz" na pnoc. Trzymaj si cay czas niedaleko Podgrza i rddroa. To duga droga, ale w torbie jest dosy pienidzy. Wiesz, jak je bezpiecznie wyjmowa.

- Mam jeszcze swoja zapat - powiedziaa Melissa.

- Oczywicie, ale pozostae s tak samo twoje. Nie potrzeba otwiera przegrdek Mgy i Fiaska. Wytrzymaj do czasu, a wrcisz do domu. - Po raz pierwszy rozwaaa moliwo, e Melissa mogaby uda si w podr sama. - Piasek i tak jest za gruby. -Umiechna si z przymusem.

- Ale...

-Co?

- Jeli co ci si stanie, nie bd moga przyby na czas, eby ci pomc. Nie, jeeli pojad tak daleko, a do orodka uzdrowicieli.

- Jeeli nie powrc sama, to nie bdzie w ogle sposobu, eby ci pomc. Tylko nie id za mn. Prosz. Musz wiedzie, e tego nie zrobisz.

- Jeeli nie wrcisz za trzy dni, pojad powiedzie twoim ludziom o wach snu.

Gada pozwolia Melissie na ten jeden dodatkowy dzieli. I te bya jej wdziczna.

- Dzikuj ci, Melisso.

Wypucia tygrysiego kucyka i szara, klacz, aby pobiegay na polance obok drogi. Zamiast pogalopowa w kierunku ki i wytarza si w trawie, konie staway obok siebie, czujne i zdenerwowane, z szeroko rozwartymi chrapami. Kort szaleca samotnie skuba traw w cieniu. Melissa obserwowaa wierzchowce z zacinitymi ustami.

Szaleniec wpatrywa si w Gad oczyma penymi le,

- Melisso - powiedziaa Gada - jeeli wrcisz do domu sama, powiedz im, e ci zaadoptowaam. Wtedy... wtedy bd wiedzieli, e jeste take ich crka.

- Nie chc by ich crk. Chc by twoj.

- Jeste. Bez wzgldu na wszystko. - Wzia gboki oddech i wypucia powoli powietrze. - Jest tu jaka cieka? - spytaa szaleca. - Jaka jest najszybsza droga pod gr?

- Nie ma cieki..ona otwiera si przede mn i zamyka za moimi plecami. 

- No to idziemy - powiedziaa - i sprawdzimy, czy te twoje czary podziaaj take na innych.

Po raz ostatni przytulia Meliss. Dziewczynka ciskaa j mocno, nie chcc puci.

- Wszystko bdzie dobrze - powiedziaa Gada. - Nie martw si.

Szaleniec wspina si zaskakujco szybko, jakby rzeczywicie cieka otworzya si przed nim. Ale tylko przed nim. Gada musiaa si zdrowo namczy, eby dotrzyma mu kroku. Wdrapaa si par metrw po chropowatym, czarnym kamieniu i chwycia mczyzn za ubranie.

- Nie tak szybko.

Oddycha szybko, nie tyle z wysiku, co z podniecienia.

- We snu s blisko - powiedzia.

Wyszarpn ubranie z jej rki i pomkn po nagiej skale. Gada otara czoo ramieniem i wspinaa si dalej.

Nastpnym razem, gdy dopada szaleca, schwycia go mocno za rami i nie pucia, dopki nie upad na skaln pk.

- Tu odpoczniemy - powiedziaa. - Potem pjdziemy ju wolniej i spokojniej. Inaczej twoi przyjaciele za wczenie dowiedz si, e nadchodzimy.

- We snu...

- Midzy wami snu a nami jest Polarny. Gdy zobaczy ci pierwszy, pozwoli ci i dalej?

- Dasz mi mojego wa snu? Na wasno? Nie lak, jak Polarny?

- Nie tak, jak Polarny - powiedziaa Gada.

Usiada w wskim pasie cienia, opierajc gow o wulkaniczna ska. Poprzez ciemne gazie widziaa k w dolinie poniej, ale ani Liska, ani Byskawicy nie byo w tej czci polany. Nagle 6ad opado uczucie osamotnienia.

Skaa nie bya naga, jak wygldaa z daleka. Mech rs to tu, to tam szarozielonymi plamami, a mae, tusto-liciaste sukulenty gniedziy si w cienistych niszach. Gada nachylia si, eby lepiej im si przyjrze. Na tle czerwonej skay, w cieniu, kolor roliny trudno byo odrni.

Usiada gwatownie.

Podniosa odamek skay i - wci na kolanach - pochylia si znowu nad pkat, zielono-niebiesk rolin. Podrania jej licie. Zwiny si ciasno.

"Ucieko - pomylaa. - To z pknitej kopuy".

Moga si czego takiego spodziewa". Powinna wiedzie, e znajdzie tu rzeczy, ktre nie naleay do Ziemi. Popchna rolin znowu. Tak, poruszya si. Spezaby z gry zupenie, gdyby jej pozwoli. Kobieta wsuna czubek kamienia pod rolin i wyja j ze szczeliny, odwracajc do gry nogami. Z wyjtkiem szczecinias-tych wypustek korzennych, wygldaa tak samo. Lnice, turkusowe licie kryy w poszukiwaniu podparcia. Gada nigdy nie widziaa przedtem tego gatunku .ale znaa ju podobne stworzenia; "roliny" nie mieciy si w normalnej klasyfikacji - jeli zaatakoway przez noc pole, zatruwajc grunt, to ju nic nie zdoao tam wyrosn. Jednego razu, par lat temu, ona i inni uzdrowiciele pomagali wypala ca ich koloni na pobliskich fermach. Ju nigdy si tak nie wyroiy, ale mae ich skupiska pokazyway si od czasu do czasu, a pole pozostao nagie.

Miaa ochot spali i t rolin, ale nie moga ryzykowa rozniecania ognia. Wypchna j z cienia na soce i licie skuliy si ciasno. Teraz Gada spostrzega w niektrych miejscach pomarszczone kpki innych pezaczy, martwych i wysuszonych przez soce, pokonanych przez nagie zbocze.

- Chodmy - powiedziaa bardziej do siebie ni do szaleca.

Wychylia si nad krawdzi urwiska i zerkna we wgbienie w pknitej kopule.

Obco tego miejsca uderzya j mocno, nieomal fizycznie.

Nieziemskie roliny rosy u podstawy ogromnej, w poowie niedostpnej struktury - tak blisko uriwska, e nie mona byo przej. To, co pokrywao grunt, w niczym nie przypominao znanych Gadzie rolin; ani trawy, ani zielska, ani krzeww. Bya to rwna, pozbawiona krawdzi paszczyzna ogromnego, jasnoczerwonego licia. Przyjrzawszy si jemu bliej. Gada moga stwierdzi, e nie by to tylko jeden li, lecz cay ich system. Kady by mniej wicej dwa razy wikszy od Gady i poczony z ssiadujcymi za pomoc popltanych woskw. Tam, gdzie stykay si wicej ni dwa licie, z poczenia wyrastaa jakby delikatna papro.

W miejscu, gdzie szczelina rozcinaa ska, turkusowy strumie" pezaczy dzieli czerwon pokryw, szukajc cienia z takim uporem, z jakim czerwone licie poloway na wiato. Pewnego dnia kilka pezaczy zdobdzie rozleg pochyo urwiska i wtedy bd mogy zapanowa nad dolin poniej - pewnego dnia, gdy tylko upa i zimno wyobi wicej szczelin, dajcych schronienie wrd ska.

Gbiej pooone paszczyzny kopuy wci byty pokryte normaln flor, gdy rozrodcze wyrostki pezaczy nie sigay tak daleko. Jeeli ten gatunek by podobny do tych, ktre Gada widziaa wczeniej, to nie produkowa on nasion.

Jednake inne pozaziemskie roliny zdoay osign szczyt kopuy i jamy w stopionym materiale wypenione byy rozrzucon bezwadnie mozaik kolorw: tu troch naturalnej zieleni, w innym miejscu miae, nieziemskie barwy. W kilku osmalonych, zalanych socem wgbieniach, wysoko nad ziemi, kolory zleway si: aden jeszcze nie zdominowa innych.

Wewntrz pprzeroczystej kopuy wysokie ksztaty jawiy si niczym nie dajce si rozrni, obce cienie. Midzy krawdzi urwiska a kopu nie byo adnego schronienia, nie byo te innej drogi, by wej. Gada uwiadomia sobie, e wida j jak na doni; jej sylwetka wyranie rysowaa si na tle nieba,.

Szaleniec wdrapa si za ni.

- Pjdziemy ciek - powiedziaa, wskazujc na paskie licie, ktre nigdzie si nie rozdzielay.

W kilku miejscach ciemne yki pezaczy wycinay lini, ktr wskaza mczyzna. Gada zrobia krok i ostronie postawia but na krawdzi paskiego licia. Nic si nie stao. Nie rnio si to w niczym od chodzenia po zwykych liciach. Pod spodem grunt by twardy. Skala jak kada inna.

Szaleniec przeszed obok, kroczc w kierunku kopuy. Gada szarpna go za rami.

- We snu! - krzykn. - Obiecaa!

- Zapomniae, e Polarny ci wygna! Gdyby mg sobie po prostu wrci, to po co ci byam potrzebna? Szaleniec popatrzy w ziemi.

- Nie bdzie chcia mnie widzie - wyszepta.

- Id za mn - powiedziaa Gada. - Wszystko bdzie dobrze.

Gada ruszya przez lekko uchylajce si licie. Stopy stawiaa ostronie - na wypadek, gdyby czerwone pachty pokryway jaka szczelin, ktrej pecacze jeszcze nie zdyy zaj. Szaleniec poda w lad za ni.

- Polarny lubi nowych ludzi - powiedzia. - Lubi, kiedy przychodz prosi go o sny. Moe mnie znw polubi?

Buty Gady zostawiay lad na czerwonych, paskich liciach, znaczc jej drog wrd rolinnoci, ktra wizia pknit kopu. Uzdrowicielka obejrzaa si tylko raz: lady jej stp tworzyy fioletowe sice na czerwieni, a po samkrawd urwiska. lady szaleca byy o wiele sabsze. Skrada si tu za ni, cigle lekko zwrcony w stron kopuy, przeraony perspektyw spotkania z Polarnym, lecz przycigany przez we snu.

Podugowaty balon okaza si wikszy, ni wyglda z urwiska. Jego pprzeroczysta ciana pia si w gr potn, agodn krzywizn. ciana, do ktrej podesza Gada, poprzecinana bya wielokolorowymi ykami. Nie znikay w szaroci, dopki nie osigny odlegego krafica kopuy, daleko na prawo. Na lewo yki robiy si janiejsze w miar, jak zbliay si do wszego kraca konstrukcji.

Gada dosza do kopuy. Paskie licie wspinay si po cianach na wysoko kolan, powyej jednak plastik by nagi. Gada przyoya twarz do ciany, zagldajc midzy pasmami pomaracza i fioletu. Osaniaa z boku twarz domi, by odci wiato z zewntrz, ale ksztaty w rodku pozostay nieodgadnione i nieziemskie. Nic si nie poruszyo.

Sza za coraz bardziej intensywnymi paskami koloni.

Kiedy dotara do wszej czci, zobaczya, dlaczego nazywao si to "pknita kopua". Cokolwiek stopio powierzchni, miao si, jakiej Gada nie bya w stanie sobie wyobrazi, bo na dodatek zrobio wyrw w materiale, o ktrym uzdrowicielka sdzia, e jest niezniszczalny.

Tczowe yki rozchodziy si promienicie z otworu w pogitym plastiku. Ciepo musiao skrystalizowa powierzchni, bo brzegi otworu wykruszyy si. zostawiajc wielkie, poszarpane wejcie.

Gada ostronie podesza do wyrwy. Szaleniec znw rozpocz swoje zawodzenie.

- C - uciszya go Gada.

Zafascynowana, przesza przez otwr. Czul ostr krawd pod domi. Poniej, tam gdzie skona ciana wyginaa si niegdy, by uformowa dach, teraz dua poa plastikowego uku tworzya zapadlisko rwne gbokoci wzrostowi Gdy. Miejscami plastik stopi si i ciekajc uformowa sople sigajce od sufitu do podogi. Gada wycigna rk i delikatnie dotkna jednego z nich. Zadwicza jak struna ogromnej harfy. Gada szybko chwycia go, eby uciszy diwik.

Wntrze owietlone byo zowrbnym, czerwonym wiatem. Gada mrugaa, starajc si uzyska ostro widzenia. Ale z oczami byo wszystko w porzdku, tyle tylko, e nie mogy si przyzwyczai do nieziemskiego widoku. Kopua otaczaa kosmiczn dungl, teraz zdzicza, o wiele bogatsz w gatunki ni kolonie pelzaczy i paskolicieni toczcych si na zewntrz. Monstrualna winorol, o pniu grubszym ni jakiekolwiek znane Gadzie drzewo, pia si po cianie ku niepewnym wspornikom kopuy; ogromne ssawki uczepione byy do kruszejcego plastiku. Winorol rozpinaa baldachim pod sufitem. Jej niebieskawe licie byy drobne i delikatne, kwiaty - ogromne, ale zoone z tysicy biaych patkw, jeszcze mniejszych ni licie.

Gada weszfa gbiej, tam gdzie mniej intensywny ar nie stopi sufitu na tyle, eby ten si zawali. Miejscami winorol podpelzaa ku krawdzi, a tam, gdzie plastik by zbyt mocny, aby go przebi i zbyt liski, aby si w niego wczepi - opadaa z powrotem na ziemi. Na pnczach rosy drzewa, czy te co, co mona byo uzna za drzewa. Jedno stao na wzniesieniu opodal: spltana masa powyginanych, zdrewniaych ni to odyg, ni to kczy, skupionych w stoek wysoko nad gow Gdy.

Przypominajc sobie niejasne opisy szaleca. Gada wskazaa na wzniesienie porodku, ktre byo tak wysokie, e prawie dotykao plastikowego nieba.

- Tdy? - zorientowaa si, e mwi szeptem.

Przykucnity obok niej szaleniec wymamrota co, co mona byo wzi za przytaknicie. Gada ruszya, przechodzc pod koronkowym cieniem spltanych gazi i przez kolorowo owietlone poacie w miejscach, gdzie tczowe rany kopuy filtroway promienie soca. Gada sza, nasuchujc uwanie jakiego ludzkiego go-

sil, sabego syku wy, czegokolwiek. Ate w powietrzu unosia si tylko Cisza,

Podoe zaczo si podnosi; doszli do podnka pagrka. Gdzieniegdzie czarna, wulkaniczna skaa przezieraa przez grunt, ktry by rodzajem gleby, jakiej Gada dotd nie widziaa. Wygldaa dosy zwyczajnie, ale roliny z niej wychodzce byy niezwyke. Gleba miaa jakby delikatne, brzowe woski i poyskiwaa jedwabicie.

Szaleniec prowadzi Gad, podajc niewidoczn ciek. Stok pagrka sta si bardziej stromy i kropelki potu osiaday jej na czole. Kolano znw zaczo bole". Przeklinaa cicho wrd urywanych oddechw. Nagle stana na jakim kamyku i polizna SI. Chwycia si irawy, aby nie upa. Przytrzymaa j dosy dugo, aby odzyska rwnowag, a kiedy si wyprostowaa, miaa gar pen cieniutkich odyek, jak gdyby to naprawd byy wosy.

Wspinali si wyej i cigle nikt ich nie powstrzymywa. Pot na czole Gdy obsech - powietrze stawao si chodniejsze. Szaleniec, szczerzc zby w umiechu i mamroczc do siebie, wspina si jeszcze wawiej. Powietrze splywajijce w d wzgrza szemrao jak woda. Gada spodziewaa si, e szczyt wzgrza tu pod sklepieniem kopuy bdzie nagrzany od ciepego powietrza, ale im wyej si wspinaa, tym chodniejszy stawa si powiew.

Minli poa "wosw" na wzgrzu i doszli do kolejnego skupi* ska drzew, Byy podobne do tych poniej: tak samo popltane gazie i zwarte, poskrcane korzenie. Te tutaj miay jednak tylko kilka metrw wysokoci i gromadziy si w mae zagajniczki po trzy lub wicej sztuk.Las gstnia. Nareszcie ukazaa sie ciezka, wijaca si, pomidzy poskrcanymi pniami. Gada dogonia szaleca i zatrzymaa go.

- Teraz ty bdziesz szed za mn, zgoda? '

Pokiwa gow, nie patrzc na ni.

Kopua rozpraszaa wiato soneczne tak, e nie przebijao si ono poprzez powyginane, popltane gazie w grze. Gada ruszya naprzd. Skay pod jej butami ustpoway miejsca mikkiej warstwie humusu i opadych lici.

Na prawo ogromny, skalisty siup wystawa ze stoku wzgrza; lekko pochylony tworzy pk, ktra wychodzia na szersz cz kopuy. Gada zastanawiaa si, czy si na ni wspi, ale uznaa, e

to uczynioby Ja doskonale widoczn. Nie chciaa, aby Polarny i jego ludzie mieli pretekst do oskarenia j o szpiegowanie ani te, aby dowiedzieli si o jej obecnoci, zanim dotrze do ich obozu1.

Posuwajc si wci do przodu, zaczynaa si trz, bo chodna bryza przemienia si w lodowaty wiatr.

Rozejrzaa si, aby si upewni, czy szaleniec idzie za ni. W tym momencie jej towarzysz pomkn w kierunku skalnej pki, machajc ramionami. Zaskoczona Gada zawahaa si. Pierwsz myl, ktra przysza jej do gowy byo to, e ponownie postanowi umrze. W tym momencie pomkna za nim Melissa.

- Polarny! - krzykn, a Melissa rzucia si mu do kolan, uderzajc go ramieniem i przewracajc.

Gada podbiega do nich w momencie, gdy Melissa mocowaa si z szalecem, nie pozwalajc mu si podnie, a on szarpa si i prbowa wsta. Jego pojedynczy krzyk rozleg si echem, ktre zostao zwielokrotnione przez ciany i stopione pofadowania kopuy. Melissa walczya z szalecem zapltana w jego wychudzone koczyny i obfity strj pustynny, gwatownie szukajc noa i jakim cudem trzymajc go cigle za nogi.

Gada odcigna Meliss najagodniej, jak umiaa. Szaleniec zatoczy si, gotw znowu krzycze, ale Gada wycigna swj n i przyoya mu go do garda. Drug rk zacisna w pi. Powoli j rozkurczya, przymuszajc si, by opanowa zo.

- Dlaczego to zrobie? Dlaczego? Przecie si umwilimy.

- Polarny... - wyszepta. - Polarny bdzie si na mnie gniewa, ale jak mu przyprowadz nowych ludzi...

Gada popatrzya na Melisse ,a Melissa utkwia wzrok w ziemi.

- Nie obiecywaam, e za tob me pjd - powiedziaa. - Dokadnie pamitam. Wiem, e to oszukastwo, ale... - Podniosa oczy i napotkaa wzrok Gady. - Nie wszystko wiesz o ludziach. Za bardzo im ufasz. Ja te wiem nie wszystko, to prawda, ale troch na ludziach si znam.

- W porzdku - powiedziaa Gada. - Masz racj, za bardzo mu zaufaam. Dzikuj, e go powstrzymaa. Melissa wzruszya ramionami.

- Ale duo dobrego zrobiam - rzeka z sarkazmem. - Oni ju wiedz, e tu jestemy, obojtnie, gdzie s.

Szaleniec zaczai chichota, koyszc si. w ty i w przd, z rkoma oplecionymi wok barkw.

- Och, zamknij si! - powiedziaa Gada. Wsuna n do pochwy.

- Melisso, musisz si std wydosta, zanim ktokolwiek tu si zjawi.

- Prosz ci, we mnie ze sob - bagaa Melissa. - To wszystko nie ma sensu.

- Kto musi powiedzie moim ludziom o tym miejscu.

- Nie obchodz mnie twoi ludzie! Ty mnie obchodzisz! Mam do nich pojecha i co? Powiedzie im, e pozwoliam, aby ci zabi jaki szaleniec?

- Melisso, prosz, to nie pora na dyskusje.

Melissa szarpna rbek chusty palcami, tak eby materia zasoni poblinion poow twarzy. Chocia, gdy opucili pustyni, Gada przebraa si w zwykle ubranie, Melissa cige nosia pustynny strj.

- Powinna mi pozwoli, ebym zostaa z tob - powiedziaa. Odwrcia si, zwiesia bezradnie ramiona i zacza schodzi ciek.

- Twoje yczenie si speni, malutka. - Gos by gboki i uprzejmy.

Przez moment Gada mylaa, e to szaleniec odezwa si normalnym gosem, ale on czoga si po nagiej skale obok niej, a na ciece sta kto inny. Melissa zatrzymaa si gwatownie, popatrzya w gr i cofna si.

- Polarny! - krzykn szaleniec. - Polarny, przyprowadziem nowych ludzi. I ostrzegem ci. Nie pozwoliem, aby si do ciebie zakradli. Czy syszae mnie?

- Syszaem - powiedzia Polarny. -1 zastanawiaem si. dlaczego zamae mj rozkaz, wracjc tu. . - Mylaem, e spodobaj ci si nowi ludzie.

-1 to wszystko?

-Tak!

- Jeste pewien?

Ton pozosta uprzejmy, ale kryo si pod nim okruciestwo, ktrego nie mg zamaskowa nawet pozornie uprzejmy umiech. Jego sylwetka wygldaa zowrogo w przymionym wietle. By bardzo wysoki, tak wysoki, e musia si garbi w liciastym tunelu. "Gigantyzm przysadkowy" - pomylaa Gada.

Cay by ubrany na biao, a na dodatek by albinosem o kredowo-biaych w;losach, brwiach i rzsach. Mia bardzo blade, niebieskie oczy.

- Tak, Polarny - powiedzia szaleniec. - To wszystko.

Gadzie wydawao si, e miedzy pniami widzi jaki ruch, ale gszcz wydawa si by zbyt wielki, aby mogli si tam skry inni ludzie. Moe w tym ciemnym, nieziemskim lesie drzewa zwijay i rozwijay gazie z tak swobod, z jak kochankowie zaciskaj rce? Gada wstrzsn dreszcz.

- Prosz, Polarny, pozwl mi powrci. Przyprowadziem ci dwie wyznawczynie. Gada dotkna ramienia szaleca. Zamilk.

- Dlaczego tu jestecie?

Przez ostatnie tygodnie Gada wyrobia w sobie tyle przezornoci, eby nie mwi Polarnemu, i jest uzdrowicielka.

- Z tego samego powodu, co wszyscy inni - powiedziaa. - Przyszam do wy snu.

- Nie wygldacie jak ci, ktrzy tu zwykle do nich przychodz. Podszed, pochylajc si nad ni. Spojrza kolejno na Gade, szaleca, wreszcie na Meliss.

- Aha, rozumiem. Jestecie tu z jej powodu. Gada poczua, jak wzbiera w niej zo. Zmusia si, by zachowa spokj.

- Wszyscy troje przyszlimy razem - powiedziaa Gada. -1 wszyscy z tego samego powodu.

Poczua, e szaleniec poruszy si, jakby chcia pobiec i rzuci si Polarnemu do ng. Mocniej zacisna palce na kocistym barku i szaleniec znw pogry si w letargu.

- A co mi przynielicie, ebym was zainicjowa?

- Nie rozumiem? - odpara zdziwiona Gada. Krtki grymas niezadowolenia na twarzy Polarnego rozpyn si w umiechu.

- Tego wanie si spodziewaem po tym biednym durniu. Przyprowadzi was tutaj, ale nie objani naszych obyczajw,

- Ale je przyprowadziem, Polarny. Przyprowadziem je dla ciebie.

- A one przyprowadziy ciebie dla mnie? To doprawdy mieszna zapata.

- Zapat mona omwi - powiedziaa Gada - kiedy dojdziemy do porozumienia.

Ten Polarny, krlujcy tutaj niczym boek, uywajcy wy snu, by narzuci swj autorytet, rozzoci Gad tak. jak jeszcze nic na wiecie. A waciwie to j obrazi. Gad nauczono - i bya o tym wicie przekonana - e uywanie wey-uzdrowicieli w celu podniesienia wasnego prestiu czy zdobycia wadzy jest niemoralne i niewybaczalne. Odwiedzajc rozmaitych ludzi, syszaa dziecice bajki, w ktrych otry lub tragiczni bohaterowie uywali zdolnoci magicznych, eby zrobi z siebie tyranw; zawsze le koczyli.

Uzdrowiciele jednak nie mieli takich przygd. To nie strach powstrzymywa ich przed naduyciem rodkw, ktrymi dysponowali; to szacunek dla samych siebie.

Polarny przydrepta par krokw bliej.

- Moje drogie dziecko, nie zrozumiaa. Jak ju si raz znajdziesz w moim obozie, to z niego nie wyjdziesz, dopki nie bd pewien twojej lojalnoci. Przede wszystkim - nie bdziesz chciaa std odej. A ponadto, kiedy wysyam kogo na zewntrz, to jest to dowd, e mu ufam. To zaszczyt.

Gada ruchem gowy wskazaa szaleca.

-Aon?

Polarny zamia si bez ladu wesooci.

- Ja go nie wysyaem. Ja go wygnaem.

- Ale ja wiem, gdzie s ich rzeczy. Polarny! - Szaleniec znw zacz wyrywa si Gadzie. Tym razem pucia go z odraza. - Nie potrzebujesz ich, tylko mnie. - Klkn i obj rkami nogi biaego olbrzyma. - Wszystko jest w dolinie. Wystarczy tylko wzi.

Gada wzdrygna si, kiedy Polarny przenis wzrok z szaleca na ni.

- Wszystko jest dobrze strzeone. On moe ci poprowadzi do mojego dobytku, ale nie bdziecie mogli go wzi. Polarny uwolni si z ucisku szaleca.

- Nie jestem silny - powiedzia. - Nie zapuszczam si w dolin. Maa, cika sakiewka wyldowaa u stp Polarnego. On i Gada spojrzeli na Meliss.

- Jeeli trzeba ci paci za to, eby z kim rozmawia - powiedziaa dziewczynka zaczepnie - to masz.

Polarny pochyli si ruchem obolaego czowieka i podnis zapat Melissy. Otworzy sakiewk i wysypa monety na rk. Nawet w pmroku lasu zoto poyskiwao jasno. Podrzuca w zamyleniu zote blaszki.

- Dobrze, na pocztek wystarczy. Musicie oczywicie odda mi waszg bro, a potem pjdziecie do mego domu. Gada wyja n zza pasa i cisna go na ziemi.

- Gado! - szepna Melissa. Patrzya na uzdrowicielk zdumiona; wyranie nie rozumiaa, dlaczego Gada to zrobia. Zacisna palce na rkojeci swojego noa.

- Jeeli chcemy, aby on nam ufa, musimy ufa jemu - powiedziaa Gada.

Oczywicie nie wierzya mu za grosz, lecz moe byyby mao uyteczne wobec grupy ludzi, a nie przypuszczaa, aby Polarny przyszed sam.

"Moja droga creczko - mylaa Gada - nigdy nie mwiam, ze to bdzie atwe".

Melissa skulia si, gdy Polarny zrobi krok w jej stron. Knykcie miaa a biae.

- Nie bj si mnie, malutka. I nie prbuj by za sprytna. Znam wicej sposobw, ni ci si wydaje.

Melissa wbia wzrok w ziemi, powoli wycigna n i upucia go u swych stp.

Polarny nerwowym ruchem gtowy skin na szaleca.

- Przeszukaj j.

Gada pooya rk na ramieniu crki. Dziecko byo spite t drce.

- Nie trzeba jej przeszukiwa. Daj ci moje sowo, e ona nie ma przy sobie adnej innej broni.

Gada wyczua, e Melissa opanowuje si resztkami sil. Jej obrzydzenie i niech do szaleca mogy sprawi, e posunaby si za daleko.

- Jeszcze jeden powd, aby j przeszuka - powiedzia Polarny. - Jestemy fanatykami drobiazgowoci. Chcesz by pierwsza?

- To byoby lepsze - odpara Gada.

Podniosa rce, ale Polarny popchn j palcem i odwrci. Kaza pochyli si i oprze o poskrcane gazie drzewa. Gdyby nie troska o Meliss, Gada byaby rozbawiona teatralnoci jego zachowania.

Przez duszy czas nic si nie dziao. Gada zacza si odwraca, ale Polarny koniuszkiem bladego palca dotkn wieych blizn po nakuciach na jej rce.

- Ach! - wykrzykn. By tak blisko, e czua jego ciepy, nieprzyjemny oddech. - Jeste uzdrowicielka!

Gada posyszaa wist beltu wystrzelonego z kuszy dokadnie w momencie, gdy grot wbi si jej w rami i gdy przesza j fala blu. Kolana ugiy si pod ni, ale nie upada. Melissa piszczaa histerycznie. Gada usyszaa za sob innych ludzi. Gorca krew spywaa jej po opatce, po piersi. Lew rk prbowaa namaca grot cienkiego beltu tam, gdzie wyrwa jej ciao i przygwodzi do drzewa, ale palce si zelizgiway, a ywe drewno mocno trzymao grot, Melissa stana u jej boku, podtrzymujc j najmocniej, jak tylko moga.

Kto chwyci beli i szarpn, wyrywajc go z minia. Gada niemal zemdlaa z blu, gdy drewno zahaczyo o jej ko". Chodny, metalowy grot wysun si z rany.

- Zabij j teraz! - wrzasn szaleniec. Sowa byy urywane z podniecienia. - Zabij i zostaw j tutaj jako ostrzeenie.

Gada zachwiaa si i opada na kolana. Silne uderzenie spado na jej krzye, rozchodzc si wibrujc fata blu.

Melissa staa przed ni z odsonita twarz i nieporadnie, olepiona przez zy, szepczc sowa pocieszenia, prbowaa owin chustk zranione rami.

'Tyle krwi od takiej maej strzay" - pomylaa Gada.

Zemdlaa.

Gad obudzi chd. Nawet kiedy odzyskaa wiadomo", zdziwia si, e w ogle co czuje. Nienawi" w glosie Polarnego, kiedy rozpozna jej zawd, nie zostawiaa ani cienia nadziei. Rami bolao mocno, ale bl nie by tak przenikliwy, eby przeszkadza w myleniu. Podniosa lekko praw rk, Bya saba, ale mona ni byo rusza.

Gada sprbowaa usi.

-Melissa... - wyszeptaa.

Gdzie blisko rozleg si miech Polarnego.

- Poniewa nie jest jeszcze uzdrowicielka, nie doznaa adnej krzywdy.

Owiono j chodne powietrze. Gada potrzsna gow i otara oczy rkawem. Wysiek przy siadaniu spowodowa, e si spocia -std wraenie lodowaloct powietrza. Krew na koszuli, z wyjtkiem najbliszej okolicy rany, zbrzowiaa. Widocznie po zranieniu bya nieprzytomna przez duszy czas.

-Gdzie ona jest?

- Jest bezpieczna - powiedzia Polarny. - Moe z nami zosta. Nie musisz si o ni martwi. Tutaj bdzie szczliwa.

- Zacznijmy od tego, e ona nie chciaa tutaj przyj. To nie ten rodzaj szczcia, jakiego szuka. Pu j do domu.

- Tak jak powiedziaem, nie mam nic przeciwko niej.

- A co przeciwko uzdrowicielom? Polarny wpatrywa si w ni dug chwil.

- Sdziem, e to jest dla ciebie oczywiste.

- Przykro mi - powiedziaa Gada. - Prawdopodobnie moglibymy poda ci substancj pobudzajc wytwarzanie melaniny, ale nie jestemy cudotwrcami.

Lodowate powietrze pynce z jamy poza plecami Gady spowodowao, e dostaa gsiej skrki. Jej wysokie buty znikny. Zimny kamie wysysa ciepo przez podeszwy nagich stp. Jednak rwnoczenie zagusza bl w barku. Wtem Gada zadraa gwatownie, a bl uderzy z jeszcze wiksz wciekoci ni przedtem. Gbokim haustem chwycia powietrze i na moment zamkna oczy. Znieruchomiaa, oddychajc gboko i blokujc dopyw bodcw z rany. Znowu krwawia z rany na plecach, dokd trudno byo sign. Miaa nadziej, e Meliss trzymano w cieplejszym miejscu. Zastanawiaa si te, gdzie s we snu, bo przecie potrzeboway ciepa, eby przetrwa. Gada otworzya oczy.

-1 twj wzrost... - powiedziaa. Polarny gorzko si zamia.

- Wiele mgbym powiedzie o uzdrowicielach, ale nigdy, e brakuje im tupetu!

- Co? - spytaa Gada, nic nie rozumiejc. - Moglibymy ci pomc, gdybymy ci widzieli odpowiednio wczenie. Musiae urosn, zanim zabrano ci do uzdrowiciela...

Twarz Polarnego poczerwieniaa z wciekoci.

- Zamknij si!

Poderwa si na nogi i szarpn Gad do gry.

- Czy wydaje ci si, e chc to wyleczy? Czy wydaje ci si, e chce sucha o tym, i mgbym by przecitny? - Popchn ja w stron jamy, ale po chwili znowu poderwa j do gry. - Uzdrowiciele! Gdzie bylicie, kiedy was potrzebowaem? Pozwol ci zobaczy, jak si czuje...

- Polarny, prosz, Polarny! - Z tumu wycieczonych fanatykw Polarnego wysun si znajomy szaleniec. - Ona mi pomoga. Polarny. Ja zajm jej miejsce.

Uczepi si rkawa olbrzyma, zawodzc i bagajc. Polarny odepchn go.

- Umys ci si przytpi - odpowiedzia biay gigant - albo mylisz, e mj jest zmcony.

Wntrze lochu poyskiwao w przymionym wietle kopccych pochodni. Jego ciany pokryte byy lodem. Kamie nad pochodniami poczernia od sadzy. Woda z topniejcego lodu kapaa, tworzc kaue.

Kady krok podrania obolae rami na nowo i Gada nie miaa ju siy, aby znosi duej bl. Powietrze byo cikie od zapachu poncej smoy. Stopniowo dociera! do niej niski pomruk maszynerii, bardziej dajcy si wyczu ni usysze. Przenika przez jej ciao a do koci.

Tunel przed ni rozjani si. Koczy si nagle uskokiem. W szczycie wzgrza bya gboka jama, jakby krater wulkanu, tyle e wyranie uczyniony rk czowieka. Gada siaa u wylotu lodowego tunelu i mrugaa oczami, rozgldajc si bezmylnie dookoa. Wszdzie byy wyloty innych lochw. Kopua nad gow tworzya szare niebo, na ktrym nie mona byo wyznaczy kierunkw. Gad owiewa zimny prd powietrza, wypywajcy z duego tunelu i nikn, wsysany przez mniejsze korytarze. Polarny znowu pchn Gad do przodu.

- Na d. Schod!

Kopn zwj drabinki linowej, a ta postukujc stoczya si w gb rozpadliny porodku krateru. Gada widziaa pocztek drabinki, ale jej drugi koniec nikn w ciemnoci.

- Schod! - powtrzy Polarny. - Albo ci wrzucimy.

- Polarny, prosz! - baga szaleniec.

Gada nagle zrozumiaa, dokd j wysyaj. Polarny gapi si zaskoczony, kiedy zacza si mia. Poczua, e siy jej wracaj.

- To tak torturujesz uzdrowicielk? - spytaa.

Zsuna si w rozpadlin niezdarnie, ale z ochot. Trzymajc si jedn rk, schodzia po szczebelkach w lodowate ciemnoci. Chwytaa kady okrgy szczebelek palcami nagiej stopy i odsuwaa go od ciany, aby mc postawi nog. Na grze syszaa bezradne kanie szaleca.

- Zobaczymy, jak bdziesz si czul rano - powiedzia Polarny, Szaleniec wci jcza przeraony:

- Ona zabije wszystkie we snu. Polarny! Polarny! Ona po to tuaj przysza!

- Chciabym to zobaczy - powiedzia Polarny. - Uzdrowicielka zabijajca we snu...

Dziki echu odbijajcemu odgos stukajcych o cian szczebel-kw. Gada poznaa, e zblia si do dna. Nie byo tu zupenie ciemno, ale oczy przyzwyczajay si powoli. Mokra od potu, znw wstrzsana dreszczami, musiaa si zatrzyma. Opara czoo o chodny kamie. Palce u ng i lew rk miaa otarte do krwi.

I wtedy usyszaa cichy szmer suncych maych wy. ciskajc liny. Gada wisiaa przy kamiennej cianie i zerkaa w pmrok poniej. wiato przenikao dug, wsk strug ze rodka lochu.

W snu przelizn si pynnym ruchem z jednego kraca ciemnoci w drugi.

Gada po omacku wyszukiwaa drog przez ostatnie metry, stawiajc nogi najostroniej, jak tylko umiaa. Macaa bos stop dugo, dopki nie bya pewna, e nic si pod spodem nie rusza. Uklka. Zimne, ostre krawdzie skay wrzynay si w jej kolana, a jedyne ciepe miejsce stanowia plama wieej krwi na ramieniu. Wycigna rce i ostronie dotkna kamiennej skorupy. Opuszkami palcw wyczua gadkie uski wa, ktry bezszelestnie si spod nich wylizn.

Signa ponownie, tym razem przygotowana, i zapaa nastpnego, ktrego dotkna. Poczua na rce dwa delikatne ukucia, umiechna si i chwycia wa snu agodnie za ty! gowy, z przyzwyczajenia oszczdzajc jego jad. Podniosa gada do oczu, aby na spojrze. By dziki; nie tak, jak oswojony i agodny Mech. Wi si i tuk Gad ogonem po rce; delikatny, potrjnie rozwidlony jzyczek szybko wysuwa si i chowa, aby posmakowa jej zapachu. Wyk nie sycza, podobnie jak Mech.

W miar jak oczy przyzwyczaiy si do ciemnoci, stopniowo ukazywaa si przed Gada reszta lochu i pozostae we snu. Byy wszelkich rozmiarw, pojedyncze, skupione w gromadki, cae ich zwoje - wicej ni kiedykolwiek w yciu widziaa, wicej ni mona by zebra od wszystkich ludzi w orodku.

Zapany wa uspokoi si wreszcie. Kropla krwi zebraa si przy kadym z naku, jednake pieczenie jadu trwao tylko chwil. Gada usiada na pitach i pogadzia gwk zwierzciu. Znowu zacza si mia. Wiedziaa, e powinna si kontrolowa; w miechu byto wicej histerii ni radoci, jednak miaa si jeszcze przez chwil.

- miej si, miej, uzdrowicielko - gos Polarnego odbija si od cian studni. - Zobaczymy, jak dugo bdziesz si miaa.

- Jeste gupcem - zawoaa z satysfakcj.

miata si z tej kary; to byo tak, jakby dziecinne bajania stay si rzeczywistoci.

miaa si do ez, cho przez moment zy byy prawdziwe. Wiedziaa, e jeli te tortury nie odnios skutku, Polarny znajdzie jaki inny sposb. Kichna, zakaszlaa i otarta twarz rbkiem koszuli. Miaa przynajmniej troch czasu.

I wtedy zobaczya Meliss.

Creczka leaa zwinita na pknitym kamieniu w wskim kracu lochu. Gada ostronie podesza do dziecka, starajc si nie zrani adnego z wy po drodze, ani nie sposzy tych, ktre leay zwinite wok rak Melissy, czy kbiy si na jej ciele. W jasnoru-dych wosach wyglday jak zielone pncza.

Gada uklka obok Melissy i zacza ostronie, delikatnie zdejmowa z dziecka dzikie we. Ludzie cignli z Melissy strj pustynny, a spodnie obcili nad kolanami. Dziewczynka bya zwizana. Nadgarstki otarta sobie do krwi, gdy prbowaa si broni. Mae, krwawe ukszenia pokryway jej nagie rce i nogi.

Nagle jeden z wy uderzy: jego zby zatopiy si w ciele Gady i stworzenie odskoczyo do tyu ruchem tak szybkim, e prawie niewidocznym. Gada zacisna zby. Przypomniay jej si sowa szaleca: "Najlepiej jak ksaj ci wszdzie, wszystkie na raz..."

Gada osonia swoim wasnym ciaem Meliss przed wami i uwolnia jej przeguby, mocujc si lew rk z pltanin wy snu. Skra Meissy bya zimna i sucha. Gada nie moga si nadziwi, jakim cudem we przetrzymay zimno. Nigdy nie odwayaby si

wypuci Mcha w takiej temperaturze. Nawet w torbie byoby zbyt zimno - wyjaby go i ogrzewaa w doniach lab pozwoliaby, eby owin si wok jej szyi.

Rka Melissy bezwadnie zsuna si na ska. Krew sczya si powolnymi strukami w miejscu, w ktrym Melissa otara nakucia o kamie lub ubranie. Gada zdoaa zdj dziecko z lodowatej ziemi i uoy je sobie na kolanach. Puls dziewczynki by mocny i powolny, oddech gboki, ale kady wdech przychodzi po coraz duszej przerwie.

Zimno napierao ze wszystkich stron, rozjtrzajc na nowo bl w barku i wysysajc z Gady energie. "Tylko nie unij - mylaa - tylko nie unij". Melissa moe przesta oddycha, a serce przestanie bi od takiej iloci jadu. Wtedy trzeba bdzie dziaa zdecydowanie.

Jednak uzdrowicielka bya ju u kresu wytrzymaoci; za kadym razem, gdy gowa jej opadaa, prbowaa otrzsn si ze snu. Przyjemna myl wdzieraa si kuszco: "Nikt nie umiera od jadu wy snu. Czowiek albo przeyje, albo z powodu swej choroby umiera spokojnie, kiedy przychodzi na niego czas. Mona spokojnie spa. Ona na pewno nie umrze". Ale Gada wiedziaa, e nikt nigdy nie otrzyma takiej dawki jadu, a Melissa bya tylko dzieckiem.

Maleki w sun midzy jej nogami a ciana lochu. Gada wycigna odrtwiaa praw rk i podniosa go z zaciekawieniem. Pooy si na jej doni, patrzc swymi oczkami bez powiek. Jego trjczonowy jzyczek migota, smakujc powietrze. W tym wu byo co niezwykego. Gada przyjrzaa si mu bliej.

By mody, wyklu si niedawno - cigle mia rogowy dzib typowy dla niedoroslych egzemparzy u wielu gatunkw wy. To bya ostateczna odpowied na pytanie, w jaki sposb Polarny zdobywa we snu. Wcale nie otrzymywa ich od pozaziemskich dostawcw. Nie klonowa ich. On mia rozmnaajc si hodowl. W tej zimnej norze znajdoway si we rozmaitej wielkoci, w rnym wieku, od niedawno wyklutych po zupenie dojrzae osobniki, wiksze od jakiegokolwiek wa snu, ktrego Gada widziaa.

Odwrcia si, eby odoy mode zwierztko na ziemi za sob, ale rk zawadzia o cian. Zlkniony w snu zaatakowa. Gada wzdrygna si od ostrego ukucia malekich zbw. Zwierz zsuno si z jej rki na ziemi.

- Polarny! - gos miaa zachrypnity. Chrzkna i sprbowaa jeszcze raz. - Polarny!

Po chwili jego sylwetka pojawia si nad krawdzi czeluci. Po jego umiechu Gada poznaa, e Polarny spodziewa si po niej bagania o wolno. Zajrza w d i zauway, ze Gada usiada lak, aby zablokowa wom snu dostp do Melissy.

- Ona moe by wolna, jeeli jej na to pozwolisz - rzek. - Nie izoluj jej od moich zwierztek.

- Twoje zwierztka si tutaj marnuj, Potarny - powiedziaa Gada. - Powiniene wynie je na wiat. Wszyscy otaczaliby ci czci, zwaszcza uzdrowiciele.

- Jestem czczony tutaj - odpar.

- Ale to musi by trudne ycie. Mgby y sobie atwo, w luksusie...

- Dla mnie komfort nie ma znaczenia - powiedzia. - Ty powinna zdawa sobie z tego spraw najlepiej. Czy pi na goej ziemi, czy w puchowych pierzynach, to dla mnie bez rnicy.

- Udao ci si sprawi, e we snu si rozmnaaj - powiedziaa Gada. Zerkna na Melisse. Kilku wom udao si przedosta obok Gady. Pochwycia jednego dokadnie w momencie, gdy mia dosign nagiego ramienia jej crki. W odchyli si i uksi Gad. Odoya go i reszt za siebie, ignorujc ich zby. - W jakikolwiek sposb to robisz, powiniene podzieli si t wiedz z innymi.

- A jakie jest twoje miejsce w tym planie? Czy mam zrobi z ciebie mojego herolda? Mogaby taczc wstpowa do kadego miasta i obwieszcza moje przybycie.

- Przyznaj, e nie bardzo bym chciaa umiera tu na dole. Polarny zamia si szorstko.

- Mgby pomc wielu ludziom. Nie byo uzdrowiciela, kiedy go potrzebowae, poniewa nie mamy do duo wy snu. Mgby pomc takim ludziom jak ty.

- Pomagam ludziom, ktrzy przychodz do mnie - odpar Polarny. - To s ludzie, ktrzy s tacy jak ja. I tylko takich potrzebuj. Odwrci si.

- Polarny!

-Co?

- Rzu chocia koc dla Melissy. Umrze, jeli nie bd moga utrzyma jej ciepa.

- Nie umrze - powiedzia Polarny. - Nie umrze, jeeli zostawisz j moim zwierztkom.

Jego cie znikn. Gada przytulia Meliss mocniej; czul kade powolne uderzenie serca dziecka na swoim ciele. Bya tak zmarznita i zmczona, e nie moga ju duej myle. Sen by j uzdrowi, ale nie moga zasn - ze wzgldu na Melisse i ze wzgldu na siebie. Jedna tylko myl mocno utkwia jej w gowie: odrzuca yczenia Polarnego. Ponad wszystko bya pewna, e i ona, i jej crka byyby zgubione, gdyby zacza go sucha.

Wykonujc powolne ruchy tak, aby wysiek woony w usunicie blu z chorego barku nie zosta zmarnowany, Gada wzia w donie rce Melisy i zacza na nie chucha, prbujc przywrci krenie i ciepo. Krew w miejscach uksze zascha. Jeden z wy owin si Gadzie wok kostki. Poruszaa palcami i krcia stop w nadziei, e w snu speznie. Siop miaa tak zmarznit, e ledwie czua zby wbijajce si jej w rdstopie.

Dalej rozcieraa rce Melissy, dmuchaa na nie i caowaa. Oddech unosi si przed ni biaym oboczkiem. Przymglone wiato ciemniao. Gada spojrzaa w gr. Poa" szarej kopuy widniejca nad szczelin lochu sczerniaa wraz z nadejciem nocy. Gad opado przytaczajce poczucie smutku. Byo tak samo, jak tej nocy, gdy umieraa Jesse: niebo czyste i ciemne, otaczajce j skalne ciany, odbierajce energi jak upa pustyni. Brakowao tylko gwiazd. Gada mocnej obja Melisse, pochylajc si nad ni, osaniajc przed mronym cieniem.

Zwierzta zbiy si w mas i suny w jej kierunku; szelest ich usek na kamieniu rozlega si dookoa jak szept... Gada nagle obudzia si, wyrwana ze snu.

- Gada? - to glos Melissy by tym szorstkim szeptem, ktry syszaa.

- Jestem tutaj.

Widziaa jedynie twarz crki. Resztki rozproszonego wiata poyskiway niemiao w jej rudych wosach i na grubych, sztywnych bliznach. Oczy patrzyy w dal nieprzytomnie.

- nio mi si... - zacza. - On mia racj! - Zarzucia Gadzie rce na szyj i ukrya twarz. - Zapomniaam. Ale ja ju wicej nie... ja ju nie...

- Melisso! - Dziewczynka zesztywniaa na gos Gady. - Nie wiem, co si stanie. Polarny mwi, te nie zrobi ci krzywdy. Jeeli powiesz, e si do niego przyczysz...

-Nie!

- Melisso...

- Nie! Nie powiem! Nic mnie nie obchodzi! - Jej wysoki gos by zdecydowany. - To byoby znowu tak, jak z Rasem...

- Melisso, kochanie, teraz masz dokd pj. Wszystko jest tak, jak przedtem omwiymy. Musisz da sobie szans ucieczki. Melissa tulia si do niej w milczeniu.

- Zostawiem Fiaska i Mg - powiedziaa w kocu. - Nie zrobiam lak, jak kazaa, a teraz one zagodz si na mier. Gada pogaskaa j po wosach.

- Nic im na razie nie bdzie.

- Boj si - wyszeptaa Melissa. - Obiecaam, e ju wicej nie bd, ale si boje. Gado, jeli powiem, e si do niego przycz, a on powie, e pozwoli, eby znowu mnie pogryzy, to nie wiem, co zrobi. Nie chc zapomina samej siebie... ale zrobiam to na chwil i... - Dolkna grubej blizny dookoa oka. - To zniknlo. Nic ju nie bolao. Za jaki czas bd robia wszystko.

Melissa zamkna oczy.

Gada zapaa jednego z wy snu i odrzucia go gwatowniej, ni si tego po sobie spodziewaa.

- Wolaaby raczej umrze? - spytaa ochryple.

- Nie wiem - odpowiedziaa sabo Melissa. Ramiona zsuny si z szyi Gady i rce opady bezwadnie. - Nie wiem. Moe bym wolaa.

- Melisso. Przepraszam, nie mylaam tak...

Ale Melissa znowu spala lub moe stracia przytomno. Gada syszaa uski wy snu suncych po wilgotnej, liskiej skale. Znowu wydawao si jej, e zbliaj si jedn, zbita, agresywn fal. Po raz pierwszy w yciu baa si wy. Chcc doda sobie odwagi wycigna do, aby dotkn nagiej skay. Jej rka zanurzya si w masie gadkich, wijcych si cia. Gada szarpna si w ty, gdy konstelacja malutkich, kujcych punkcikw oplota jej rami. We snu garny si do ciepa, ale gdyby pozwolia im osign to, czego szukay, znalazyby take jej crk. Skulona, wycofaa si w wski kt lochu. Jej zdrtwiaa rka mimowolnie zacisna si na

cikim odamku wulkanicznej skay. Podniosa go niezgrabnie, gotowa zabi dzikie we snu.

Opucia rk. i zmusia si, aby rozkurczy palce. Kamie zaklekota, spadajc na posadzk. Kilka wy pezo po talii uzdrowicielki. Nie bya zdobi ich niszczy, tak samo, jak nie bya w stanie wyfrun z lochu wraz z prdem zimnego, cikiego powietrza. Nawet dla Melissy. Gorca za potoczya si jej po policzku. Kiedy dotarta do brody, bya ju zimna niczym kawaek lodu. Wy snu byo za duo, aby mc chroni przed nimi Meliss. Jednak Polarny mia racj. Gada nie moga ich zabi.

Zdesperowana, z trudem wstaa na nogi, majc jako podpor cian rozpadliny. Chwycia dziecko w ramiona. Melissa bya jak na swj wiek maa i cigle szczuplutka, ale ciar bezwadnego ciaa wydawa si przeogromny. Gada miaa zbyt odrtwiae z zimna rce, aeby chwyci pewnie. Dziewczynka spala w rej ramionach, a Gada przyciskaa j praw rk. Bl rwa w barku, rozchodzc si wzdu krgosupa. Jednak trzymaa Meliss ponad wami.

12

Uprawne pola i solidnie zbudowane domy Podgrza zostay ju daleko za Arevinem. Dobiega koca trzeci dzie podry na poudnie. Droga bya tylko wsk ciek wznoszc si i opadajca wzdu stokw kolejnych gr. Okolica stawaa si coraz dziksza. Flegmatyczny ko Arevina z trudem suipa naprzd.

Modzieniec nie spotka nikogo przez cay dzie. Kto jadcy na poudnie mgby go atwo przegoni - wystarczyoby,eby zna lepiej szlak. Arevin by wiadom pikna krajobrazu, jednake czul si nieswojo w grach. Ogarniaa go tsknota za domem, lecz niestety, nie mg do niego wrci". Naocznie przekona si,e burze na wschodniej pustyni byiy silniejsze od tych na zachodzie, chocia rnica bya raczej bez znaczenia. Burza zachodnia zabijaa w cigu dwudziestu oddechw, a wschodnia robia to w dziesi. Arevin musia wic pozosta w grach a do wiosny.

Nie mg tak po prostu czeka w orodku uzdrowicieli czy w Podgrzu. Gdyby nic nie robi, to wyobrania w kocu zwyciyaby wite przekonanie, e Gada yje.

Prawdopodobnie uzdrowicielka bya cala i zdrowa, spdzajc zim w podziemiach Miasta, gdzie zdobywaa wiedz.Mlodszy ojciec Stavina mia szczcie, e nie musia sam zapaci za swoje przewinienie. Na szczcie dla niego, na nieszczcie dla Gady. Arevin pragn przekaza Gadzie dobre wieci, kiedy j odnajdzie. Niestety, wszystko, co by w stanie jej powiedzie, to: " Wyjaniaem, prbowaem sprawi, aby twoi ludzie zrozumieli strach moich ludzi, ale nie uzyskaem adnej odpowiedzi - chc widzie ciebie, chc, eby wrcia do domu "

Nagle wydao mu si, e co usysza. Zatrzyma konia. Cisza bya niemal fizycznym bytem, otaczaa go zewszd. Cisza panujca w grach rnia si od ciszy na pustyni." Czy zaczynam mie ju omamy suchowe, jakby mao byo tego, e wyobraam sobie nocami jej dotyk ?" - pomyla Arevin.

Ale wtedy znw, spoza drzew przed sob, usysza ttent zwierzcych kopyt. Ukazao si mae stadko drobnych jeleni grskich, kroczcych poprzez polan w jego stron; ich chude jak gazki



nogi byskaty biel, a dugie, gitkie szyje ukowato wyginay si ku grze. W porwnaniu z olbrzymimi woami pimowymi, ktre wypasa klan Arevina, filigranowe jelenie wyglday jak zabawki. Poruszay si niemal bezszelestnie; to konie jadcych za nimi pasterzy usysza Arevin. Jego wierzchowiec, stskniony za swoimi brami, zara.

Dwjka pasterzy, machajc rkami, pucia si cwaem w jego stron. Oboje byli bardzo modzi, niemal dzieci, o brzowej od soca skrze i krtko przycitych, blond wosach. Z wygldu krewni. W Podgrzu Arevin czu si bardzo nieswojo, nie z powodu swojego pustynnego stroju, ale dlatego, e brano go za szaleca. Nie uwaa, aby byo konieczne zmienia sposb ubierania si po tym. jak wyjani swoje intencje. A teraz, przyjrzawszy mu si przez moment, dzieciaki spojrzay na siebie i wyszczerzyy zby w umiechu. Zacz si zastanawia, czy nie powinien by kupi sobie nowego ubrania. Jednake mia mao pienidzy i nie chcia wydawa ich na co, co nie byo absolutnie konieczne.

- Zjechae daleko od handlowych szlakw - powiedzia starszy pasterz. Ton jego gosu nie brzmia zaczepnie, lecz rzeczowo. - Potrzebujesz pomocy?

- Nie - odpar Arevin. - Ale dzikuje, wam.

Wok niego stoczyo si stadko jeleni. Zwierzta komunikoway si ze sob za pomoc dziwnych piskw, ktre bardziej przypominay wiergot ptakw ni dwiki wydawane przez ssaki. Modsza pasterka wydaa nagle okrzyk: "uuup! " i zamachaa rkami. Jelenie rozbiegy si na wszystkie strony. Jeszcze jedna rnica midzy ich stadem, a tym, ktrego pilnowa Arevin; woy pimowe reagoway na jedcw w ten sposb, e przebieray przednimi apami, gotowe raczej zaatakowa, ni wykona polecenie.

- Na bogw, Jean, wyposzysz wszystko z caych gr - zawoa chopak, ale nie wyglda na zmartwionego tym, co si dzieje z jeleniami.

Zwierzta gromadziy si w stado troch dalej od drogi. Arevin by zaskoczony, z jak atwoci ludzie ujawniaj swoje imiona w tym kraju. Uzna jednak, e lepiej bdzie si. do tego przyzwyczai.

- Nie mog rozmawia, jak mi si yjtka krc pod nogami -powiedziaa dziewczyna i umiechna si do Arevina.- Dobrze jest

zobaczy jaka ludzk twarz, po tym jak czowiek nie patrzy na nic innego, tylko na drzewa i jelenie. No i oczywicie na brata.

- Nie widzielicie nikogo innego na szlaku ? - Byo to bardziej stwierdzenie ni pytanie.

Jeeli Gada wracaaby z Centrum i po drodze spotkaa pasterzy, to z pewnoci podrowaliby razem.

- A czemu ? Szukasz kogo ? - glos modszego czowieka brzmia podejrzliwie, a moe tylko ostronie.

- Tak - powiedzia. - Uzdrowicielki. Przyjaciki. Jej ko" jest szary, ma te tygrysiego kucyka i jedzie z ni dziecko. Powinna wraca z pustyni na pnoc.

- Ale nie wraca.

-Jean!

- Kev, czy on wyglda na kogo, kto zrobiby jej krzywd? A moe on jej potrzebuje? Moe kto jest chory ?

- A moe jest kumplem tego wariata ? - powiedzia brat. - Dlaczego jej szukasz?

- Jestem przyjacielem uzdrowicielki -powtrzy zaniepokojony Arevin. Widzielicie szaleca ? Czy Gada jest bezpieczna ?

- Ten jest w porzdku - powiedziaa Jean do Keva.

- Nie odpowiedzia na moje pytanie.

- Powiedzia, e jest jej przyjacielem. Moe to nie twj interes.

- Nie, twj brat ma prawo zadawa mi pytania - wtrci si. Aievin. - A moe i nawet obowizek. Szukani Gady. poniewa zdradziem jej swoje imi.

- Jak masz na imi. ?

- Kev! - krzykna Jean, zbulwersowana. Arevin umiechn si po raz pierwszy od czasu, gdy spotka tych dwoje. Przyzwyczai si do obcesowych obyczajw.

- To nie jest rzecz, ktr mgbym wam zdradzi - wyjani uprzejmie.

- My dobrze to wiemy - powiedziaa Jean. - Po prostu tak dugo siedzielimy tutaj, z dala od ludzi...

- Gada wraca? - spyta Arevin; gos mu lekko dra z radoci i podniecenia. - Widzielicie j ? Jak dawno temu ?

- Wczoraj - odpar Kev. - Ale ona nie jedzie w t stron..

- Jedzie na poudnie - dorzucia Jean.

-Na poudnie?!

Jean pokiwaa gow.

- Bylimy tutaj i zbieralimy stado. Spotkalimy j, gdy schodzilimy z wysokich pastwisk. Kupia jednego z jucznych koni, eby wariat mia na czym jecha.

- Ale dlaczego bya z szalecem? On na ni napad! Jestecie pewni, e nie zmusi jej, aby jechaa z nim? Jean rozemiaa si.

- Nie. To Gada wszystkim rzdzia. Nie ma wtpliwoci. Arevin odetchn z ulg; mg ju nie martwi si o bezpieczestwo Gady. Wci jednak by zaniepokojony.

- Na poudnie ? - zdziwi si. - Co jest na poudnie std. Mylaem, e nie ma tam adnych miast.

- Nie ma. My docieramy najdalej ze wszystkich. Zdziwio nas to, e j zobaczylimy. Prawie nikt nie jedzi t przecz, nawet gdy wraca z Miasta. Ale ona nie mwia, dokd jedzie -powiedziaa Jean.

- Nikt nie jedzi dalej od nas - wyjani Kev. - To niebezpieczne.

- Dlaczego ?

Kev wzruszya ramionami.

- Jedziesz za ni ?

-Tak.

- Dobrze, ale ju pora na rozbicie obozu. Chcesz z nami zosta ?

Arevin rzuci okiem na krain za ich plecami, na poudnie. Faktycznie, cienie grskie schodziy ju na pooniny. Zblia si. zmierzch.

- Daleko dzisiaj nie zajedziesz - powiedzia Kev. - A to jest najlepsze miejsce na obz w promieniu p dnia drogi. Arevin westchn.

- Dobrze - powiedzia. - Dzikuje, wam. Zostan tu dzi na noc. Arevin z radoci przywita ciepo ogniska. Pachnce drewno palio si tryskajc iskrami.

Kev zawin si ju w koce i chrapa lekko przy brzegu ogniska. Jean siedziaa naprzeciw Arevina, tulc kolana do piersi.

Ziewna.

- Chyba pjd spa - powiedziaa. - A ty ?

- Tak. Za chwil.

- Czy mog co dla ciebie zrobi ? - spytaa. Arevin spojrza na ni.

- Ju zrobia bardzo duo - odpart. Patrzya na niego, zaciekawiona.

- Nie to miaam na myli.

- A co miaa na myli ?

- Jak mwi si to u ciebie ? Podobasz mi si. Pytam, czy chciaby spdzi ze mn noc.

Arevin spojrza na Jean beznamitnie, cho by zaenowany. Sadzi - mia nadzieje - e si nie zarumieni. I Thad ,i Larril zadawali mu to samo pytanie, a on nie rozumia. Najnormalniej w wiecie odmwi im. Arevin mia nadzieje, i domylaj si, e jego obyczaje s inne.

- Jestem zdrowa, jeli si obawiasz - wyjania Jean z odrobin oschoci- a moja kontrola jest wietna.

- Bardzo ci przepraszam - powiedzia Arevin. - Zupenie ci nie rozumiem. Jestem zaszczycony twoj propozycj i nie wtpi ani w twoje zdrowie, ani w kontrole. Ty te nie musisz wtpi w moje, ale jeli to ci nie obrazi, musz powiedzie: " nie ".

- Nie ma sprawy - powiedziaa Jean. - To bya tylko laka myl...

Arevin wiedzia, e poczua si. dotknita. Odmwiwszy tak ob-cesowo i niewiadomie Thadowi i Larril, Arevin czu si zobowizany wobec Jean, eby przynajmniej wszystko jej wyjani. Nie wiedzia, jak ma tumaczy swoje uczucia, gdy nie by pewien, czy sam je rozumie.

- Uwaam, e jeste bardzo atrakcyjna - zacz. - Nie chciabym, aby mnie le zrozumiaa. Spdzenie nocy z tob nie byoby w porzdku. Moje myli byyby... gdzie indziej.

Jean spojrzaa na niego przez falujce od ciepa powietrze nad ogniskiem.

- Mog obudzi Keva, jeli chcesz. Arevin potrzsn gow.

- Dzikuj ci, ale chciaem powiedzie, e moje myli bd poza tym obozem.

- Ach! - wykrzykna z nagym zrozumieniem. - Teraz wszystko jasne. Nie winie ci. Mam nadziej, e wkrtce ja znajdziesz.

- Mam nadziej, e ci nie obraziem.

- W porzdku - powiedziaa Jean, troch jednak zasmucona. - Nic si nie zmieni, jeli ci powiem, e nie szukam niczego staego ? Ani nawet na duej ni jedna noc ?

- Nie - powiedzia Arevin. - Przepraszam, ale to cigle to samo.

- Jasne.- Podniosa koc i podesza do krawdzi wiata rzucanego przez pomie ogniska. - pij dobrze.

Pniej, kiedy Arevin ju lea na swoim posaniu, pomyl!, jak przyjemnie i ciepo byoby lee obok drugiej osoby. Zdarzao mu si od czasu do czasu sypia z kim z jego klanu, ale dopki nie spotka Gady, nie znalaz nikogo, z kim chciaby wej w zwizek partnerski. Od czasu, jak j spotka, do nikogo nie czu podania, a co dziwniejsze, nawet nie zauway tego, e nikt go nie pociga. Lea na twardej ziemi, rozmylajc o tym wszystkim i prbujc sobie uzmysowi swoj sytuacj. Przecie nie ma dowodw - na jedno krtkie dotknicie i kilka wieloznacznych sw - e Gada czua do niego co wicej ni tylko chwilowe zafascynowanie. A jednak chcia mie nadziej.

Przez dugi czas Gada nie poruszaa si, nawet nie pomylaa, e mogtaby si poruszy. Cay czas oczekiwaa nadejcia witu, ale noc wydawaa si nieskoczona. Moe ludzie Polarnego przykryli czym rozpadlin, aby utrzyma j w ciemnoci? Ale Gada wiedziaa, e to mieszna mysi, choby dlatego,e Polarny bdzie chcia na ni popatrze i pomia si z niej.

Gdy tak kontemplowaa, nad jej gow rozbyso wiato. Popatrzya w gr, ale nic nie zobaczya. O cian lochu zachrobotay liny i drewno.^Gada zastanawiaa si, c to za nieszcznik szuka zapomnienia u Polarnego. Wreszcie, gdy w jej pobliu opada spuszczona na blokach platforma, zobaczya, e Polarny odwiedza j we wasnej osobie. Nie moga trzyma Melissy mocniej ani ukry jej przednim.

Polarny zszed z platformy. Dwaj jego fanatycy asystowali mu, niosc lampy. Kiedy olbrzym podszed dostatecznie blisko, wiato objo ich oboje i Gada moga zobaczy jego twarz. Umiechn! si do niej.

- Moje zwierztka lubi ci - powiedzia. Skin gow w kierunku jej stp. We oploty nogi Gady prawie do kolan. - Ale nie wolno ci tak egoistycznie wszystkiego zagarnia dla siebie.

- Melissa ich nie chce - powiedziaa Gada.

- Musz powiedzie - odezwa si Polarny - e nie spodziewaem si, i zastan ci tak przytomn.

- Jestem uzdrowicielk. Polarny nachmurzy si.

- Ach, rozumiem. No tak, powinienem by pomyle o tym, ze

bdziesz odporna.

Ruchem gowy przywoa swoich ludzi, ktrzy odstawili lampki i podeszli do Gady. wiato omywao twarz Polarnego od dou, rzucajc niesamowite refleksy na jego papierowo bia skr. Fanatycy stpali ostronie midzy ostrymi kamieniami i wami snu. W przeciwiestwie do Gady, mieli porzdne buty. Jeden wycign rk, eby odebra jej Meliss. Gada poczua, e we odwijaj si z jej ng i usyszaa, jak sun po skale.

- Trzymaj si z daleka! - krzykna.

Rzucia si na rk mczyzny i ugryza j. Poczua, jak zimne ciao ustpuje pod naporem jej zbw. Usta wypeniy mdy smak ciepej krwi. Tak bardzo pragna mie" w tym momencie ostre zby; ostre zby z kanalikami na trucizn. Ale moga liczy tylko na to, e rana bdzie zainfekowana.

Wielbiciel Polarnego cofn rk ze skowytem, rozdzierajc j sobie jeszcze gbiej, a Gada wyplua krew. Zakotowao si, gdy Polarny i jego pomocnicy chwycili j za wosy, rami i za ubranie. Odcignli j, podczas gdy inni zabierali Meliss. Polarny zatopi swe dugie palce we wosach Gady i przytrzyma jej gow twarz do ciany, aby nie mogta znowu gry,

Po chwili wywlekli j z ciasnego kta lochu. Szarpic si z nimi, stana na chwiejnych nogach. Polarny ponownie chwyci J4 za wosy i odcign w ty. Kolana si pod ni ugiy. Prbowaa si podnie, ale nie miaa ju o co walczy; nie miaa siy, by pokona wyczerpanie i bl. Trzymajc si lew rk za prawe rami, skd pyna krew, opada na ziemie.

Polarny puci jej wosy i podszed do Melissy. Zajrza dziecku w oczy i zbada puls. Zerkn na Gade.

- Mwiem ci, eby nie izolowaa jej od moich zwierztek. Gada podniosa gow.

- Dlaczego prbujesz j zabi ?

- Zabi ?! Ja ?! Nie wiesz ani dziesitej czci tego, co ja. -Zostawi Meliss i wrci do Gady, schylajc si, aby zapa kilka wy. Wkada je do kosza, trzymajc delikatnie i ostronie, aby go nie uksiy.

- Bd musia j zabra, aby uratowa jej ycie. Ona znienawidzi ci za to, e zrujnowaa jej pierwsze dowiadczenie. Wy, uzdrowiciele, a puchniecie od swojej arogancji.

Gada zastanawiaa si, czy mia racj, mwic o arogancji. Jeeli tak, to by moe nie myli si te co do Melissy. Uzdrowicielka i tak bya zbyt saba, by si z nim spiera.

- Bd dla niej dobry - wyszeptaa.

- Nie obawiaj si - powiedzia Polarny. - Bdzie ze mn szczliwa.

Skin na swoich pomocnikw. Kiedy si zbliali, Gada sprbowaa wsta i przygotowa si do ostatniej obrony. Klczaa na jednym kolanie, gdy czowiek, ktrego ugryza, zapa j za prawe rami. Pocign j do gry, eby stana, wykrcajc rami. Drugi wielbiciel Polarnego podtrzymywa j z drugiej strony.

Sam Polarny pochyli si nad ni, trzymajc wa snu.

- Jak bardzo jeste pewna swej odpornoci, uzdrowicielko ?

Jeden z ludzi odchyli Gadzie gow w ty, odsaniajc gardo. Polarny by tak wysoki, e Gada musiaa cigle patrze w gr; widziaa, jak opuszcza wa snu.

Ky zatopiy si w ttnicy szyjnej. Nic si nie stao, Gada wiedziaa, e nic si nie stanie. Pragna, eby Polarny te to zrozumia i puci j, eby pozwoli pooy si na zimnej, ostrej skale i spa, nawet gdyby miaa si ju nigdy nie obudzi. Bya zbyt zmczona, aby dalej walczy. Krew cieka jej po szyi na obojczyk. Polarny podnis jeszcze jednego wa i przystawi jej do szyi.

Kiedy drugi w j uksi, poczua nagy, rwcy bl rozchodzcy si od garda po caym ciele. Na moment stracia oddech. Kiedy w cofa gow, wstrzsny ni dreszcze.

- A! - umiechn si Polarny. - Uzdrowicielka zaczyna nas rozumie. -Waha si chwil, obserwujc j. - Moe by tak jeszcze jednego ?

Znowu si nad ni pochyli; jego twarz byta ukryta w cieniu, a wiato formowao aureol z jasnych, pirkowatych wosw. Gada szarpna si w ty, ale ucisk fanatykw Polarnego nie osab. Ludzie, ktrzy j trzymali, zachowywali si, jakby byli zahipnotyzowani spojrzeniem wa. Mczyzna, ktrego przedtem ugryza, zawarcza wciekle. Pocign j do tyu, wykrcajc rami jedn rk, a druga wbijajc paznokcie w zraniony bark.

Polarny, ktry odsun si na czas szamotaniny, podszed ponownie.

- Po c walczy, uzdrowicielko ?Pozwl sobie na oddanie si przyjemnoci, jak daj moje zwierztka.

Podnis trzeciego wa snu do jej garda. Gad uderzy natychmiast.

I tym razem bl rozszedl si promienicie po ciele, ale kiedy osab, przez Gade przesza kolejna fala spazmw. Krzykna.

- O! - usyszaa gos Polarnego. - Teraz nareszcie rozumie.

-Nie... -wyszeptaa.

Umilka. Nie chciaa sprawi Polarnemu satysfakcji swoim blem.

Fanatycy pucili j. Upadla do przodu, prbujc podeprze si lew rk. Tym razem dziaanie jadu nie ustawao. Roso, odbijajc si echem w caym ciele. Gada drgaa w rytm uderze serca. Prbujc oddycha pomidzy kolejnymi falami rozdzierajcego blu, osuna si na tward ska.

wiato sczyo si w gb lochu. Gada leaa w tej samej pozycji, w jakiej upada - z jedn rk wycignit przed siebie. Szron posrebrzy postrzpiony koniec rkawa. Gruba, biaa warstwa lodowatych krysztakw pokrywaa pokruszone kawaki skay na pododze i wpezaia na ciany czeluci. Zafascynowana kolorowym wzorem, pozwolia, aby jej wzrok bdzi pord delikatnych paproci. Kiedy si tak w nie wpatrywaa, stay si raptem trjwymiarowe. Znalaza si w prehistorycznym lesie mchw i wielkich paproci, a wszystko byo czarno-biale.

Tu i wdzie koronki poznaczone byf y szlaczkami, ktre przywracay im bezlitonie dwuwymiarowo, tworzc inny, bardziej geometryczny wzr. Ciemne licie w kolorze kamieni wyglday jak lady wa snu, ale Gada wiedziaa dobrze, e przy tak niskiej temperaturze nie ma si co spodziewa, aby zwierzta byy aktywne na tyle, eby sun po pokrytej lodem skale. Moe Polarny, aby je zabezpieczy, zabra je w jakie cieplejsze miejsce.

Nadzieja rozwiaa si, gdy Gada posyszaa cichy szmer uski przesuwajcej si po kamieniu. Przynajmniej jedno zwierz pozostao. To j pocieszyo, bo byo znakiem, e nie jest sama.

"Ten musi mie zwikszon odporno " - pomylaa.

Mg to by ten sam, ktry j uksi, dostatecznie doy, aby wyprodukowa i zmagazynowa pewn ilo* ciepa. Otwierajc oczy, prbowaa sign w kierunku dwiku. Zanim poruszya rk, zobaczya we.

Zostao ich tu o wiele wicej, ni mylaa. Dwa, nie - trzy we snu oplecione wok siebie. aden z nich nie by tym wielkim. aden nie by wikszy ni Mech, Wiy si i skrcay, rysujc na szronie ciemne hieroglify, ktrych Gada nie umiaa odczyta. Symbole miay jakie znaczenie - tego bya pewna; gdyby tylko moga je rozszyfrowa. Tylko cz przekazu znajdowaa si przed ni, wic obrcia si, by obejrze czce si ze sob znaki.We pozostaway w zasigu wzroku, ocierajc si o siebie, tworzc potrjn spiral ze swych cia.

Zwierzta na pewno gin z zimna i Gada musi jako wezwa Polarnego, eby je ocali. Uniosa si na okciach, ale nie bya w stanie ruszy si,bardziej. Wysilaa si, prbujc wydoby gos, ale opada j fala mdoci. Gada zakaszlaa sucho, lecz nie miaa w odku nic, czym moga by zwymiotowa i uwolni si od nudno-ci. Cigle bya pod dziaaniem jadu.

Ostry bl zmala, sta si monotonny i tpy. Odrzucia go od siebie sia woli; chciaa si tym sposobem zupenie od niego uwolni, ale nie bya w stanie zgromadzi w sobie dostatecznej energii. Pokonana, zemdlaa ponownie.

Gdy ocna si ze snu, bl min i wiedziaa, e ju nie powrci. Nadal bya wolna. Polarny nie moe zniewoli jej wami snu. Szaleniec opisywa ekstaz, wiec Gada wiedziaa, e jad nie podziaa na ni tak, jak na wyznawcw Polarnego. Nie wiedziaa, czy stao si tak dlatego, e system immunologiczny uzdrowicieli jest silniejszy, czy dlatego, e opieraa si temu ca sita swej woli. Zreszt to nie miao dla niej znaczenia.

Gada zrozumiaa, dlaczego Polarny by tak pewny, e Melissa nie zamarznie na mier. Byo nadal zimno, a jednak jej samej byo ciepo, a nawet gorco. Jak dugo jej organizm moe utrzymywa" podwyszony metabolizm - nie wiedziaa, ale czua, jak krew w jej ciele kry i wiedziaa, e nie musi si obawia odmroenia.

Przypomniaa sobie we snu, aktywne poza granice wiarygodnoci, pezajce po pokrytej lodem pododze.

" To wszystko musia by sen " - pomylaa.

Rozejrzaa si jednak dookoa i wtedy, pord ciemnych, wyry-sowanych na skale hieroglifw zobaczya trzy splecione, mae we. Ujrzaa drug (rjk i trzeci. Nagle z wielkim osupieniem i radoci zrozumiaa komunikat, jaki te stworzenia chciay jej przekaza. To tak, jakby bya przedstawicielk wszystkich pokole uzdrowicieli, wysan tu celowo, aby przyj to,'co jest jej dane.

Nawet teraz nie moga si nadziwi, ile potrzeba byo czasu, aby odkry tajemnic wy snu. Rozumiaa przyczyny. Teraz, kiedy zwalczaa skutki dziaania jadu, bya w stanie zrozumie znaczenie hieroglifw i zobaczya wicej, ni krocie wy snu kopulujcych trjkami na lodowatych kamieniach.

Jej ludzie, podobnie jak inni, przykadali do wszystkiego wasn miar. Byli skoncentrowani wycznie na sobie. Prawdopodobnie byo to nieuniknione, gdy ich izolacja bya silna i nie do przeamania. W rezultacie jednak uzdrowiciele okazali si zbyt krtkowzroczni; chcc chroni we snu, nie dopuszczali jednoczenie do tego, aby zwierzta mogy osign dojrzao pciow. I to take byo nieuniknione: we snu miay zbyt wielk warto, by ryzykowa jakiekolwiek eksperymenty. Bezpieczniej byo polega na powstaych z przeszczepiania klonach, ni naraa ycie tych, ktre uzdrowiciele ju posiadali.

Gada miaa si z prostoty i klarownoci wyjanienia. Oczywicie, we snu nalece do uzdrowicieli nigdy nie osigay stadium dojrzaoci. W jakim momencie swego rozwoju potrzeboway tego przenikliwego zimna. Oczywicie, ich we snu nie przechodziy nigdy okresu godowego, nawet te nieliczne, ktrym udao si osign dojrzao. A wreszcie: w nadziei, e dojrzale we zaczn kopulowa, uzdrowiciele dziaali wedug nudnego schematu, czc je w... pary.

Odizolowani od najnowszej wiedzy, uzdrowiciele zrozumieli jednak, e ich we snu s istotami nie podlegajcymi ziemskim prawom. Ale nie byli w stanie poj, dlaczego.

Parami i parami. Gada rozemiaa si bezgonie.

Przypomniaa sobie zaarte dyskusje uzdrowicieli o tym, czy we snu s diploidalne czy hesaploidalne, gdy liczba chromosomw czynia moliwym i jedno, i drugie. Ale we wszystkich zacietrzewionych dyskusjach nikt nie zbliy si do prawdy. We snu byy triploidalne i potrzebna bya trjka, a nie para.

miech Gady przerodzi si w smutny umiech alu nad wszystkimi bdami, jakie ona i jej ludzie przez tyle lat popeniali. Fakt, e byli skrpowani brakiem odpowiedniej informacji, niewystarczajcymi moliwociami technicznymi, ktre nie mogy sprosta wymaganiom, wreszcie przez etnocentryzm. I przez narzucon izolacj Ziemi od innych wiatw, jak te przez samoizolacj tak licznych grup ludzi na tym wiecie. A teraz, kiedy Gada wszystko zrozumiaa, byo ju, by moe, za pno.

Pragnienie wyrwao j z psnu. Szczelina lochu bya chyba tak jasna, jak nigdy dotd, a kamie na ktrym leaa - suchy. Przesuna rk i poczua ciepo, sczce si z czarnej skay.

Sprbowaa wsta. Kolano bolao, ale nie byo napuchnite. W ramieniu czua tylko lekkie rwanie. Nie wiedziaa, jak dugo spaa, ale proces gojenia ju si zaczai.

Woda sczya si nikym strumyczkiem w drugim kocu skalnego lochu. Gada wstaa i posza w tamt stron, opierajc si o cian. Trzymaa si na nogach niepewnie, jakby nagle staa si staruszk. Klczc przed strumykiem, pil ostronie. Woda bya czysta i zimna. Niezwykle trudno jest otru uzdrowiciela, ale nie chciaa obarcza swego organizmu dodatkowymi toksynami.

Lodowata woda przyprawia j o bl w pustym odku. Odsuna od siebie myl o jedzeniu i stana porodku czeluci. Obracaa si wolno, ogldajc loch w wietle dziennym. ciany nie byy gadkie, ale nie miay wystpw ani adnych punktw zaczepienia dla palcw rk i ng. Krawd bya za wysoko; Gada nie mogaby do doskoczy, nawet gdyby bya w peni si. A jednak musiaa si jako wydosta. Musiaa znale Meliss i uciec std.

W gowie jej wirowao. Obawiajc si, e wpadnie w panik, zacza oddycha gboko i powoli, trzymajc oczy zamknite. Trudno jej si byo skoncentrowa, gdy wiedziaa, e w kadej chwili moe wrci Polarny. Bdzie chcia si nad ni pastwi, bo udao mu si przeama jej barier immunologiczn i wiedzia, e dziaa na ni jad.

Jego nienawi musiaa domaga si widoku Gady tarzajcej si i ebrzcej jak wszyscy jego wyznawcy. Zatrzsa si i otworzya oczy. Gdy Polarny raz odkryje, jakie faktycznie dziaanie ma w jej przypadku jad, bdzie chcia doprowadzi do jej mierci.

Gada usiada i odwina chust Melissy z barioi. Materia by zlepiony i sztywny od krwi, musiaa rozmoczy tkanin bezporenio przylegajc do skry. Strup oka! si twardy i mn ju nie krwawia. Nie bya dokadnie oczyszczona, blizna bdzie wiec pena brudu i pyu, o ile szybko z tym czego nie zrobi. Ale zakaenia nie bdzie, a Gada nie moga teraz pozwoli sobie na strat czasu.

Oderwaa kilka wskich paskw z brzegw kwadratowej chustki i zwizaa j w prowizoryczny worek. Cztery dorodne we leay ospale na kamieniu w zasiga rki. Gada zlapafa je, woya do worka i zacza rozglda si za innymi. Te, ktre schwytaa, musiay by dorose, a moe nawet jeden czy dwa miay w sobie zapodnione jaja. Zapaa jeszcze trzy, ale reszta wy znikna. Ostronie chodzia wrd kamieni, wypatrujc jakiego ladu nor, ale bezskutecznie.

Zastanawiaa si, czy scena kopulacji nie bya dzieem jej wyobrani, czy moe by to tylko niezwykle realistyczny sen. Tak czy inaczej, w lochu byo przedtem o wiele wicej gadw i albo ich nory byy tak wietnie ukryte, e nie daway si odszuka, albo Polarny wynis std reszt wy snu.

Katem oka zobaczya przemykajcego gada. Wycigna do, a on zaatakowa. Szybko cofna rk, zadowolona, e po wszystkich tych dowiadczeniach wci miaa refleks na tyle szybki, i moga unikn zbw. Nie obawiaa si ukszenia jednego wa snu - jej odporno na jad musiaa by teraz niezwykle wysoka. Za kadym ukszeniem kolejna porcja jadu, ktra wywaraby na niej wraenie, musiaa by coraz wiksza. Jednak Gada nie miaa ochoty na nastpny raz.

Zapaa jeszcze jednego, duego wa snu i woya go do chusty. Zwizaa cao oderwanym paskiem materiau, a drugim przytroczya sobie pcienny worek do paska.

Widziaa tylko jedn drog ucieczki. By wprawdzie inny sposb, de wtpia czy bdzie miaa do" czasu, aby usypa wzgrek z wkruszonych kamieni i wspi si po nim. Wrcia na drugi koniec ochu, tam gdzie rozpadlina bya wska, a ciany prawie si scho-dziy; w tym miejscu podtrzymywaa Meliss.

Co poaskotao jej bos stop. Spojrzaa w d i zobaczya umykajcego wieo wyklutego, malekiego wyka. Schylia si i podniosla zwierztko agodnie, aby go nie wystraszy. Rogowa

tkanka odpada, a pod spodem ukazay si jasnorowe uski wok pyszczka. Za jaki czas stan si szkaratne. Malutki w smakowa powietrze swym potrjnie rozwidlonym jzyczkiem, uderzy noskiem w jej do i optyn kciuk dookoa. Wsuna go do kieszeni na piersi podartej koszuli, gdzie przez cienk warstw tkaniny wyczuwaa jego ruchy.

Opierajc si plecami, przycisna barki i krgosup do ciany. Bl w ranie na razie si nie odnowi, ale Gada nie wiedziaa, jaki wysiek bdzie w stanie wytrzyma. Zaprogramowaa si na brak blu, ale gd i wyczerpanie utrudniay koncentracj.

Opara praw stop o przeciwleg cian i wypchna naprone ciao w gr. Ostronie umiecia drug stop na skale, przesuwajc ramiona wyej. Przeniosa nog nieco wyej i znw wypchna ciao do gry.

Ze ciany wykruszy si niewielki kamyk i Gada zjechaa w d, spadajc na bok, mimo prb utrzymania rwnowagi. Zdara sobie skr na doniach i na plecach. Usiujc zapa oddech, prbowaa si podnie, a wreszcie poddaa si. Leaa spokojnie na wznak. Dreszcz przeszed j od gry do dou; przed oczami latay jej mroczki. Kiedy ustay, wzia gboki oddech i odepchna si rkoma, by znw stan na nogach. Chore kolano drao z wysiku.

Dobrze przynajmniej, e nie spadla na we. Przyoya rk do kieszeni na piersi i poczua, e malutki opiekun snu poruszy si lekko.

Zacisnwszy zby, ponownie opara si o skai. Znw wypchna ciao ku grze, tym razem ostroniej, najpierw macajc cian stop, nim opara si na niej caym ciarem. Skaa ocieraa jej plecy, a rce zrobiy si liskie od potu. Pia si dalej. Ju wyobraaa sobie, jak patrzy ponad krawdzi swojego wizienia.

Nagle usyszaa haas i zamara.

" To nic - pomylaa. - To kamyk uderzy o kamyk. Skay wulkaniczne zawsze tak diwiecz, kiedy uderzaj o siebie."

Minie ud dray z wysiku. Oczy pieky - widziaa wszystko poprzez krople potu.

Znowu usyszaa jaki dwik; nie skalny oskot, ale dwa gosy. Jeden z nich nalea do Polarnego.

Prawie paczc z rozczarowania, Gada zacza zelizgiwa si z powrotem do lochu. Schodzenie byo tak samo trudne i wydawao



si, e pochania nieskoczon ilo czasu. Musiaa zej na tyle nisko, eby mc zeskoczy.	i Rce, stopy, plecy drapay o kamiefS. Dwik rozlega si w zamknitej przestrzeni tak gono, e Gada bya pewna, i Polarny go usyszy. Gdy kamyk zaklekota po cianie szczeliny. Gada rzucia si na ziemi. Zamara, powstrzymujc drenie. Zmusia si, aby oddycha powoli, cho bardzo pragna zapa gboki yk powietrza. Udawaa, e cigle pi. Oczy zmruya, prawie zamkna, ale widziaa cie, ktry na ni pad.

- Uzdrowicielko! Gada nie poruszya si.

- Uzdrowicielko, obud si!

Posyszaa szuranie butw po kamieniach. Deszcz odamkw spad na jej ciao.

- Ona cigle pi, Polarny - powiedzia szaleniec. - Tak jak wszyscy inni, oprcz ciebie i mnie. Chodmy spa. Polarny. Prosz ci, pozwl mi spa.

- Zamknij si. Nie ma ju jadu. We s wyczerpane.

- Mog da mi jeszcze jedno ukszenie. Albo pozwl mi zej na d i wzi innego, Polarny. Takiego miego, duego. Bd mg sprawdzi, czy ona naprawd pi.

- A c mnie obchodzi, czy ona pi naprawd, czy nie?

-Nie moesz jej ufa. Polarny. Ona jest cwana. Skoowaa mnie, ebym j do ciebie przyprowadzi...

Glos szaleca ton w oddalajcych si krokach. O ile Gada dobrze syszaa, Polarny nie zada sobie trudu, aby odpowiedzie.

Kiedy odeszli. Gada poruszya si tylko tyle, eby przyoy rk. do kieszeni na piersi. Wyk mia si, bogom dziki, dobrze. Czua pod palcami, jak porusza si powoli i spokojnie. Zacza wierzy, e jeli wydostanie si z lej czeluci ywa, to maleki w snu rwnie ocaleje. A moe to miao by w odwrotnej kolejnoci?

Jej rka draa. Cofna j, aby nie sposzy zwierztka. Obrciwszy si wolno na plecy, popatrzya w niebo. Grna krawd szczeliny wydawaa si by niezmiernie daleko, jakby wznosia si wyej za kadym razem, gdy Gada prbowaa wzrokiem zmierzy cian.

Podniesienie si na nogi szo wolno i niezdarnie, ale w kocu stana w ciasnej przestrzeni midzy cianami i od razu ruszya do przodu, ku skalnej paszczynie. Zadrapania na plecach ocieray o

kamie, a rana w barku grozia otwarciem. Nie patrzc w gr, Gada opara jedn stop o cian, naprya ciao, przeniosa ciar na drug stop i znw zacza pi si ku grze.

W miar, jak wpezaa wyej i wyej, czua, e koszula rwie si jej na plecach. Zawizana chustka uniosa si z ziemi i ocieraa o skal tuz poniej. Zacza si huta. Bya na tyle cika, e utrudniaa utrzymanie rwnowagi. Gada zatrzymaa si, wiszc jak most prowadzcy donikd, poczekaa, a wahado przestanie drga. Napicie w miniach ng zwikszyo si tak, e prawie wcale nie czua skay pod nogami. Nie wiedziaa, jak daleko ma do szczytu; nic chciaa patrze w d.

Zasza wyej ni poprzednim razem. Tutaj ciany szczeliny rozsuway si nieco, tak e trudniej byo si zaprze. Z kadym maym kroczkiem musiaa wycign nogi nieco dalej. Teraz opieraa si tylko na barkach, podtrzymujc si od dou rkoma.

Nie bdzie moga i duo dalej. Kamie pod praw rk by wilgotny od krwi. Po raz ostatni wypchna ciao w gr. Nagle ty gowy dotkn krawdzi szczeliny. Zobaczya ziemi, wzgrza i niebo.

Raptowna zmiana pozbawia j rwnowagi. Zdoaa podeprze si lew rk, zahaczya okciem o krawd, a pniej opara na niej do. Okrcia ciao wok osi i wczepia si w ziemi praw rk. Rana w barku zabolafa tak, e Gada poczua bl od krgosupa, a po czubki palcw. Paznokcie ryy ziemi, polizny si, ale trzymay. Przebieraa nogami, szukajc podpory pod palce. Znalaza. Przez moment zwisaa przy cianie, chwytajc apczywie powietrze. Czua stuczenie na biodrach po upadku na kamie. Tu pod piersi, w kieszeni, przygnieciony, ale nie zmiadony, modziutki w snu wierci si niespokojnie

Resztk si w ramionach podcigna si pod krawd szczeliny i pooya si na poziomej powierzchni, dyszc ciko. Stopy i nogi cigle wisiay w powietrzu. Reszt drogi przeczogaa si. Rozdarta chusta zahaczya o skale, tkanina naprya si i pka. Gada pocigna agodnie, a prowizoryczny worek znalaza si obok niej. Dopiero wtedy, jedn rk trzymajc toboek z wami, moga rozejrze si i upewni, e zostaa nie zauwaona. Przynajmniej przez chwil bya wolna.

Odpia kiesze i obejrzaa modego wa, nie mogc uwierzy, e wyszed z tego bez szwanku. Zapinajc kiesze z powrotem, wzia koszyk ze stosu obok zapadliny i woya do niego dorose we snu. Zarzucia go sobie na plecy, podniosa si na chwiejnych nogach i skierowaa si do tuneli obiegajcych krater.

Nagle uwiadomia sobie, e nie pamita, ktrym tutaj przysza. Lea naprzeciwko duych przewodw chodniczych - to wiedziaa - ale krater by tak wielki, e kade z trzech wyj mogo by tym, ktrego szukaa.

"Moe to lepiej - pomylaa. - Moe oni zawsze uywaj tego samego tunelu, a ja przejd tym, ktry nie jest uywany. A moe to bez znaczenia, ktrym bd sza i tak czy owak kogo spotkam? A moe wszystkie inne s lepe".

Zdajc si na przypadek, Gada wesza do pierwszego tunelu. Wyglda wewntrz inaczej, ale by moe dlatego, e szron znikn. W tym tunelu te byy pochodnie, wic ludzie Polarnego musieli go do czego uywa. Jednak wikszo agwi wypalia si prawie do koca i Gada przekradaa si w ciemnociach od jednego do drugiego, cay czas wodzc rk wzdu ciany. Kade nowe wiato mogo by kocem tunelu, ale okazywao si jedynie kolejn dogasajc pochodni. Korytarz cign si dalej. Jakkolwiek wolno sza w drug stron, jakkolwiek wyczerpana bya teraz, wiedziaa, e tamten tunel nie by taki dugi.

"Jeszcze jedno wiato - pomylaa. - A pniej...?"

Czarny dym wirowa wok niej i nie wskazywa nawet, w ktr stron biegnie prd powietrza, aby moga za nim pj. Za plecami leaa jedynie ciemno. Inne pomyki wygasy, a moe mina zakrt, ktry odci je z pola widzenia. Nie mogaby pj t drog z powrotem.

Spory odcinek przesza w ciemnoci, zanim zobaczya kolejne wiato. Bardzo chciaa, eby byo to wiato dzienne, ale z gry wiedziaa, e to iylko kolejna pochodnia. agiew prawie ju dogasaa, bya ju waciwie tylko rozarzonym wglem. Gada czua gryzcy zapach dawicego si pomienia.

Zastanawiaa si, czy tunel nie prowadzi jej czasem do kolejnej rozpadliny. Zacza i ostroniej, wysywajc w przd stop, ale nie przenoszc na ni ciaru, pki nie bya pewna, e wyczuje twardy grunt.

Kiedy pojawia si kolejna pochodnia. Gada ledwie j zauwaya. Kosz z wami stawa si coraz ciszy. Kolano bolao potwornie, a bark rwa tak mocno, e musiaa wsun rk za pasek i przytrzyma rami jak najbliej ciaa. Gdy tak powczya nogami po niepewnej ciece, nie mylaa, e bdzie w stanie podnie nogi wyej, nawet gdyby wymagaa tego ostrono.

Wtem stana na stoku wzgrza, w wietle dnia, pod dziwnymi, poskrcanymi drzewami. Oszoomiona, rozejrzaa si dookoa, potem wycigna lew rk i pogadzia szorstk kor. Dotkna kruchego licia koniuszkiem otartego palca.

Miaa ochot usi, mia si, pooy i zasn. Zamiast tego odwrcia si i zacza obchodzi wzgrze z nadziej, e dugi tunel nie wywid jej zbyt daleko od obozu narkomanw. aowaa, e Polarny albo szaleniec nie zdradzili w swej rozmowie, gdzie umiecili Meliss.

Nagle Gada dosza do skraju strefy drzew. Prawie ju wesza na polan, nim zatrzymaa si i cofna w ciert. Niskie krzewy o okrgych liciach pokryway k czerwon, grub warstw. Na tym naturalnym materacu leeli ludzie, ktrych widziaa wczeniej z Polarnym. Wszyscy spali, pogreni w sennych marzeniach. Wikszo spoczywaa twarz do gry, z odsonitym gardem, na ktrym wida byo lady naku i malutkie kropelki krwi, pord licznych parzystych blizn.

Gada przygldaa si wszystkim po kolei. W poszukiwaniach dotara a do drugiego koca polany. Tutaj, muskany cieniem dziwnego drzewa, lea picy szaleniec. Pozycj przyj inn ni pozostali: twarz do dou, rozebrany do pasa, z wycignitymi w gr ramionami, jakby w gecie bagalnym. Nogi i stopy mia goe.

Gdy Gada przemkna przez polan, podchodzc bliej do szaleca, zobaczya liczne lady po ukszeniach na wewntrznej stronie ramion i pod kolanami.

A wiec Polarny znalaz niewyczerpanego wa i szaleniec w kocu dosta to, czego pragn.

Ale wodza nie byo na polanie, l Melissy take tutaj nie byo. Gada podya z powrotem w stron tunelu. Sza ostronie, gotowa w kadej chwili wlizn si pomidzy drzewa. Ale nic si nie dziao. Syszaa szuranie maych zwierzt, moe ptakw czy jakich obcych Ziemi stworze, kiedy dreptaa boso po ubitym gruncie.

Szlak koczy si tu przy wejciu do pierwszego tunelu. Tutaj,: obok wielkiego kosza, samotnie, tylko z wami snu, siedzia Polarny.

Gada obserwowaa go z zainteresowaniem. Trzyma wa w sposb zapewniajcy bezpieczestwo - za ty) gowy - wic gad nie mg go uksi. Drug rk pieci gadkie, zielone uski. Gada zauwaya, e Polarny nie ma adnych blizn na szyi i przypuszczaa, e dla siebie stosowa powolniejsza, lecz przyjemniejsz metod przyjmowania jadu. Teraz jednak rkawy jego koszuli opady, wiec nie moga zobaczy, czy jego blade ramiona s pokryte bliznami.

Gada zmarszczya czoo. Melissy nie byo nigdzie w pobliu. Jeeli Polarny umieci ja znowu w lochach, to Gada mogaby szuka daremnie przez wiele dni. Nie miaa na to do sil. Wysza z cienia na polan.

- Dlaczego mu nie pozwolisz, eby ci uksi? - spytaa.

Polarny przestraszy si, ale nie straci kontroli nad wem. Po-palrzyl na Gad z wyrazem absolutnego zaskoczenia na twarzy. Rozjerzal si szybko po polanie, jakby po raz pierwszy zauway, e nie ma przy nim jego ludzi.

- Oni wszyscy pi, Polarny - powiedziaa Gada. - Nawet ten, ktry mnie tu przyprowadzi.

- Chod do mnie! - krzykn Polarny, ale Gada nie usuchaa rozkazu.

- Jak si wydostaa? - wyszepta po chwili. - Zabijaem uzdrowicieli, nigdy aden nie znal tajnikw magii. Byo ich tak samo atwo zabi jak kade inne stworzenie.

- Gdzie Melissa?

- Jak si wydostaa? - piszcza.

Gada podesza do niego, nie majc zielonego pojcia, co robi. To prawda, e Polarny nie by silny, ale nawet gdy siedzia, by prawie tak wysoki jak ona na stojco. Zatrzymaa si przed nim.

Polarny postraszy j wem snu trzymanym w doni. Gada staa tak blisko, e wycigna rk i koniuszkiem palca pogadzia zielone uski.

- Gdzie Melissa?

- Ona jest moja - powiedzia. - Ona nie naley do wiata na zewntrz. Ona naley do tego miejsca.

Ale jego blade oczy strzelajce w bok zdradziy go. Wzrok Gady pody za jego spojrzeniem ku duemu koszowi o dugoci rwnej

prawie wzrostowi Gady. Mimowolnie cofna si o krok i wzia gboki oddech. Kosz by prawie peen kotujcych si, zbitych w mas wy snu. Rzucila si z furi na Polarnego.

- Jak moge?

- To byo to, czego potrzebowaa.

Gada odwrcia si od niego i zacza powoli, ostronie wyjmowa we z kosza. Byo ich tak wiele, e nie widziaa Melissy, nawet zarysu jej ksztatw. Wyjmowaa je po dwa naraz i kiedy ju nie mogy zagrozi jej crce, upuszczaa na ziemi. Jeden z wy owin si jej wok kostki, a drugi posuwistym ruchem pomkn w stron drzew.

Polarny wsta.

- Co robisz? Nie moesz...

Pobieg za uwolnionymi wami, ale jeden z nich unis si, gotowy do ataku i Polarny cofn si. Gada upucia dwa kolejne na ziemi. Polarny znowu prbowa pochwyci wa snu, ale ten natar na niego i mczyzna omal nie upad, prbujc unikn ataku. Zostawi w spokoju we i rzuci si w stron Gady, chcc nastraszy j swoim wielkim wzrostem. Ale ona wycigna w jego stron opiekuna snu i olbrzym zalrzyma si.

- Boisz si ich, co, Polarny?

Zrobia krok w jego stron. Prbowa wytrwa w miejscu, ale kiedy zrobia kolejny krok, cofn si gwatownie.

- Co, nie postpisz wedug wasnych porad?

- Trzymaj si z daleka...

Mczyzna upad na plecy. Drapic ziemi, pez w ty, a kiedy sprbowa wsta, ponownie si przewrci. Gada bya tak blisko, e czua jego zapach - spleniay i wilgotny, zupenie nie przypomina-jijcy zapachu czowieka. Dyszc jak osaczone zwierz, zatrzyma si i spojrza jej w twarz. Zacisn pici, kiedy przysuna bliej wa snu.

- Nie - powiedzia. - Nie rb tego...

Mylc o Melissie, Gada nie zareagowaa. Polarny wpatrywa si w zwierz jak zahipnotyzowany.

- Nie... - gos mu si zaama. - Prosz...

- Czyby prosi mnie o lito? - Gada krzyczaa z radoci, wiedzc ju, e nie bdzie miaa dla niego wicej litoci ni on dla jej crki.

Nagle pici Polarnego rozluniy si. a on pochyli si w stron Gady, wycignwszy rce.

- Nie - powiedzia. - Chc spokoju.

Wida byo, jak dry w oczekiwaniu na opiekuna snu.

Zaskoczona Gada cofna rce.

- Prosz! - krzykn ponownie Polarny. - Na bogw, czemu si tak ze mn bawisz?!

Gada spojrzaa na wa, a potem na Polarnego. Przyjemno" z jego kapitulacji zmienia si w odraz. Czy bya a tak do niego podobna, eby pragn wadzy nad ludmi? Moe jego oskarenia byy suszne? Zaszczyty i estyma tak samo sprawiay przyjemno jej, jak i jemu. I na pewno grzeszya pych, zarozumiaoci i arogancj. Zawsze bya arogancka. Moe rnica midzy ni a Polarnym polegaa tylko na stopniu nasilania tej cechy. Gada wiedziaa, e gdyby przystawia do tego wa teraz, kiedy by bezbronny, to rnica midzy nimi przestaaby istnie. Zrobia krok w ty, upuszczajc na ziemi opiekuna snu.

- Trzymaj si ode mnie z daleka. - Jej glos take dra. - Mam zamiar zabra crk i pojecha do domu.

- Pom mi - wyszepta. - Ja odkryem to miejsce, ja uywaem zwierztek, aby pomc innym ludziom. Czy nie zasuguj na to, eby mi teraz pomc?

Patrzy na Gad bagalnym wzrokiem, ale ona nawet nie drgna.

Nagle wyda z siebie jk i rzuci si na wa snu, apic go jedn rk i zmuszajc, by uksi go w nadgarstek. Drgn, kiedy ky raz i drugi zatopiy si w ciele.

Gada odwrcia si do niego tyem, ale on nie zwraca ju na ni uwagi. Skierowaa si w stron ogromnego, wiklinowego kosza i w z mikkim pacniciem spad na ziemi. Kilka innych wygldao przez krawd, a stopniowo ich ciar przeway i wiklinowy kosz przechyli si. Kiedy si wywrci, we wiy si na ziemi w wielkim stosie.

Ale Melissy tu nie byo.

Polarny przemkn obok Gady, zupenie nie zwracajc na ni uwagi i zanurzy blade, poplamione krwi rce w kbowisku gadw.

Gada szarpna go za ubranie i odcigna.

-Gdzie ona jest?

-Co...?

- Wyrywa si sabo w stron wy snu; jego pprzeroczyste oczy szkliy si.

- Melissa - gdzie ona jest?

- Ona nia... - Wlepi oczy w we - z nimi.

Melissa zdoaa uciec. Zdoaa si swej woli pokona Polarnego i jad. Gada rozejrzaa si po obozie, przeszukujc go wzrokiem; widziaa wszystko, tylko nie to, co chciaaby zobaczy.

Polarny jcza i Gada pucia go. apa umykajce zwierzta, gdy wlizgiway si pomidzy drzewa. Ramiona mia cae pokryte krwawymi nakuciami, ale za kadym razem, gdy apa kolejnego wa snu, zmusza go do ksania.

- Melisso! - wolaa Gada, ale nikt nie odpowiada.

Nagle Polarny chrzkn, a potem wyda dziwny, jkliwy dwik. Gada spojrzaa przez rami. Polarny podnosi si powoli, sztywno; w pokrwawionej rce trzyma wijcego si wa. Cieniutkie struki krwi po ukszeniu spyway mu po szyi. Olbrzym upad na kolana i zakolysaf si. Run w przd i lea tak bez ruchu. Jego sia odpywaa wraz z tym, jak pozaziemskie we uciekay w swj pozaziemski las.

Gada podesza do niego, oddycha rwno. Nic mu si nie stao, upadek by raczej agodny. Gada zastanawiaa si, czy jad wywrze na nim takie samo wraenie, jak na jego czcicielach, ale nawet jeli miao by inaczej, nawet gdyby jego strach przed jadem spowodowa niedobr reakcj organizmu, to nic nie moga dla niego zrobi.

Wa snu, ktrego Polarny ciggle trzyma w doni, skrca si i rzuca w ucisku. Gada powstrzymaa oddech pod wpywem wspo-mienia i alu: mia zamany krgosup. Uklka obok niego i skrcia jego bl w taki sam sposb, jak zrobia to z Mchem.

Czujc sonawy i chodny smak krwi, namacaa pasek swego maego koszyka z wikliny i zarzucia go sobie na plecy. Nie przyszo jej do gowy, e mogaby szuka Melissy gdzie indziej, jak tylko na ciece wiodcej w d wzgrza.

Spltane drzewa rzucay tutaj gbszy cie ni w miejscu, gdzie Gada sza po raz pierwszy, a tunel pod nimi by wszy i niszy. Czujc na plecach zimny pot, zmuszaa si, by i jak najszybciej. Nieziemski, obcy las mg dawa schronienie rozmaitym stworze-

niom - od wy po bezszelestne drapieniki, Melissa nie mi; adnej broni, nawet noa.	'

Obz Polarnego dzielia od tego miejsca spora odlego i Gada zastanawiaa si, w jaki sposb Melissa mogaby dotrze tak daleko.

"Moe ucieka i ukrya si - pomylaa Gada. - Moe cigle jest wewntrz obozu Polarnego i pi. Albo im i... umiera."

Gada podesza jeszcze kilka krokw dalej. Zawahaa si. Po chwili podja decyzje i ruszya naprzd.

Melissa leaa nieprzytomna za nastpnym zakrtem, wycignita na ciece, z palcami wbitymi w ziemie. Gada podbiega do niej, potykajc si. Uklka.

Delikatnie odwrcia crk, Melissa nie poruszya si, ciao miaa bezwadne i bardzo zimne. Gada prbowaa wyczu puls. Raz si jej wydawao, ze go zapaa, to znw nie czua nic. Melissa bya w stanie silnego szoku i Gada nic tuaj nie moga zrobi.

"Melisso, creczko moja - mylaa Gada - tak bardzo si staraa, eby dotrzyma danego sowa i prawie ci si udao. Ja take duo ci obiecywaam i te nie dotrzymaam adnej ze swoich obietnic. Prosz ci, daj mi jeszcze jedn szans".

Niezdarnie, zmuszajc do wysiku niemal kalekie prawe rami. Gada podniosa drobniutkie ciao Melissy i opara je sobie o lew rk. Chwiejc si wstaa; omal nie stracia rwnowagi. Nie sadzia, e w razie upadku byaby w stanie powtrnie si podnie. Przed ni rozcigaa si droga, a Gada wiedziaa, jak bardzo jest daleka.

13

Gada brna przez paskoliscienie. Potkna si, gdy przechodzia przez szczelin pen, niebiesko-zielonych pezaczy. Polizna si tak, e nieomal upada. Melissa nie poruszya si ani razu. Obawiajc si j pooy, Gada sza dalej.

'Tutaj nic nie mog dla niej zrobi" - pomylaa i skoncentrowaa uwag na schodzeniu po zboczu.

Melissa wydawaa si przeraajco zimna, ale Gada nie moga ufa swej percepcji. Odsuwaa od siebie wszelkie doznania. Kroczya jak automat, przygldajc si swemu ciau jakby z oddalonego punktu obserwacyjnego. Wiedziaa, e zdoa zej ze wzgrza, ale miaa ochot krzycze z przeraenia, e rusza si tak powoli i ociale: jeden kroczek, drugi... i ani troch szybciej.

Stok gry wydawa si o wiele bardziej stromy ni wtedy, gdy Gada si po nim wspinaa. Stojc nad jego skrajem, uzdrowicielka nie moga sobie nawet przypomnie, w jaki sposb tu podesza. Ale las i laka o cudownych odcieniach zieleni doday jej otuchy.

Gada usiada i zsuna si po krawdzi stoku. Pocztkowo lizgaa si powoli, hamujc bos, obola stop. Jednak kiedy bya ju blisko podna, nabraa prdkoci. Ciao Melissy przewayo -stracia rwnowag i upadla na bok. Z caych sil bronia si, eby nie zacz si bezwadnie toczy. Udao jej si to za cen zdartej skry na plecach i okciach.

Wreszcie zatrzymaa si na kocu stoku w lawinie kurzu i kamykw. Przez moment leaa bez ruchu, trzymajc mocno Meiss w ramionach. Porozrywany kosz lea obok jej ramienia. We snu miotay si wewntrz, ale nie zdoay znale dostatecznie duej dziury, aby si wymkn. Gada dotkna rk kieszeni na piersi i poczua, jak may opiekun snu porusza si pod jej palcami.

"Jeszcze tylko troch - mylaa. - Ju prawie wida k. Gdybym pooya si i leaa tutaj bardzo cicho, to usyszaabym, jak Lisek szczypie traw..."

- Lisek! - poczekaa chwil i zagwizdaa.

Zawoaa znowu i wydawao si, te posyszaa jego renie. Zazwyczaj poda jej ladem, gdy znajdowa si w pobliu i przycho-



dzil na zawoanie - o ile byt w dobrym nastroju. Tym razem chyba nie byt

Gada westchna, przekrcia si i sprbowaa klkn. Melissa leaa przed ni blada i zimna, a jej rce i nogi pokryte byy zaschnit krwi. Gada dwigna crk na biodro. Zbierajc siy, podniosa si na nogi. Pasek materiau przywizany do kosza zsun si, z jej ramienia i zawis na okciu. Zrobia pierwszy krok.

Zawoaa kucyka ponownie, gdy chwiejnie wkroczya na k. Posyszaa stukot kopyt, ale nie zobaczya ani Liska, ani Byskawicy - tylko starego jucznego konia szaleca. Odpoczywa w trawie, zoywszy pysk na ziemi.

Strj Arevina, zrobiony z weny wow pimowych, ochrania go zarwno przed deszczem, jak upaem i wiatrem. Arevin jecha za dnia, oddychajc rzekim po deszczu powietrzem. Zaczepia o zwisajce gazie, ktre zrzucay na niego tysice kropel. Jak dotd nie natrafi na aden lad Gady, lecz by pewien, e si nie minli - to by jedyny trakt.

Koi podnis eb i gono zara. Odzew przyszed spoza gstych drzew. Arevin posysza ttno kopyt na twardej, wilgotnej ziemi i zza zakrtu cieki przybiegy galopem: szary ko oraz tygrysi kucyk - Lisek.

Lisek wyhamowa i przyskoczy bliej z szyj wygit w uk. Szara klacz przebiega obok, zawrcia, pogalopowaa dla zabawy par krokw i zatrzymaa si. Kiedy trzy konie dmuchay sobie w nozdrza na powitanie, Arevin wycign rk i podrapa Liska za uchem. Obydwa konie Gady byy w wietnej kondycji. Modzieniec odetchn z ulg. Jeliby kto zaatakowa Gad, to zabraby konie. Byy zbyt cenne. Gdyby konie ucieky w czasie napaci, to musiayby by osiodane. Gada na pewno jest bezpieczna. Arevin chcia zawoa j po imieniu, ale zmieni zamiar w oslatniej chwili. Bez wtpienia by zanadto podejrzliwy, ale po tym wszystkim czu, e dobrze by ostronym. Kilka chwil oczekiwania nie zaszkodzi.

Popatrzy na stok, ktry wznosi si skalistym urwiskiem i ,na kolejne grskie szczyty, na skarowaciaa rolinno, mchy... i na kopu.

Kiedy zda sobie spraw, co widzi, nie mg poj, e nie zauway tego wczeniej. Bya to jedyna kopua ze ladami zniszczenia.

jak kiedykolwiek widzia. Ten fakt pomg j rozpozna. Bya to na pewno jedna z kopu zbudowanych przez staroytnych, najwiksza z tych, ktre oglda i o ktrych sysza. Arevin nie mia najmniejszych wtpliwoci, e Gada gdzie tam bya.

Popdzi wierzchowca, podajc ladami, ktre dwa konie zostawiay w bocie. Wydawao mu si, e co usysza. Zatrzyma si. Nie, to nie bya wyobrania. Usysza ponownie woanie i chcia krzykn w odpowiedzi, ale sowa uwiezty mu w gardle. cina gwatownie konia nogami, a zwierz stano dba i pucio si galopem w stron, skd dochodzi gos uzdrowicielki - w stron Gady.

May, czarny ko, za ktrym biegy szara klacz i tygrysi kucyk, wyskoczyy spoza drzew na przeciwlegym kracu ki. Gada zakla w przypywie wciekoci, e wanie teraz jeden z ludzi Polarnego musia si tu zjawi.

I wtedy rozpoznaa Arevina.

Zaskoczona, nie bya w stanie podej do niego ani nawet si odezwa". Zeskoczy z konia w penym galopie i podbieg do Gady. Wpatrywaa si w przyjaciela, jak gdyby by zjaw. Nie bya pewna, czy to on, nawet gdy stan tak blisko, e moga go dotkn.

- Arevin?

- Co si stao? Kto ci to zrobi? Szaleniec...

- On jest w kopule - powiedziaa. - Z innymi. Na razie nie s niebezpieczni. To Melissa. Jest w szoku. Musz j zabra do obozu... Arevin, to ty? Naprawd?

Wzi Meliss z jej ramion i trzymajc jedn rk crk Gady, drug podpiera uzdrowicielk.

- Tak. Jestem naprawd. Jestem tutaj.

Pomg jej przej przez k. Kiedy doszli do miejsca, gdzie zoone byy rzeczy Gady, pooy Meliss na ziemi. Gada przykucna przy torbie z wami i zacza mocowa si z zamkiem. Drcymi rkami otworzya przegrdk z lekarstwami.

Arevin pooy rk na jej rannym barku; jego dotyk by delikatny.

- Pozwl, e opatrz ci ran - powiedzia.

- Ze mn jest wszystko dobrze - odpara. - Albo bdzie. Ale Melissa...

Podniosa wzrok i przeszty j ciarki, kiedy zobaczya jego spojrzenie.

- Uzdrowicielko - powiedzia. - Gado, przyjaciko moja... , Prbowaa wsta, on za prbowa j przytrzyma.

- Nic ju nie mona zrobi.

- Nic nie mona zrobi...? - Mocowaa si, by wsta.

- Jeste ranna - powiedzia Arevin. - Jeli teraz zobaczysz dziecko, to tylko ci si pogorszy.

- O bogowie! - zawoaa Gada. Arcvin wci prbowa j powstrzyma. - Pu mnie!- krzykna.

Melissa leaa w gbokim cieniu sosen. Gada przyklka na gstym maleracu z grubych, brzowych igie. Arevin pozosta z tylu. Gada wzia blada, zimna rk Melissy. Dziecko si nie ruszao. Czogajc si po ziemi, dziewczynka zdara sobie paznokcie do krwi. Tak bardzo chciaa dotrzyma sowa... O wiele lepiej udawao si jej dotrzyma obietnic danych Gadzie, ni Gadzie obietnic danych Melisaie. Pochylila si nad dziewczynk, odgarna rude wosy z okropnych blizn. Jej zy opaday na policzek Melissy.

- Nic ju nie mona zrobi - powtrzy Arevin. - Puls usta.

- C - szepna Gada, wci poszukujc ttna na przegubie, na szyi. Raz miaia wraenie, e co czuje, by znw przekona si, e to zudzenie.

- Gado, nie zadrczaj siebie w ten sposb. Ona nie yje! Jest zimna.

- Ona yje. - Wiedziaa, e Arevin sdzi, i z rozpaczy postradaa rozum. Nie rusza si, tylko patrzy na ni z niemym smutkiem. -Pom mi, Arevinie. Zaufaj mi. niam o tobie. Kocham ci, jak sadz. Ale Melissa jest moja crk i moj przyjacik. Musz j ocali.

Jednak... ttno lekko opotao pod jej palcami. Melissa zostaa poksana wiele razy, ale wzrost metabolizmu stymulowany przez jad skoczy si i zamiast powrci do stanu normalnego, spada gwatownie do poziomu, ktry z trudem wystarcza na utrzymanie ciaa przy yciu. Bez pomocy Melissa umrze z wyczerpania i hipo-termii, prawie lak, jakby umieraa z zimna.

- Co mam robi?

- Pom mi j przenie.

Gada rozoya koce na szerokim, paskim kamieniu, ktry przez cay dzieli absorbowa wiato soca. We wszystkim bya nieporadna. Arevin podnis Melisse. i pooy na ciepym kocu. Zostawiajc creczk na moment, Gada wysypaa zawarto juku na ziemi. Podsuna Arevinowi menak, kuchenk parafinowa i rondelek.

- Ogrzej troch wody, Arevinie, prosz. Nie za duo.

Zoya donie w miseczk, by pokaza, ile. Wyszukaa w torbie na we paczk cukru w przegrdce z medykamentami.

Potem uklka obok Melissy i sprbowaa obudzi dziecko. Puls pojawia si, znika, powraca.

"Jest - mwia do siebie Gada. - Nie wydaje mi si; na pewno jest".

Rozsypaa szczypt cukru na jzyku Melissy, liczc, e crka ma do liny, aby si rozpuci. Nie odwayaby si zmusza dziecka do picia - dziewczynka mogaby si zakrztusi, gdyby woda dostaa si do puc. Byo mao czasu, ale gdyby Gada dziaaa zbyt szybko, mogaby j zabi. Co chwila, zerkajc na Arevina, podawaa Melis-sie kilka kolejnych ziarenek cukru.

Arevin bez sowa przynis parujc wod. Gada jeszcze raz posypaa Melissie jzyk cukrem i wrczya reszt Arevinowi.

- Rozpu tego tyle, ile zdoasz. - Rozcieraa Melissie rce i klepaa policzki. - Melisso, kochanie, sprbuj si obudzi. Cho na chwil. Creczko, pom mi.

Melissa nie reagowaa, ale Gada ponownie wyczula ttno, tym razem mocne na tyle, eby mie pewno.

- Gotowe? - spytaa Arevina.

Arevin zamiesza gorc wod w rondelku, nieco zbyt gwatownie i troch rozlao mu si na rk. Przestraszony, spojrza na Gade.

- W porzdku, to cukier. - Wzia od niego rondelek.

- Cukier? - Wylar palec w traw,

- Melisso. Obud si, kochanie.

Powieki Melissy zadrgay. Gada odetchna z ulg.

- Melisso. Musisz to wypi.

Wargi dziewczynki poruszyy si lekko.

- Nie prbuj na razie nic mwi.

Gada podniosa mae, metalowe naczynie do ust crki i powoli wlewaa gsty, lepki pyn, yk po yku, odczekujc za kadym razem, nim podaa kolejn porcj.

- Bogowie...! - wykrzykn z niedowierzaniem Arevin

- Gada! * wyszeptaa Melissa.

- Jestem tutaj, Melisso. Jestemy bezpieczne. Ju wszystko dobrze. Miaa ochot, mia si i paka jednoczenie.

- Tak mi zimno.

-Wiem.

- Nie chciaam ci tam zostawia, ale obiecaam... Baam si, e szaleniec moe zabra Liska, baam si, e Mga i Piasek mog umrze...

Uwolniona ju od wszelkich lkw. Gada uoya Melisse. z powrotem na ciepym kamieniu. Nic w sowach Melissy nie wskazywao na uszkodzenie mzgu. Wysza z tego bez szwanku.

-Lisek jest tutaj z nami. I Mga, i Piasek. Moesz znowu spa, a kiedy si obudzisz, wszystko bdzie dobrze.

Melisse bdzie bolaa gowa przez dzie" czy dwa, zalenie od tego, jak wraliwa bya na rodek stymulujcy. Ale ya i wszystko byo z ni w porzdku.

- Prbowaam uciec - powiedziaa Melissa nie otwierajc oczu. -Szam i szam, ale...

-Jestem z ciebie bardzo dumna. Nikt, kto nie jest odwany i silny, nie mgby zrobi tego, co ty zrobia.

Nie pobliniona cz twarzy Melissy drgna w pumiechu i dziewczynka zasna. Gada osonia jej buzi rogiem koca.

- Przysigbym na ycie, e ona jest martwa - powiedzia Arevin.

- Wyjdzie z tego - powiedziaa Gada bardziej do siebie ni do Arevina. - Bogom dziki, wyjdzie z tego.

Napicie, w ktrym dotd ya, spowodowao, e nie moga si ruszy, nawet po to tylko, aby znowu usi. Kolana jej zesztywnia-ly; wszystko, co moga jeszcze zrobi, to upa. Nie potrafia nawet powiedzie, czy kiwafa si, czy lo jej oczy sobie z niej kpiy, bo zdawao si jej, e wszystko dookoa to przyblia si, to oddala bezadnie.

Arevin zapa j za rami. Dotyk jego rki by taki, jakim go pamitaa: delikatny i pewny.

- Uzdrowicielko - powiedzia. - Dziecko jest bezpieczne. Pomyl teraz o sobie.

,,    - Ona tyle przesza - wyszeptaa Gada. Sowa przychodziy jej z taidem. - Bdzie si ciebie baa.

Nie odpowiedzia. Wstrzsn ni dreszcz. Arevin podtrzyma j i uoy na ziemi. Wosy mu si rozwizay i rozsypay wok twarzy. Wyglda jak wtedy, kiedy widziaa go ostatni raz.

Podnis manierk do jej suchych warg i Gada napia si ciepej wody wzmocnionej winem.

- Kto wam to zrobi? - spyta. - Czy nadal jeste w niebezpieczestwie?

Nie pomylaa nawet o tym, co moe si zdarzy, kiedy Polarny i jego ludzie si ockn.

- Nie, nie teraz, ale pniej, jutro...- Nagle poderwaa si, eby wsta. - Jeeli usn, nie obudz si na czas... Uspokoi j.

- Odpocznij. Ja bd trzyma stra do rana. Wtedy bdziemy mogli si przenie w bezpieczne miejsce.

Majc jego zapewnienie, moga odpocz. Usyszaa, jak Arevin klka przy niej i kadzie chodna, wilgotn tkanin na jej barku, aby odmoczy postrzpiony materia i zaschnita krew. Obserwowaa go spod rzs.

- Jak nas znalaze? - spytaa. - Mylaam, e jeste snem.

- Pojechaem do orodka uzdrowicieli - powiedzia. - Musiaem sprbowa wyjani twoim ludziom, co si stao, eby zrozumieli, e bya to wina mojego klanu, nie twoja. - Popatrzy na ni, apniej w bok, ze smutkiem. - Chyba mi si nie udao. Twoja nauczycielka powiedziaa tylko, e masz wraca do domu.

Przedtem Arevin nie mia okazji odpowiedzie na jej sowa o tym, e go kocha. A teraz zachowywa si tak, jakby tego nie powiedziaa, jakby wszystko robi jedynie z poczucia obowizku. Gada - z potwornym uczuciem pustki i alu - zastanawiaa si, czy moe le zrozumiaa jego uczucia.

- Ale jeste tutaj - powiedziaa. Uniosa si na okciu i z pewnym wysikiem usiada, aby spojrze mu w twarz. - Nie musiae za mn jecha. Jeli miae obowizek do spenienia, to wykonae go, przybywajc do mojego domu.

Napotka jej spojrzenie.

- Ja... ty take mi si nia. - Pochyli si w jej stron. - Nigdy nie wymieniem imion z inn osob.

Uszczliwiona Gada przesuna powoli brudn, pobtiniona. rk po jego doni. Pragna teraz jeszcze bardziej, eby by w peni si. Pucia jego rk i signa do kieszeni. Modziutki opiekun snu owin si wok jej palcw. Wyja go i pokazaa Arevinowi. Wskazujc gowy wiklinowy kosz, powiedziaa:

- Mam ich tutaj wicej i wiem jak je rozmnaa. Popatrzy z podziwem na maego wa snu, potem na ni.

- A wic dotara do Miasta. Przyjli ci.

- Nie - odpowiedziaa. Zerkna w stron pknitej kopuy. - To tam znalazam we snu. I cay pozaziemski wiat, w ktrym yj. - Wpucia wyka z powrotem do kieszeni. Ju zaczyna si do niej przyzwyczaja. Bdzie z niego dobry w dla uzdrowiciela. - Ludzie z Miasia odesali mnie, ale to nie by ostatni raz, kiedy widzieli uzdrowicielk. Cigle maj wobec mnie dug.

- Moi ludzie te maj wobec ciebie dug - powiedzia Arevin. -Dug, ktrego nie zdoaem spaci.

- Pomoge uratowa ycie mojej crki! Czy mylisz, e to si nie liczy? - A po chwili, ju spokojniej, dodaa: - Arevinie, chciaabym, eby Mech y. Nie bd udawaa, e nie. Ale to moje niedbalstwo go zabio, nic wicej. Nigdy nie mylaam, e co innego.

- Mj klan - powiedzia Arevin - i partner mojej kuzynki...

- Czekaj! Gdyby Mech wtedy nie zgin, to nie wyruszyabym do domu. Arevin umiechn si lekko.

- A gdybym wtedy nie zawrcia - cigna Gada - nigdy bym nie pojechaa do Centrum. I nie spotkaa Melissy. Ani nie spotkaa szaleca z pknitej kopuy. Twj klan podziaa jak katalizator. Gdyby nie wy, nadal bymy ebrali u ludzi z Miasta o we, a oni nadal by nam ich odmawali. Teraz wszystko si zmienio. Wic moe ja mam wobec was taki sam dug, jak wy wobec mnie.

Patrzy na ni przez dug chwil.

- Zdaje mi si,e usprawiedliwiasz moich ludzi nieco na sil. Zacisna pici.

- Czy midzy nami nie moe istnie nic innego, tylko wina?

- Tak! - powiedzia ostro Arevin i ciszej, jakby zaskoczony swoim wybuchem, doda: - Chocia ja mam nadziej na co wicej. agodniejc, Gada wzia go za rk.

- Ja te.

Pocaowaa jego do. Arevin umiechn si. Pochylia si mocniej i w chwil pniej ju si obejmowali.

- Jeeli mielimy wobec siebie dugi i spacilimy je, to nasi ludzie mog by przyjacimi - powiedzia Arevin. - A moe ty i ja zasuylimy sobie na czas, ktrego, jak kiedy powiedziaa, mielimy za mao.

- Zasuylimy - powiedziaa Gada. Arevln odgarn spltane wosy z jej czoa.

- Nauczyem si nowych obyczajw od czasu, gdy odwiedziem gry, i gdy ty poczujesz si dobrze, to bd chcia spyta, czy mog jeszcze co dla ciebie zrobi.

Gada odpowiedziaa z umiechem; wiedziaa, e si rozumiej.

- To pytanie wanie chciaam zada tobie - powiedziaa i ponownie rozchylia usta w umiechu. - Uzdrowiciele szybko zdrowiej, wiesz.